Powściągliwość, czyli piłkarski weekend w Europie

Musiał kiedyś przyjść taki weekend, bez pogromów, bez zmultiplkowanych hat-tricków, bez sensacji i wielobramkowych festiwali strzeleckich (bo czymże jest marne 3:1 dla rozpieszczonych takim na przykład barcelońskim rozstrzelaniem Ciach?), bez nawet, pozwólcie nam to powiedzieć, żadnej dziejowej myśli przewodniej. Dziadek Hegel przewraca się w grobie, a my na osłodę mamy przynajmniej polską bramkę w Bundeslidze.




Borussia Dortmund Borussia Dortmund AP/Michael Probst

1. FC Nurnberg - Borussia Dortmund

I pozostając w klimacie wielkich dokonań kultury niemieckiej musimy stwierdzić, że Śpiewacy norymberscy wydali z siebie tym razem co najwyżej przeciągły kwik, kiedy pierwszą bramkę ładował im przepiękny Mats Hummels (tak, jeszcze co najmniej 2 tygodnie będziemy przeżywać jego niedawno odkrytą ciachowość), a dobijał dzielny rycerz z Polski i nasz dobry kolega Robert Lewandowski. Pytanie za 10 punktów: ile punktów przewagi ma Borussia nad wiceliderem tabeli? Och, chyba coś spaliłyśmy, ale who cares...

 

 

 

 

Raul Raul REUTERS/WOLFGANG RATTAY

Schalke 04 - Bayern Monachium 2:0

Postępowanie tych dwóch drużyn w tym sezonie jest dla nas nieprzeniknione niczym oblicze Sfinksa, biczfejs Villi, albo Tajmenica Sagali. Zaskakująca umiejętnośc przegrywania i wygrywania we wszelkich możliwych konfiguracjach, barwna sinusoida formy, trzęsąca się niczym przeładowany warszawski autobus, kapryśna skrajność i  i skrajna nieprzewidywalność - oto Schalke i Bayern w sezonie 2010/11. Tym razem górą było Schalke, które pokonało u siebie Bawarczyków 2:0, ale i tak, to jak bardzo zjechać musiałyśmy w dół tabeli w poszukiwaniu zespołu Manuela Neuera napełniło nas lodowatym przerażaniem. Okolice strefy spadkowej, jakbyście pytały.

 

FC Barcelona FC Barcelona GETTY IMAGES/David Ramos

Osassuna - Barcelona 0:3

Zamiecie, strajki, przeterminowane samoloty i masoński spisek - wszystko to piętrzyło przeszkody na drodze Barcelony do zmiażdżenia, zdziesiątkowania, zmasakrowania kolejnego rywala, i wymęczona Duma Katalonii zadowolić musiała nas i siebie marniutkim 3:0. No cóż, westchnęły Ciacha, mówi się trudno i płynie się dalej, jak śpiewały Rybki z ferajny, czy inny tam Kapitan Nemo. A przecież dwa gole Messiego, to zawsze dwa gole Messiego, czyż nie?

 

Aaaaaaaaaaaa, zaczekajcie!!! Łoł, łoł, łoł, co to jest pytamy się? No co?

 

Pep Guardiola


Cristiano Ronaldo Cristiano Ronaldo AFP/GETTY IMAGES/DOMINIQUE FAGET

Real Madryt - Valencia 2:0

Tymczasem zgnębiony Jose Mourinho zebrał niedobitki Wielkiej Armii, by jeszcze raz poprowadzić je do ataku, tym razem na Valencię... wróć. To Valencja przyprowadziła Wielką Armię by zmierzyć się z resztkami chwały wielkiego niegdyś Jose, by niczym Prusy, Rosja i Austria swego czasu rozparcelować szczątki niegdysiejszej potęgi, by wylać do dna czarę goryczy, ale nic z tego, i nie tym razem. Bo choć na metaforę Feniksa jeszcze stanowczo za wcześnie, to jednak rycerze Josego dali dzielny odpór najeźdźcom a dzielny Cristiano Ronaldo wbił im nawet dwa gole. Mówiłyśmy Wam kiedyś, że kochamy zrujnowanych mężczyzn?

 

Didier Drogba Didier Drogba GETTY IMAGES/Shaun Botterill

Angielska powściągliwość

Po pentatricku Berby na angielskich stadionach zapanowała cisza i spokój. No, względna cisza i względny spokój, bo też i terminarz rozgrywek nie sprzyjał wielkim wybuchom i krwawym rozgrywkom. I o czym mamy Wam napisać? O rozczarowującym remisie Chelsea? O nie takim znowu gładkim zwycięstwie Arsenalu nad kopciuszkiem ligi? Czy może o meczu Manchesteru, którego jeszcze nie było? To może chociaż popatrzycie sobie na kości policzkowe Drogby? I na bramki Samira Nasriego? Aha, no bo póki co, to Arsenal jest liderem Premier League. Jak bardzo jesteście zadowolone?

 

 

Claudio Marchisio Claudio Marchisio GETTY IMAGES/Claudio Villa

Catania - Juventus 1:3

Bo przecież nie możemy jakoś nie zahaczyć o Claudio Marchisio, zwłaszcza, iż bardzo cieszy nas wieść, że niezłomna fanka Juventusu,  juventina, jednak nie zamarzła gdzieś na poznańskim mrozie, ale żyje, ma się dobrze i produkuje własne, pomeczowe przemyślenia ;)


Był sobie mecz wczoraj, Catania-Juventus, i był to pierwszy mecz przegrany przez Catanię na własnym boisku. Dwie (a w zasadzie trzy) bramki strzelił Quagliarella (pierwszej pan sędzia nie zauważył, więc dwie minuty później Fabio władował tak żeby było dobrze widać...). Tym samym podskoczył parę oczek wyżej w moim osobistym rankingu (to może dziwne ale jednak ładne bramki dają więcej niż ładne sesje). Dzisiaj trafiłam na jeden z odcinków włoskiego Mamy Cię z Fabio.  Mam dwa wnioski. Po pierwsze: Włosi nie znają granic i pojęcia umiaru. Też 'żart' był po prostu zobrazowaniem definicji przesady. A po drugie: Fabio daje rade ;D To jak się wścieka i próbuje udowodnić że to nie on korzystał z usług tego transwestyty jest genialne. Żałuję że nie znam włoskiego na tyle dobrze żeby zrozumieć wszystko, ale to co udaje mi się uchwycić już jest dobre. Uroczy jest i kropka. Ale cóż, w końcu neapolitańczyk, to nie ma innego wyjścia ;D I chyba nie tylko ja go bardzo lubię

Fabio Quagliarella


Forza Juve
Forza Fabio
juventina

 


Więcej o: