Z cyklu - Ciacho po polsu: Jaś Rogerski

Dzisiaj serwujemy Wam ciacho z nutką brazylijskiej kawy podane w sosie miazgi z walijskich obrońców. Drogie Panie - oto bohater dnia wczorajszego.  

Kiedy byłyśmy małe z zazdrością myślałyśmy o dzieciach z Brazylii, które mogą chwalić się najlepszą reprezentacją na świecie i marzyłyśmy, żeby Biało - czerwoni grali tak jak Canarinhos. No i proszę. Marzenia się czasami spełniają, przynajmniej w 1/11, taki bowiem procent naszej drużyny stanowi polski Brazylijczyk.

Portugalczycy mają Deco, Chorwaci Eduardo, a my mamy naszego Jasia Rogerskiego. Spełnia on wszystkie warunki, aby zaspokoić nasze marzenia o graczu z kraju kawy: jest wirtuozem techniki , miłośnikiem samby, i posiadaczem ciała "jak smakowita mleczna czekoladka" (to wdzięczne porównanie to niestety nie my, to Andrzej Zimoch). Do tego piękny uśmiech, życiowy optymizm i zamiłowanie do żurku i ruskich pierogów. Anielskie usposobienie: nie pije, nie pali, za to udziela się charytatywnie (na cele dobroczynne przeznaczył cały dochód ze sprzedaży mercedesa otrzymanego za tytuł najlepszego piłkarza w finale Pucharu Polski).

Podstawowe dane dotyczące Rogera chyba już znacie, przewijały się one już kilkakrotnie na naszych łamach, ale tak dla przypomnienia: urodzony (27 lat temu) i wychowany w Sao Paolo, ma 187 centymetrów i waży 82 kilogramy. Posiada dwójkę rodzeństwa - brata Juniora i siostrę Cibele, której kiedyś o mało nie udusił (w odwecie za zepsucie zabawki). Marzenia o piłkarskiej karierze roił od dziecka, podobno nawet spał z futbolówką zamiast pluszowego misia. Od rana do nocy kopał piłkę na podwórkach, ulicach i zaułkach Sao Paolo, chyba że... zabawiał się z koleżankami na dziesiątym piętrze wieżowca, lub z jedenastego podglądał robiących to kolegów (te i inne pikantne szczegóły z jego życia znajdziecie tutaj ).

Do Polski przyjechał w 2005 roku, by grać w warszawskiej Legii. Miał pecha, bo od razu trafił na zimę stulecia i podczas obozu na Mazurach przechodził ciężkie chwile. Na szczęście z odsieczą przyszły wspomniane pierogi, żurek i sukcesy w warszawskiej Legii i Roger szybko zaaklimatyzował się w naszym kraju. Na tyle szybko, że w 2008 upomniał się o niego Leo Beenhakker i w maju zeszłego roku Roger został Polakiem. Resztę znamy i pamiętamy dobrze, aż do wczoraj, kiedy Roger znów sprawił, że mogłyśmy się poczuć jak małe brazylijskie dzieci dumne ze swoich reprezentantów. Warto było męczyć się do 80. minuty meczu z Walią, żeby zobaczyć to:

Czujemy się tymczasowo usatysfakcjonowane, ale chcemy więcej takich popisów, panie Rogerski!

rybka

Więcej o: