Shahar Peer zahartowana w bojach

Wojsko, karabiny, mundury, codzienna musztra - musicie przyznać, że to dość nietypowe miejsce dla kobiet, a dla kobiet-tenisistek zwłaszcza. W Izraelu jest jednak nieco inaczej niż w innych miejscach na świecie. Obowiązkowa służba wojskowa dotyczy każdego, niezależnie od tego czy nosi na co dzień spodnie, czy spódniczkę (ok, wiemy, że teraz bywa różnie, ale pozostańmy przy tradycyjnych podziałach).  

Shahar Peer w wojsku była, oficjalnie służbę zaliczyła i jakoś żyje. Jest wręcz z tego powodu dumna i cieszy się, że spełniła swój obowiązek wobec państwa. Z tego więc wynika, że nasze myślenie o tym miejscu - czyli wojsku, jest dość stereotypowe. Patrząc na postawę Peer, Ciacha zaczęły się zastanawiać czy aby nie powinnyśmy zmienić zdania i same taką służbę (albo przynajmniej mały kursik) odbyć. Żeby na własnej skórze się przekonać jak to jest.

Peer obecnie plasuje się na 16 miejscu na świecie, jej kariera rozwija się świetnie, widać, że dziewczyna jest w formie (o czym przekonała się niestety nasza Agnieszka Radwańska w czasie wielkoszlemowego turnieju w Nowym Jorku), czyli wniosek można wysnuć taki: wojsko służy! Bo przecież swoje największe sukcesy sportowe osiągnęła już po całym wojskowym szkoleniu. Widać ostro ją przełożeni zahartowali.

W zeszłym sezonie Shahar między turniejami wpadała na poligon, jeździła czołgami i strzelała (co ponoć wychodziło jej całkiem nieźle). I w niczym jej to nie przeszkodziło. Przeciwnie, jak sama często podkreśla, to właśnie w wojsku nauczyła się niezwykłej cierpliwości, obowiązkowości i sumienności, co teraz tylko procentuje na tenisowym korcie.

Więcej o: