Podsumowanie GP Singapuru

Podobno w niedzielę w sporcie działo się coś więcej niż zdobycie mistrzostwa świata przez naszych siatkarzy.

Na przykład odbył się nocny wyścig w Singapurze, który do tej pory był jednym z naszych ulubionych wyścigów w kalendarzu F1, ale wczoraj nasza miłość do niego nieco osłabła.

Zaczęło się ciekawie, bo oto Nico najwyraźniej stwierdził, że nie wygląda wystarczająco ładnie i w geście dezaprobaty...

 

Po pierwszych treningach mogłyśmy mieć nadzieję, że pole position zdobędzie wreszcie ktoś spoza Mercedesa. Lubimy i Lewisa i Nico, ale wiecie - dla dobra widowiska urozmaicenie jest mile widziane. Niestety szybkości takiemu na przykład brylującemu wcześniej Fernando starczyło tylko na treningi i w niedzielę w pierwszej linii znów stanęli Lewis i Nico. Choć różnica 0,007 sekundy w Q3 nie na każdym zrobiła wrażenie.

 

Zresztą "stanęli" to dobre określenie, bo Nico właściwie w tym momencie zakończył ściganie. Nie ruszył na okrążenie instalacyjne, został przetoczony do alei i choć do wyścigu wystartował, to po 13 okrążeniach walki z biegami, niedziałającymi przyciskami na kierownicy i całym pechem tego świata, który skumulował się najwyraźniej w jego samochodzie stwierdził "mam dość, dalej nie jadę, bawcie się sami".

 
embed

Tymczasem reszta stawki jechała sobie w mniejszej lub większej procesji urozmaiconej samochodem bezpieczeństwa po tym, jak Sergio Perez zgubił nos. Neutralizacja trwała na tyle długo, że wyścig musiał zostać skrócony o jedno okrążenia na skutek upływu limitu czasu. Ale przy takim natłoku wydarzeń nie była to duża strata.

Lewis dojechał właściwie niezagrożony do mety i teraz to on jest liderem mistrzostw. Za jego plecami walkę o dwa pozostałe miejsca na podium toczyli Sebastian, Daniel i Fernando. I tyle było emocji, bo choć każdy z nich drżał o swoje kończące się opony to kolejności nie zmienili aż do końca i sznureczkiem przekroczyli linię mety. Właściwie to nie dopatrzyłyśmy się między tym triem ani jednej porządnej próby wyprzedzania.

embed

Słowa uznania kierujemy pod adresem Jean-Erika Vergne'a, który wystartował z 12. miejsca a dojechał 6.

Jednocześnie przesyłamy wyrazy współczucia Kevinowi Magnussenowi, któremu troszkę przygrzało od podłogi i który musiał zostać zbadany przez lekarza (o którą część ciała chodziło możecie się same domyślać).

 

Do tego zagotowała mu się woda w bidonie, więc i picie nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń.

Podobne problemy miał Daniił Kwiat, któremu bidon się zepsuł, więc kierowca dojechał do mety porządnie odwodniony.

O, i popatrzcie kto się pojawił w padoku - nasza ulubiona Dasza "zaraz umrę z nudów jakie te wyścigi są fascynujące" Kapustina.

Dasza Kapustina, GP Singapuru 2014Dasza Kapustina, GP Singapuru 2014 internet

Więcej o: