Francuzi przegrywają z kretesem, a Rumuni z Holendrami, czyli Euro dzień jedenasty: najlepsze fotki i podsumowania

Nie byłyśmy pewne, czy po klęsce Polaków mamy jeszcze w ogóle śledzić poczynania innych drużyn na Euro, ale - na szczęście - miłość do piłki samej w sobie oraz do jej eminentnych kopaczy przeważyła. Tym bardziej, że oglądanie wczorajszych meczy sprawiło nam naprawdę niemałą przyjemność. Holendrzy, nasi nowi faworyci, dla których (wirtualnie tylko) zmieniłyśmy tymczasowo narodowość, wygrali bez większego wysiłku z Rumunią 2:0. I to grając rezerwowym składem. W meczu "o śmierć i życie" Włosi pokonali natomiast Francuzów. To, co przed turniejem wydawało się niewyobrażalne, teraz stało się ziściło - wicemistrzowie świata po pierwszej, grupowej fazie, jadą do domu. Jak, nie przymierzając, Polacy jacyś (wybaczcie, ale nasuwa się automatyczny, choćby nie wiadomo jak błędny, wniosek: ekipa biało-czerwonych=ekipa trójkolorowych).  

Francusko-włoski mecz nareszcie rozstrzygnął największą zagadkę Grupy Śmierci. Choć tajemnica straciła nieco na kolorycie, to jednak z napięciem czekano na wynik tego spotkania. Jednakże przykra kontuzja Francka Ribery'ego najpierw oraz czerwona kartka Abidala wkrótce potem praktycznie przekreśliły marzenia Trójkolorowych o możliwości pokonania rywali. Tym bardziej, że rywale w swoich szeregach mieli wykonawcę imponującego pewnością karnego oraz Daniele de Rossi, który pięknym strzałem podwyższył wynik na 2:0 (nic to, że po plecach Henry'ego, nie będziemy na Francuza zwalać winy za bramkę, bo słodki Thierry i tak jest już wystarczająco pogrążony). Przegranym nie pomógł ani 15-minutowy (!) występ młodego Samira Nasriego, ani nie do końca skuteczne popisy kreowanego na gwiazdę Karima Benzemy. Nie mówiąc już o zastałych oldbojach.

Z ciekawostek - w czasie spotkania Gennaro Gattuso podobno spoliczkował kolegę z drużyny, Marco Borriello, ponieważ ów śmiał zażartować sobie z wyniku równolegle rozgrywanego, mogącego przesądzić o włoskim (nie)awansie meczu. Jak wynika ze smutnego tego przypadku, lepiej z brodaczem nie zadzierać.

W drugim wczorajszym spotkaniu pomarańczowi jak nasze serca teraz Holendrzy pewnie rozprawili się z Rumunią. O ile ci ostatni mieli jeszcze nadzieję na cokolwiek w pierwszej połowie, w której zawodnicy Oranje nie przejawiali nadmiernych chęci do gry, to jednak tuż po przerwie ich złudzenia skutecznie rozwiał jeden z młodych-zdolnych-bramkostrzelnych z Niderlandów, Klaas-Jan Huntelaar. Tuż pod koniec meczu zespół pod wodzą Chivu i Mutu ostatecznie dobił Robin van Persie, dla którego była to już druga bramka w tych ME. Czy to utoruje graczowi Arsenalu drogę do pierwszego składu na mecz ćwierćfinałowy?

Trochę nam żal Rumunów, tym bardziej, że tak dzielnie trzymali się w Grupie Śmierci (którą teraz przemianowujemy na Grupę Śmierci z Holenderskiej Ręki) i nie dali sie pokonać tym teoretycznie od siebie mocniejszym Włochom i Francuzom. Żal nam pięknego Mutu, który w niesławie odjeżdża w rodzinne strony, mając się jak niepyszny (Polak). Takie jest jednak życie, taki jest futbol, może - tak jak naszej ekipie - uda się następnym razem.

Więcej o: