Maciej Kot dla Sport.pl: U mnie jest kilka kroków w górę, potem spadam. Czasem w naprawdę głęboki dół

- Miałem początkowo po tym medalu takie poczucie, że przyjechałem do Pjongczangu po tort, a dostałem okruszki. Ale gdy już medal zawisł na szyi, zacząłem go doceniać. To były dla nas ekstremalne igrzyska - mówi Sport.pl Maciej Kot. Wspomina też o Janie Ziobrze: - Już wcześniej nie było z tym za dobrze, a po wiadomych perypetiach kontakt zupełnie się urwał.
1XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie Pjongczang 2018 1XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie Pjongczang 2018 Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Paweł Wilkowicz: Medal ma pan w kieszeni?

Maciej Kot: Nie, Piotrek Żyła wziął.

Ale odda?

Wziął do naszego pokoju, bo wracał pierwszy.

Ten medal da panu trochę spokoju? Żeby się już nie zamęczać oczekiwaniami?

No tak już mam, że gdy się w mojej karierze rozpada schemat ciężka praca - nagroda, to zaczynają się problemy. Im dłużej nie ma nagrody, tym trudniej mi to sobie wytłumaczyć. Ta kariera nie jest przykładem dążenia krok po kroku do celu, czy systematycznego poprawiania się. U mnie jest kilka kroków w górę, potem spadam. Czasem w naprawdę głęboki dół, jak w sezonie po igrzyskach w Soczi. Ja muszę mieć nagrodę szybko. Jestem niecierpliwy. Walczę z tym, ale zawsze wraca myśl: po co czekać długo, przecież na pewno da się krótko.

Może to syndrom zdolniachy, który od dziecka był uważany za przyszłość skoków?

Gdybym był takim zdolniachą, to dzisiaj miałbym więcej sukcesów w kolekcji. Myślę, że jestem raczej przykładem zawodnika bez wielkich predyspozycji. Mój brat był talentem. Kuba skakał pięknie. A ja krzywo. Zawsze miałem problemy i odstawałem od brata. Ciężką pracą udało mi się go doścignąć, a potem wyprzedzić. Ale jeszcze mi te różne pozostałości zostały, ten krzywy lot, który od czasu do czasu wraca i muszę z nim walczyć.

Pan sobie marzył: najpierw wyprzedzę Kubę, a potem będę skakał na igrzyskach?

Igrzyska to zawsze było w mojej rodzinie coś wyjątkowego. Jestem ze sportowego domu, dziadkowie byli gimnastykami, rodzice alpejczykami. Na studiach zajęcia na temat olimpizmu mocno mnie wciągały. Pojechałem cztery lata temu do Soczi spróbować tego na żywo i nie ukrywam, że mnie trochę oszołomiło. Choćby pójście na ceremonię medalową, zobaczenie jak to wygląda z bliska. A cztery lata później stanąłem po drugiej stronie sceny.

I przy odbieraniu medalu w Pjongczangu było tak, jak pan się spodziewał?

Wiedziałem już, że to nie jest tak, że w chwili gdy stajesz na podium nagle niebo się rozwiera, wychodzi tęcza, jaśnieje światło. Ale na pewno jest wielkie wzruszenie i duma. To zupełnie inny poziom niż dekoracje podczas mistrzostw świata, na których już bywałem. Tutaj przed wyjściem na scenę mieliśmy 20 minut odprawy: co wolno, a czego nie wolno na podium. Tłumaczyli nam regułę 50 Karty Olimpijskiej, zakazującą reklamy i propagandy politycznej, religijnej czy rasowej. Wymieniali jakie znaki wolno pokazać, co wolno wnieść, a czego nie. Że nie wolno wnieść flag, symboli religijnych, strój musi być oficjalny, zaaprobowany przez MKOl. Wolno pokazać kciuk w górę, wolno zrobić serduszko z palców, ale np. nie wolno pokazać gestu trzech palców w górę. To coś z igrzysk śmierci.

Czyli w porównaniu do tej celebry w mistrzostwach świata wchodzi się na podium z marszu?

Tak, tam mówią: zaraz cię wyczytam, wskakuj i baw się dobrze. A tutaj czuje się, że to jest coś wyjątkowego. Jest większe przeżycie.

Pjongchang . Stefan Hula , Dawid Kubacki , Maciej Kot , Kamil Stoch po dekoracji za konkurs druzynowy na zimowych igrzyskach olimpijskich Pjongchang . Stefan Hula , Dawid Kubacki , Maciej Kot , Kamil Stoch po dekoracji za konkurs druzynowy na zimowych igrzyskach olimpijskich FOT. KUBA ATYS

Czyli poczuł pan, że to jest taki moment, który się nadaje na ważną cezurę?

Może ten medal rzeczywiście zdejmie trochę presji, którą na siebie nakładam. Dobrze byłoby w końcówce sezonu poskakać na większym luzie. W poprzednim sezonie wygranie letniej Grand Prix odblokowało moje dobre skoki na dłużej, podobnie było z pierwszym zwycięstwem w Pucharze Świata. Może to się powtórzy po pierwszym medalu olimpijskim. Motywacji mi nigdy nie brakuje. Ale czasem nie mam skąd wziąć zastrzyku dobrej energii. Niech medal nim będzie.

Mówił pan po medalu drużyny: obiecałem, że nie będę już narzekał, więc nie narzekam. Na pewno się pan nie da namówić?

Chodziło o zły dzień po konkursie na dużej skoczni. Dostaliśmy wolne, mieliśmy odpoczywać, a ja już chciałem skakać. Jeszcze byliśmy przed analizą skoków, a ja miałem głowę pełną myśli. Jak to będzie w drużynówce, co mam robić, żeby skoki były lepsze. Strasznie się z tym męczyłem. I nawet ceremonia medalowa Kamila była dla mnie smutna. Z jednej strony radość z jego sukcesu, z drugiej strony cały czas w głowie skoki. Miałem kilka pomysłów, nie wiedziałem w którą stronę iść. Do tego była taka myśl, że rok temu byłem w zupełnie innym miejscu kariery i chciałem tam stać na scenie medalowej. Takie słodko-gorzkie chwile.

Rok temu wygrywał pan w Pjongczangu pierwszy konkurs w karierze.

A w igrzyskach konkursy indywidualne miałem nieudane. I jeszcze w drużynówce tak blisko było do srebra. Miałem po tych zawodach w głowie pewien obraz... Aż się waham czy opisać: że przyjechałem tu po tort, a dostałem okruszki. Medal to medal, ale z tym brązem się czułem, jakbym był nie do końca najedzony. Mówię o chwilach tuż po konkursie. Potem mi przeszło. Zadziałał chyba ferwor walki. Do połowy konkursu byliśmy jeszcze w grze o złoto, potem ono uciekło. Walczyliśmy o srebro, ale i srebro przegraliśmy. Stąd to uczucie, normalna chęć bycia najlepszym. Ale gdy medal już zawisł na szyi, poczułem się inaczej. Zaakceptowałem to co się stało i zacząłem się szczerze cieszyć.

Maciej Kot, Stefan Hula, Dawid Kubacki i Kamil Stoch po konkursie drużynowym (brąz dla Polski). XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie Pjongczang 2018, 19 lutego 2018 Maciej Kot, Stefan Hula, Dawid Kubacki i Kamil Stoch po konkursie drużynowym (brąz dla Polski). XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie Pjongczang 2018, 19 lutego 2018 Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Ten tort, jak rozumiem, miał pan przed oczami od ubiegłorocznego zwycięstwa?

To nawet nie było marzenie, to był mój cel. Ale obecny sezon mi się nie układał i oczywiście, że na medale indywidualne już od dłuższego czasu się nie nastawiałem. Natomiast ten drużynowy to co innego.

Mówił pan o nim: okruszki. Ale miesiąc temu i na okruchy się nie zanosiło.

Tak, wtedy pewnie większość sądziła, że to ja będę rezerwowym. Ale postanowiłem walczyć o miejsce w drużynie do ostatniego skoku. I ten medal jest nagrodą za walkę. W żadnym momencie sezonu się nie poddałem, mimo wielu niepowodzeń. A to były dla nas ekstremalne igrzyska. Najpierw konkurs na normalnej skoczni, który nas bardzo dużo kosztował, fizycznie i psychicznie. Potem konkursy na dużej skoczni, już w sprawiedliwych warunkach, a stojące na niebywale wysokim poziomie. Z Soczi nawet nie ma porównania. W poprzednich igrzyskach ten poziom był dużo niższy, tam wskoczenie do dziesiątki na mniejszej skoczni nie było jakimś wielkim wyzwaniem. Wiadomo, dobrze wtedy skakałem i był to jakiś mój sukces, ale nie zapamiętałem tego jako jakiś wielki wyczyn. A tutaj? Dopiero 19. miejsce z całkiem niezłymi skokami. Trudno mi się pogodzić z tym miejscem, ale jakość skoków naprawdę była dobra. Tylko konkurencja podyktowała bardzo wysokie warunki.

Ciekawe.

Może to są mylne odczucia. Ale mówię to z perspektywy kogoś kto skakał w obu igrzyskach. Poziom się teraz bardzo wyrównał, każde miejsce w dziesiątce to wyczyn. A skoki czołowych trzech drużyn w poniedziałek? Konkurs naprawdę godny igrzysk.

Maciej Kot, Stefan Hula, Dawid Kubacki i Kamil Stoch na podium podczas ceremonii dekoracji. Polscy skoczkowie zdobyli brąż w konkursie drużynowym. XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie Pjongczang 2018, 20 lutego 2018
Maciej Kot, Stefan Hula, Dawid Kubacki i Kamil Stoch na podium podczas ceremonii dekoracji. Polscy skoczkowie zdobyli brąż w konkursie drużynowym. XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie Pjongczang 2018, 20 lutego 2018 Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

I czuł pan niedosyt po brązie, mimo że przy tym słabszym poziomie w Soczi wylądowaliście poza podium?

Inne mieliśmy nastawienie. Wtedy bralibyśmy w ciemno jakikolwiek medal. A tutaj przyjechaliśmy jako murowany kandydat do miejsca na podium i wszystko poza medalem byłoby ogromnym rozczarowaniem. Normalne, że każdy z nas chciał walczyć o złoto, mimo że zdecydowanym faworytem byli Norwegowie.

Oczekiwania wobec was były ogromne jeszcze przed igrzyskami. A gdy kiepsko szło w igrzyskach wszystkim innym polskim olimpijczykom, te oczekiwania się zamieniły już wręcz w żądanie sukcesów. Wy w pewnym sensie mogliście w Pjongczang tylko stracić, tyle wam już medali zawieszono na szyi.

Mamy świetny sezon, nadzieje zostały rozbudzone, w takiej atmosferze nawet złoty medal wydaje się wszystkim czymś normalnym. A przecież nawet będąc faworytem jeszcze trzeba go wyrwać, i to w takiej wyrównanej stawce. Dlatego cieszę się, że spełniliśmy choć część oczekiwań. Zwłaszcza że innym naszym olimpijczykom rzeczywiście jakoś nie szło. W Soczi były medale Justyny i łyżwiarzy. Tutaj w Pjongczangu czuć już było w pewnym momencie taką atmosferę: kiedy w końcu będziecie mieć ten medal? Dochodziły do nas te różne głosy na temat olimpijskich wycieczek, itd. Choć my tego nie mogliśmy brać do siebie, bo u nas wszystko było podporządkowane wynikowi. Jeśli opuszczaliśmy wioskę, to tylko w drodze na skocznię. Trening, jadalnia, pokój, skocznia, trening, jadalnia, pokój, skocznia. Cały czas wolny miał być wykorzystywany na odpoczynek.

Nakaz Stefana Horngachera?

Prośba. A my jego prośby szanujemy. Wiemy, że jeżeli on coś zaleca, to trzeba to wykonać. Po pierwsze, mieliśmy się chronić przed panującym tu wirusem, a po drugie - regenerować. Chodzenie i zwiedzanie temu nie służy. Nasiedzieliśmy się w pokojach podczas tych igrzysk. Stąd się wziął temat materaców, który zyskał taki rozgłos. Chodziło o to, że tu nie było żadnych wygodnych krzeseł ani kanapy, więc chcąc nie chcąc czy to z książką czy z laptopem wracało się na łóżko. Na półsiedząco, oparci o jedną poduszkę, bo więcej nie było. I sztab uznał, że trzeba kupić cienki materac, taki który można po zwinięciu podłożyć pod nogi albo pod głowę. I to też pomogło w regeneracji.

1XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie Pjongczang 2018 1XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie Pjongczang 2018 Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Przed drużynówką udało się panu wyciszyć ten głód sukcesu, który bywa pana ciężarem?

Nie, postanowiłem z tym nie walczyć. Wykorzystać to w pozytywny sposób. Wiadomo, że myślenie o wyniku w skokach nie pomaga. Ale chyba trzeba być buddyjskim mnichem, żeby o nich zupełnie nie myśleć. Czasem trzeba stanąć oko o oko z własnymi oczekiwaniami, a nie udawać że ich nie ma. I tak zrobiłem przed drużynówką. Ale muszę pracować nad tym, żeby to nie były same oczekiwania. Żeby w moich skokach było więcej miejsca na radość. Ja nigdy nie będę skakał dla samej radości. Muszę mieć wyniki. Ale warto się choć trochę nauczyć od Kamila, który od kilku lat ma filozofię skakania właśnie dla radości. Z mediami w ogóle nie rozmawia o wynikach, on idzie żeby się dobrze bawić, albo zrealizować zadanie. Wiadomo, jest w tym trochę gry zawodnika z mediami, jest to też trochę przywilej wielkiego mistrza, że może powiedzieć: ja idę skoczyć dla radości. Bo czy mnie, z moimi osiągnięciami, przystoi przed wielką imprezą powiedzieć, że jadę tam dla radości? Nie. Nigdy nie lubiłem takich deklaracji u innych sportowców. To nie dla mnie.  Nie lubiłem tej naszej filozofii dwóch dobrych skoków. Ja lubię MMA, UFC, gdzie jest show, zawodnicy się licytują w deklaracjach, od miesięcy przed walką trwa podgrzewanie nastrojów. Takich emocji szukam. A u nas w świecie skoków zbliża się wielka impreza i zawodnik mówi: jadę oddać dwa dobre skoki. To jest takie nudne. Ale wiem, że tak pewnie trzeba.

W polskiej ekipie olimpijskiej właściwie nikt nie jechał po medal. Jedna Natalia Maliszewska w shortracku nie uciekała przed tym słowem.

My rzeczywiście mamy specyficzną sytuację: sportowcy bronią się przed takimi deklaracjami jak mogą, a z kolei oczekiwania kibiców szybują. To się nie bardzo schodzi. A tym razem, mimo sympatii do wszystkich naszych olimpijczyków, trudno jednak było wskazać sporty, poza skokami, w których te medale byłyby logiczną kontynuacją tego, co się działo w sezonie. W innych sportach te medale  jednak byłyby pewną niespodzianką, prawda? A codziennie było słychać: dziś polski sportowiec walczy o medal! A inna sprawa, że nasi sportowcy nie do końca sobie radzą z mówieniem o własnych oczekiwaniach. Ja teraz czytam biografię Rondy Rousey, pierwszej mistrzyni MMA, która przeszła drogę olimpijską, bo miała medal w judo, ale potrafiła też dawać show, budować swój wizerunek. Lubię to podgrzewanie emocji, nie ukrywam. Lubię już miesiąc przed walką czuć dreszcz. Walka Mayweather - McGregor to był mój sportowy moment ubiegłego roku. Cała ta medialna gorączka. Mimo że walka wielkim pojedynkiem nie była, to dla mnie obydwaj wygrali i cieszę się, że mogłem to oglądać.

To teraz zaczną przychodzić do pana zaproszenia na gale MMA.

Mieliśmy w ubiegłym roku tę niefortunną historię z ważeniem na Turnieju Czterech Skoczni. Piotrek Żyła miał skakać w parze KO z Jaśkiem Ziobrą i zrobiliśmy im ważenie jak w sportach walki. Stefan był wtedy na nas strasznie zły, nie rozumieliśmy do końca dlaczego.

Na pana też?

Ja byłem kamerzystą i konferansjerem. Ludzie tę scenkę odebrali bardzo pozytywnie, jako dystans do siebie. I wtedy na Twitterze jeden z właścicieli KSW napisał, że zaprasza, zrobi walkę na Narodowym.

A co się nie spodobało Stefanowi Horngacherowi?

Że pokazywaliśmy rywalizację wewnątrz zespołu, a powinniśmy pokazać jedność. Moim zdaniem wtedy pokazaliśmy właśnie jedność i dystans. Ale u niego jak jest surowy ochrzan, to lepiej nie dyskutować. Dlatego przyjęliśmy to do wiadomości. Stefan umie się bawić, ale gdy jest robota do wykonania, to nie ma zmiłuj. I ja to bardzo szanuję.

1XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie Pjongczang 2018 1XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie Pjongczang 2018 Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Wspomniał pan Jana Ziobrę. Macie z nim kontakt?

Nie. Już wcześniej nie było z tym za dobrze, a po wiadomych perypetiach kontakt zupełnie się urwał. Nie chcielibyśmy być stroną w tym konflikcie.

Norwegowie byli w Pjongczangu nieuchwytni?

Dziś decydują naprawdę drobiazgi. Myślę, że oni uciekli reszcie sprzętowo. Są świetni: wygrali wszystkie drużynówki poza jedną, indywidualnie też ktoś z nich cały czas wskakuje na podium. Ale mają też coś w sprzęcie: obserwowałem zmienione buty, z innymi podeszwami i te inne kombinezony. Zgodne z przepisami, skoro przechodziły kontrole. Ale sprawiały wrażenie trochę naginających przepisy.

W jaki sposób naginających?

Chodzi o krok, jak on zjeżdżał w dół. Powtarzam: przechodzą kontrole, więc wszystko jest zgodne z regułami. Ale chyba znaleźli jakiś sposób, żeby ten krok się inaczej układał. Mieli słaby poprzedni sezon i to dość naturalne, że wyciągnęli wnioski, nadrobili tam, gdzie wcześniej zaniedbali i mają efekty. Nie tylko my ciężko pracujemy. Do tego Norwegowie, tak jak my, mają świetną atmosferę w zespole. Napędzili się i utrzymali to tempo. Wygrali zasłużenie. A my mamy motywację, żeby ich gonić.

Pięć lat temu Polska zdobyła pierwszy drużynowy medal. Teraz ma ich już pięć. A zdobywało te wszystkie medale ledwie siedmiu skoczków. U rywali ruch w drużynach jest większy.

Zgadza się. U Norwegów cały czas dochodzi ktoś młody. U nas teraz doszedł jeden nowy medalista: starszy, a nie młodszy, Stefek Hula.

Dziś aż trudno uwierzyć, że jednym z polskich medalistów jest Klemens Murańka, zdobywca brązowego medalu z 2015. Nie było dalszego ciągu.

Nowe twarze dają motywację, nową energię. Czekamy. Jest Tomek Pilch, miał dobrą zimę. Jest Kuba Wolny, zdecydowanie najmłodszy w naszej grupie. Był już w Innsbrucku w czołowej piętnastce, liczymy że od Lahti wróci do dobrego skakania. Jest kilku chłopaków którzy są nadzieją, ale jeszcze nie można ich włączyć do składu na konkurs drużynowy.

Przywykliśmy powtarzać, że medale w polskich skokach to efekty systemu szkolenia. Że ten system, jeśli chodzi o szkolenie mistrzów, jest wyjątkowym zjawiskiem w polskim sporcie. Może jeszcze szkoła  rzutu młotem ma taką powtarzalność sukcesów. Ale czy to rzeczywiście jest system, jeśli nie objął w ogóle Zakopanego, tylko same Beskidy? Wy wszyscy, medaliści z drużynówki, jesteście z zakopiańskich klubów. A gdzie mają skakać dzieci z Zakopanego, które chciałyby pójść w wasze ślady?

Będą musiały jeździć do Szczyrku. I to jest przykre, że kiedy my zaczynaliśmy, Zakopane było głównym ośrodkiem. Były małe skocznie, większe skocznie, sześćdziesiątka, osiemdziesiątka. Szkoła sportowa w Zakopanem prężnie działała, w zawodach dzieci brylowali zakopiańczycy. A teraz w Zakopanem? Poza skocznią K-15, na którą dzieci wchodzą na nogach, nie ma mniejszych skoczni do treningu. Jeśli te dzieci chcą poskakać na skoczni, to muszą jechać do Szczyrku. Zawodnicy z zakopiańskich klubów również. W Zakopanem mogą najwyżej trenować na sali. A dzieci jednak muszą oddawać po te 20 skoków dziennie, poczuć to. Więc jeżdżą do Szczyrku,długie godziny spędzają w podróżach, koszty rosną. Spójrzmy na wyniki wśród dzieci: brylują te ze Szczyrku i Wisły, bo mają lepsze warunki. A talenty z Zakopanego nie mają takiej szansy na rozwój. Rozmawialiśmy o tym z panem premierem, kiedy byliśmy u niego na śniadaniu przed igrzyskami. Zapewnił nas, że zmiany są już blisko. Mam nadzieję, że się doczekamy. Bo teraz niektórzy mogą popatrzeć na nasze medale i pomyśleć: jest dobrze. Ale jak będzie za cztery lata? Dojdą młodzi?

Na przestarzałej średniej skoczni w Zakopanem mieliście zakaz treningów jeszcze za czasów Łukasza Kruczka, on uważał, że to może tylko zaszkodzić. I nic się od tamtego czasu nie zmieniło.

Nic. Wyciąg też nadal nie działa. Skocznie są w opłakanym stanie. System szkolenia jest, tylko szkolić nie ma gdzie. Trudna sytuacja, ale mam nadzieję, że teraz już się zmieni. Trudno tę zapaść zrozumieć, bo to nie stało się z dnia na dzień. To nie jest  przypadek skoczni, która się nagle osunęła i trzeba ją ratować. Nie, te skocznie niszczały powoli, było jasne że stracą homologację, a jednak nikt nie zrobił nic, by to zmienić. Były tylko zmiany władz. I problemy własnościowe. A jak już poprawili skocznię, to nie zajęli się wyciągiem. Kamil Stoch z Adamem Małyszem zaczęli się tym bardzo interesować, zwracają uwagę na te problemy. My też dajemy wsparcie i mamy nadzieję, że będzie jakiś efekt. Byłoby przykro, gdyby się okazało, że dziś świętujemy medal drużyny, za cztery lata jeszcze jakoś się zmobilizujemy, ale już za osiem nie pozostanie po tym entuzjazmie ani śladu.