EURO na różowych szpilkach: czyli ekskluzywna relacja redaktorki Mariny z treningu Niemców

Jeśli chcecie posłuchać, jak to niechcący zirytowałam Matsa, również niechcący przyprawiłam o uśmiech Schweniego (bo on był do mnie, prawda? prawda?) oraz jak w imię zapierających dech w piersiach widoków przez 1,5 godziny marzłam na starym stadionie Lechii, to serdecznie zapraszam do mojej relacji, która wbrew temu co może się zdawać i wbrew temu co mnie samej czasem się wydaje, jest na podstawie prawdziwych wydarzeń.

W naszej redakcji jest kilka Ciachoredaktorek wyznających dozgonną miłość Niemcom - ja nie jestem żadną z nich. Ja prowadzę "Z archiwum H", ja mam ołtarzyk Villi przy biurku, ja śledzę każdą zmianą na pasemkach Torresa i o ironio, to właśnie ja dostałam szansę od niebios przybycia na otwarty trening Mannschaftu. To nie tak, że nie cieszyłam się, kiedy w moje ręce trafiła wejściówka, cieszyłam się bardzo, w końcu niecodziennie ma się okazję zobaczyć speszenie Ozila na własne oczy, ale... gdyby ktoś zaproponował mi wymianę na wejściówkę na trening Hiszpanów to moją reakcją byłoby: "okej, dorzucę jeszcze moją mamę, kolekcję szpilek i dwa złote, które mam w portfelu. To gdzie ten bilet?".

Nastała jednak godzina zero, nikt chętny do wymiany się nie znalazł, cóż, pomyślałam, ciekawe czy Holger zdążył zapuścić już grzywkę i czy będzie miał coś przeciwko jak go porwę i nie będę żądać okupu. Adrenalina podskoczyła w żyłach, nerwowe oczekiwania mnie ogarnęło. Różowe szpilki na stopach? Są. Ściskana z przejęciem w dłoni cyfrówka? Jest. Dowolny namacalny przedmiot do podsuwania pod nos na autograf?? Yyy... tu pojawił się problem. Przecież nie podsunę Ozilowi koszulki David Villi, a niemieckiej nie posiadam.

Kiosk? Jest tu jakiś kiosk? Owszem jest, a za szybą starszy i kolorami i rozmiarem (A3? Może nie, ale jest blisko) pisemko dla fanów piłki nożnej 10+ z którego okładki krzyczy nagłówek "10 wielkich plakatów!!". Okej, lepszego chyba nie znajdę, płacę więc, odbieram zdobycz, szukam plakatu Niemców, po czym rozkładam... rozkładam... wciąż rozkładam. Ufff, jest wreszcie w całości. Mogłabym się nim okryć w nocy, a może nawet starczyłby kawałek na poduszkę.

Zadowolona ruszam więc na stadion, widzę już zmierzający w jego kierunku spory tłumek ludzi, który każe mi spojrzeć kilkakrotnie na bilet, czy to przypadkiem nie trening Polaków - wszyscy mają biało-czerwone peruki i machają małymi biało-czerwonymi flagami. Nie, to jednak Niemcy. Ponoć.

Wyciągam grzecznie bilet z torebki, z uśmiechem podchodzę do pana ochroniarza i już wstrzymuje oddech, gdy....okazuje się, że to nie da bramka. Okej, challenge accepted, ruszam żwawo tak zwanym skrótem, który prowadzi przez mini piaskowe okopy, mruczę pod nosem "Holger, lepiej doceń co dla Ciebie robię" i ignoruję piaskownicę, które dostała się do moich różowych szpilek.

Wreszcie docieram do już też właściwej bramki, przechodzę przez kontrolę i...stary stadion Lechii rozpościera się przede mną. Spoglądam na murawę, szacuję odległości, dodaję w wyobraźni Holgera plus resztę Mannschaftu. Bezgłośnie mówię "O mamo". To się dzieje naprawdę.

Kulturalnie odnajduję swój rząd, później siedzenie, siadam, rozglądam się wokół, sprawdzam stan baterii cyfrówki i myślę... nie, tak być nie może. Z tego miejsca porwanie Holgera nie może się powieść, ja nie mogę wejść w tak bliski kontakt jak bym tego chciała. Trzeba działać.

Dukam "przepraszam" razy milion, przeciskając się z powrotem, między już pomału rozsiadającymi się fanami Niemców i obchodzę stadion dookoła. Patrzę na główną trybunę i widzę dwa tunele po jednym z każdym stron. Mam szansę 50/50. Idę w kierunku bliższego z nich - dopytuję się przymilnie ochroniarzy czy to tutaj Niemcy zrobią swoje wielkie wejście, a oni przytakują. Punkt dla mnie. O tym, że tym posunięciem rozbiłam cały bank dowiem się dopiero później ;)

Okazuje się, że podczas treningu będzie zabawiał nas Stefan Muller sypiąc swoimi tradycyjnymi polsko-niemieckimi sucharami. Słyszę ten głos i trochę przypomina mi się podstawówka, niedzielne wieczory z rodzicami i "Europa da się lubić", ale w imię Mannschaftu będę dzielna. W imię i biczfejs Holgera.

Przestępuję z nogi na nogę w rytm "Endless Summer" trochę się niecierpliwiąc i spoglądając tęskno w kierunku tunelu. Gdy pojawia się w nim przód czarnego autokaru... serce na chwilę mi staje, by po chwili udać się w pogoń. Kolejno wychodzą fizjoterapeuci, sztab trenerski i...wreszcie piłkarze!!! Nie wiem gdzie podziać oczy, czy na Neuerze i krzyczeć "mam w torebce Nutellę" (nie, nie miałam, ale może by podszedł sprawdzić;), czy na skupionym Poldim...

...i wtem! Holger! Staje przed moimi oczami, no dobra idzie przed moimi oczami, ale jak ON idzie! Z biczfejsem na twarzy!

TAAAAAAAK! Umieram, jestem w raju, moje życie jest spełnione i skończone.

embed

Jak reszta przemierzała tą trasę, nie pamiętam, albo pamiętam jak przez mgłę. To, że byli Miro Klose, który zaszczycił nas pogodnym uśmiechem....

...i Ozil gdzieś czający się w całym swoim speszeniu pod murem....

.. dowiedziałam się ze swoich własnych zdjęć kilka godzin później.

Trening oficjalnie się zaczyna, część piłkarzy zaczyna "robot dance" z fizjoterapeutami, część prowadzi rozruch, bramkarze strzelają na bramkę na zmianę, a Jogi... Jogi specjalnie podszedł do tej części boiska na którą miałam najlepszy widok i zaczął się popisywać, jak to on dryblować cwaniak potrafi...

Korzystając z chwili opadnięcia emocji, siadam sobie i rozkoszując się widokami przede mną - stretching panowie, no dalej!

embed

- funduję sobie małą przerwę na deser. Właśnie biorę się za drugiego herbatnika z czekoladą, gdy... "Olivier Bierhoff!" - słyszę krzyk, nawet nie wiem skąd. Herbatnik zatrzymuje się w połowie drogi do moich ust, jak w zwolnionym tempie odwracam głowę. Szary sweterek w serek. Granatowy prochowiec. Delikatny uśmiech. Herbatnik - Olivier? Olivier - herbatnik?

Co robić?! Wciąż trzymając herbatnika w ręce, w panice sięgam po swój plakat i działając nie do końca trzeźwo podają go menadżerowi niemieckiej reprezentacji. Yep, dziewczęta, prosząc Olivier Bierhoffa o autograf miałam w ręce nadgryziony herbatnik. Z czekoladą.

To się nazywa bycie Ciachoredaktorką w pełnej krasie.

Tymczasem następuje lekki ożywienie, Niemcy zmierzają po bramki, będzie jakaś mini-gierka.

Stefan Muller zakłóca moje wrażenia estetyczne swoim głosem i dowiaduję się, że owszem, będą rozgrywać teraz swoją małą gierkę, która świadczy o ich stylu - zasada jest prosta każdy z nich może dotknąć piłki tylko i wyłącznie dwa razy. Żadnych indywidualnych popisów, gra zespołowa, drogie panie, ot co. Dowiaduję się też, że Mario Goetze ma być ponoć ulubieńcem żeńskiej części publiczności, która ma poniżej 16 lat. Trochę się czuje urażona, nie mam 16 lat, a kolana przed paroma minutami na widok Mario ewidentnie mi zmiękły. Jak możesz, Stefan?

Kiedy dobiega końca ruga część mini-gierki, spiker-Stefan ogłasza, że teraz nastąpi chwila dla kibiców, co oznacza ni mniej ni więcej jak wykopywanie piłek Adidasa w trybuny. Piłki w wersji pomarańczowej latają nad stadionem energicznie wprawiane w ruch przez Niemców. Ja osobiście daruję sobie skakanie po nie, pilnuję swojej miejscówki i...wkrótce dostaję za to nagrodę. Piłki rozdane, spiker ogłasza koniec treningu, część kibiców zbliża się do wyjścia, a Niemcy rzucają na butelki z wodą. Cierpliwie czekam, bardzo cierpliwie, minuty mijają, gdy zaczynają zbierać się do wyjścia.

Nagle zdaję sobie sprawę, że smutnego faktu. Mam plakat, fajnie, jest impreza, ale przydałoby się też coś czym można się podpisać! Bogowie markerów, gdzie się teraz podzialiście? Przeszukuję nerwowo torebkę i voila! jedyne co udaje mi się znaleźć to długopis z herbem Barcy, gdzie na skuwce mieni się na zmianę w trójwymiarze Villa z Messim. No co, jestem Ciachoredaktorką Mariną?

Okej, nie jest dobrze, ale co zrobić? Nie mam czasu na dylematy klubowe, po pierwszy w kierunku tunelu podchodzi Philipp Lahm (wierzcie na słowo, serio jest malutki) i jak gdyby nigdy nic chwyta w swoją rękę ten długopis najpierw składając swój podpis na moim plakacie, potem dziesiątki innych. Trzymał go przez dobre kilkadziesiąt sekund, a potem z pytającym spojrzeniem szukał mnie w tłumie, by go grzecznie zwrócić. O mamo. Już nigdy go nikomu nie pożyczę go na wykładach.

Kapitan Mannschaftu odchodzi, ale w naszym kierunku zmierzają pozostali zawodnicy. "Mats!!!! Mats!!!" wołają rozentuzjazmowani fani, a ja w chwilowym przypływie emocji (a może to spojrzenie pięknych oczu Matsa gdzieś w moją stronę i jego zbliżające się kroki?) przyłączam się do nich. Co się ze mną dzieje? To jest chwila w której myślę o redaktorce rybce, o jej smsie "ucałuj Matsa ode mnie" którego wysłała mi tego dnia, a potem, a potem już nie wiem co myślę, bo Mats podchodzi wprost do mnie! Bierze ode mnie plakat, chwyta w rękę długopis i... bardzo powoli, bardzo spektakularny biczfejs wstępuje znienacka na jego twarz. Jest to biczfejs w stronę długopisu. Mówi coś pod nosem, co brzmi średnio sympatycznie. Może to i dobrze, że nie znam niemieckiego. Podejrzewam, że "oo, ale ładny długopis" to nie było. Oddaje długopis w moje ręce (czy powinnam się cieszyć, że nie nastąpił rzut?) i dopiero wziętym od innego z fanów markerem składa autograf.

Drogi Matsie, jeśli to teraz czytasz, wiedz, że przepraszam, że mi wstyd, że mi głupio. To nie był żaden z tych przemyślanych kibicowskich dowcipów - dam ci gadżet klubu rywala, a ty go z rozpędu podpiszesz i będziemy się wszyscy z Ciebie wesoło naśmiewać. Na przeprosiny mogę powiedzieć, że ta ksywka "dowód na istnienie Boga" to żadna przesada, Mats jesteś piękny. I pięknie strzelasz biczfejsy. Nawet te w moją stronę i mojego niewinnego długopisu.

Następny idzie Mesuciątko w całej krasie swojego wytrzeszcza i wygląda naprawdę rozkosznie w swojej opaseczce na włosach. Ktoś podaje mu marker, który jednak źle chwyta i po jego kilku saltach w powietrzu (markera) i pospiesznych próbach złapania go (Ozila) spada na ziemię, po drodze robiąc wielką czarną kreskę na jego nowiutkiej koszulce. Nerwowo schyla się po leżący na ziemi pisak. Speszenie wstępuje na jego twarz. Osiąga apogeum. O mamo! Widzę speszenie na własne oczy! Jest jeszcze bardziej rozkoszne, jakbyście pytały. Chyba jestem w raju.

Ale...raj dopiero nadchodzi i jest koloru alabastrowej skóry Bastiana Schweistaingera! Chyba to przez Poldiego, który znajduje się na moim plakacie w centralnym miejscu podchodzi w pierwszej kolejności do mnie. i...oddając plakat spogląda wprost na mnie i...I tak! To jest ten moment! Jego usta rozszerzają się w wesołym uśmiechu! Wprost do mnie! Albo mi się wydaje. Nie wiem, już nic nie wiem. Przeżywam wewnętrzne omdlenie - byłoby zewnętrze gdyby nie napierający tłum fanów skutecznie mi to uniemożliwiający.

Potem pochodzi jeszcze..nie, nie Holger, Sami Khedira, dotyka mojego plakatu, składa zamaszysty podpis, podchodzi, nie nie Holger - Thomas Muller, dotyka mojego plakatu, składa zamaszysty podpis, a ja zaczynam tracić kontakt z rzeczywistością...

embed

Prawie wszyscy już udali się w kierunku autokaru. Na polu bitwy z rozentuzjazmowanymi fanami zostali tylko Podolski i Klose, którzy o mało nie zostają stratowani przez siedmioletnie dzieci, a potem podchodzą do reszty kibiców. Tłum szaleje, nie pozostawiając wątpliwości do kogo należy jego serce. Apogeum szczęścia nie jest jednak mi dane osiągnąć, obaj podchodzą w rejony nieosiągalne na długość mojej ręki i plakatu, więc mogę tylko przez dłuższą chwilę nacieszyć wzrok ich widokiem.

Klose zniknął w otchłani tunelu, Poldi ruszył w krok za nim. Stoję na swoich różowych szpilkach, wciąż nerwowo ściskam w ręce najcenniejszy plakat tego świata i patrząc tęsknym spojrzeniem przez barierki, myślę: "Holger, jak mogłeś mi to zrobić?"

P.S. Długopis, który trzymał w ręce Philipp Lahm i który wkurzył Matsa Hummelsa wkrótce stanie na honorowym miejscu w ciachoredakcji jako obiekt czci, a wygląda tak:

Zapraszamy też na czytelniczą relację z treningu Niemców w Gdańsku>>

Więcej o: