Ok. Więc wygrywamy z San Marino, wygrywamy 5:0 i nawet Lewy się wreszcie przełamał. A mimo to cieszyć się nie ma z czego

To był naprawdę ciężki tydzień dla kibiców naszej kadry piłkarskiej.

Napisanie czegokolwiek sensownego o meczu z San Marino, jest jednym z największych wyzwań związanych z kadrą biało-czerwonych, jakie pamiętamy. Nawet po klęsce na Euro bardziej wiedziałyśmy, co napisać. Ten mecz był po prostu pozbawiony znaczenia. Trzeba było wygrać i zainkasować trzy punkty. I ten oczywisty cel został zrealizowany, bo przecież inaczej być nie mogło.

Wynik 5:0 wygląda z daleka wygląda całkiem normalnie, jednak te z Was, które mecz oglądały wiedzą, że normalnie jednak nie było. Zdaniem niektórych komentatorów na tle amatorów z San Marino nasi piłkarze wyglądali jeszcze gorzej, niż na tle walecznych Ukraińców. Naszym akcjom brakowało składności, mieliśmy poważne problemy z wymianą kilku celnych podań, wrzutki z dziesiątek rzutów rożnych i wolnych nie przynosiły zbyt dużego zagrożenia. Brrrr, po prostu strach patrzeć. Nawet to przełamanie Lewego bardziej zasługuje na żarty, niż poważną radość. Ostatecznie to nie sztuka strzelić z karnego, a przecież przy pierwszej próbie i to Robertowi udało się ledwo, ledwo.

Jedyną prawdziwą (choć i tak niezbyt dużą) radość mogą dawać nam gole strzelane przez ligowców, Teodorczyka i przede wszystkim Kuby Koseckiego , który może dzięki temu przestanie być kojarzony z pewną częścią ciała (chociaż jest to część ciała bardzo ładna, nie udawajmy, że nie).

Czy dzięki temu spotkaniu możemy optymistycznie patrzeć w przyszłość? Nie. Kadra dalej nie sprawia wrażenia drużyny, piłkarze grają w niej o poziom gorzej niż w klubie, w dodatku sprawiają wrażenie, że za sobą nie przepadają. Trener też nie ma pomysłu, jak wykorzystać ich potencjał, ale przynajmniej prezes Boniek przestał straszyć go zwolnieniem.

Na szczęście Czarnogóra i Anglia podzieliły się punktami, wiec jakaś nadzieja jest. Ale jest to nadzieja oparta na założeniu, że wygramy z Mołdawią w Kiszyniowie, Czarnogórą w Warszawie i z Ukrainą w Kijowie. Plus jakiś bohaterski remis na Wembley by się przydał. A czasu na odratowanie tej drużyny wcale nie ma tak dużo.

W sumie, jakby się temu wszystkiemu dobrze przyjrzeć, to już lepiej cieszmy się, że wracają ligi. Z nich można czerpać więcej radości.

Więcej o: