Z cyklu: Innego końca świata nie będzie - Chińczycy nakręcili film o Euro

Jest wojna, śmierć i zniszczenie, bombowce nad stadionem (i Big Benem!), czołgi i ciężka amunicja, sędziowie o czerwonych oczach, płonące piłki, ziejąca ogniem Bestia, sceny rodem z Tsubasy tylko rysowane kreską "Walca z Baszirem", dziwny żołnierz śpiewający patetyczną piosenkę i, na zakończenie, trzęsienie ziemi. Mówiłyśmy, że innego końca świata nie będzie, ale czy powiedziałyśmy, że będzie koniec świata?

Cóż, wygląda to trochę tak, jakby Chińczycy lepiej odczytali kalendarz Majów i dowiedzieli się z niego, że koniec świata nastąpi na przełomie czerwca i lipca i zacznie się w Polsce i na Ukrainie. I przecząc Miłoszowi i jego smętom będzie to koniec świata z przytupem. Ba, okaże się, że nawet T.S. Elliot się mylił, będzie to bowiem koniec świata z wielkim HUKIEM nie żadnym tam skamleniem.

Big Ben przeniesie się nad Wisłe, Stadion Narodowy padnie ofiarą trzęsienia ziemi, czołgi bedą ostrzeliwać piłkarzy, a bombowce całą Europę. Będzie się działo. No dobra, może nie powinnyśmy się śmiać. Tak naprawdę, to mamy przeczucie, że słowa tej piosenki na pewno opowiadają coś o trudnej polskiej historii, Bitwie o Anglię (samoloty, Big Ben) i powstaniu warszawskim.  Albo po prostu jest bardzo dosłownym potraktowaniem metafory piłki nożnej jako wojny. Albo czymś w rodzaju CV Barneya Stinsona:

15 najgorszych reklam z udziałem sportowców >>

Więcej o: