Nowy trener Realu Madryt. Mourinho, gaduła totalny

Tylko mali ludzie o malutkich móżdżkach, którzy mało widzą i jeszcze mniej rozumieją, aktualną rolę Jose Mourinho redukują do robótki w Realu Madryt. Mourinho panuje i w skali makro - nad całym futbolowym wszechświatem, i w skali mikro - nad każdym atomem w swoim klubie - pisze w felietonie do Gazety Sport.pl Rafał Stec.
Jego Wszechmocność wygarnął właśnie trenerowi Wengerowi, że ten od lat plecie, iż jego drużyna - Arsenal - jest młoda, obiecująca i w ogóle zniewalająco uwodzicielska w ruchach, ale wygrać niczego ciamajda nie umie. Wyjaśnił też Jego Wszechmocność, że na mediolańskiej murawie zasadził najcudowniejsze kwiaty, więc następcy na stanowisku szkoleniowca Interu - Rafaelowi Benitezowi - wystarczy nie szkodzić i czerpać z cudzego dorobku. Wreszcie w wywiadzie dla "El Pais" nasz demiurg jasno wyłożył, że również piłkarze Chelsea, choć opuszczeni przez demiurga szmat czasu temu, wciąż czują jego dotknięcia, zatem nawet Carlo Ancelotti nie musi niczego stwarzać.

Tylko mali ludzie o malutkich móżdżkach, którzy mało widzą i jeszcze mniej rozumieją, aktualną rolę Jose Mourinho redukują do robótki w Realu Madryt. Jego macki obłapiają wszystkie wielkie stadiony, Mourinho albo na losy rywali osobiście wpływa, albo przynajmniej intelektualnie ich sytuację obejmuje. Panuje i w skali makro - nad całym futbolowym wszechświatem, i w skali mikro - nad każdym atomem w swoim klubie. Kiedy ogłasza, że piłkarze z pola Sergio Ramos oraz Sami Khedira będą raz w tygodniu odbywać trening bramkarski, daje podwładnym sygnał - nie zaniedbam ani drobiazgu, przygotuję was na najbardziej niezwyczajne przeciwności losu, opracujemy precyzyjny plan na okoliczności, których inni nie potrafią sobie nawet wyobrazić. Casillas i Dudek wypadną z czerwonymi kartkami albo urazami? Tylko Real będzie miał w kadrze trzeciego bramkarza. Ba, będzie miał i czwartego.



"Dla ciebie musiałbym robić trening w południe, bo o 10 przyjeżdżasz na wpół śpiący, a o 11 znowu zasypiasz" - rugał Portugalczyk napastnika Karima Benzemę. Cytaty dała "Marca", znany z publikowania bujd brukowiec. Inny trener albo by się wyparł, albo wymamrotał coś o sekretach szatni, wewnętrznych sprawach drużyny, bla bla bla. Mourinho chętnie potwierdził, że zajście było, po czym nieproszony rozebrał psychikę młodego futbolisty i wystawił na widok publiczny. Złożył hołd jego niezmierzonemu talentowi, a zarazem ujawnił, iż odkrył w Benzemie niezdolnego do poświęceń obiboka, który musi poprzewracać sobie w głowie, jeśli naprawdę pragnie zostać wybitnym sportowcem.

To znana już technika wychowawcza Mourinho (w Interze identyczny zabieg zastosował wobec leniucha Mario Balotellego), a zarazem kolejny przejaw jego niepohamowanego gadulstwa. On czuje nieodpartą potrzebę, by ludzie wiedzieli, co myśli, kogo szanuje, kogo ceni, kim gardzi, jakie ma plany. Od lat słyszymy, że pragnie podbić trzy ligi, które uważa za najmocniejsze. Zdawaliśmy sobie sprawę z nieuchronności jego przenosin z Włoch do Hiszpanii, teraz zdajemy sobie sprawę, że po wypełnieniu misji w Madrycie wróci do Anglii, pamiętamy też, że w dojrzałym wieku wypocznie jako selekcjoner reprezentacji Portugalii. Cel oczywisty - mistrzostwo świata.

Mourinho jest ekstrawertykiem, ale chce być jeszcze Wielkim Narratorem, snującym opowieść o własnej drodze na szczyt, interpretującym swoje dokonania, porównującym samego siebie z konkurentami. Wszyscy zastanawiają się, ile osiągnęli, on zastanawia się głośno. I regularnie aktualizuje dane. "Chcę jako pierwszy wygrać Ligę Mistrzów z trzema różnymi klubami. Happel wygrał z dwoma, ale już nie żyje, Hitzfeld też wygrał z dwoma, ale wkrótce się wycofa. Tylko przede mną wiele lat kariery. Chcę też zostać jedynym, który zwyciężył w Premier League, Serie A i Primera Division. Na tę chwilę Capello triumfował we Włoszech oraz Hiszpanii, Ancelotti we Włoszech oraz Anglii, podobnie jak ja. Capello nie chce wracać już do pracy w klubie, więc nie da rady się poprawić. Czyli zostajemy z Carlem sami, choć nie wiem, czy on stawia sobie te same cele".



My też nie wiemy, czy sobie stawia, bo Ancelotti zdobytych trofeów publicznie nie wylicza. Niedzisiejszy typ. Wyguglujcie jego nazwisko, dostaniecie marne 16 mln wyników. Wrzućcie nazwisko Messiego, zbierzecie 25 mln internetowych znalezisk. Wstukajcie: "Ronaldo" - znak towarowy należący przecież do dwóch wybitnych graczy naszej ery - a wyszukiwarka wypluje 40 mln linków. Mourinho nawet w duecie nie zaimponują - on zgarnia 46 mln wyników. Tyle, ile Madonna. Dlatego gdyby nie jego kategoryczny sprzeciw, prezes Florentino Perez urządziłby mu powitanie na Santiago Bernabeu z 80 tysiącami fanów na trybunach. Takie, jakie w zeszłym roku przeżyli Cristiano Ronaldo i Kaka.

W ulubieńcach kamer często wyszydza się mistrzów autopromocji - niekoniecznie aż tak wybitnych w swoich dokonaniach, jak sugeruje ich szalona popularność. Wartości dzieł Mourinho podważyć nie sposób. Gdzie nie przyjdzie, gracze go uwielbiają, uważają za trenera totalnego, który nigdy daje się przyłapać na improwizacji. Ćwiczą wyłącznie z piłką, co nierzadko zdarza im się po raz pierwszy w życiu - magazyn "Four Four Two" cytował byłego asystenta Mourinho, którego ten ostatni miał retorycznie pytać, czy widział kiedykolwiek pianistę biegającego wokół fortepianu, zamiast uderzać w klawisze. Zajęcia trwają krótko, bo Mourinho najbardziej boi się nudy. Notorycznie je przerywa, by zapytać podwładnych, co myślą o wykonywanym ćwiczeniu. Dopóki nie uzyska pełnego porozumienia, wysiłek nie ma sensu. Dlatego znał włoski, zanim wylądował w Mediolanie, a potem wciąż studiował ten język pięć godzin dziennie, dlatego pogardliwie wyraża się o kolegach po fachu, którzy komunikują się przez tłumaczy.

"Z chirurgiczną precyzją przepowiadał, co się będzie działo na boisku. Czasem było wręcz przerażające, jak bardzo miał rację. Jakby widział przyszłość" - wspomina byłego trenera Didier Drogba. A szefowie Interu odkryli, że za kadencji Mourinho ich piłkarze doznawali urazów znacznie rzadziej niż za kadencji jakiegokolwiek szkoleniowca w ostatnich kilkunastu latach Przesłuchajcie wszystkich, którzy się z Portugalczykiem zetknęli, a nadal będziecie mieli problem ze znalezieniem jego wad. Treningi pasjonujące; odprawy taktyczne inspirujące; metody niegroźne dla mięśni, ścięgien, stawów i kości. I jeszcze jeden paradoks - choć Mourinho zagłusza wszystkich, piłkarze zgodnie twierdzą, że dzięki niemu czują się ważniejsi niż kiedykolwiek. Że zyskują niesłychane poczucie własnej wartości.



Najdobitniej oddziałują na wyobraźnię jednak wyniki. Tylko Mourinho nie poniósł ligowej porażki na własnym stadionie od 2002 r. Tylko on wygrał Champions League w obecnej morderczej formule z klubem - Porto - spoza czołowych europejskich lig. Tylko on przetrwał kilka sezonów u Romana Abramowicza w Chelsea. Tylko on potrafił tchnąć wojowniczego ducha w faszerowany miliardowymi inwestycjami Inter Mediolan, który latami uchodził za zgraję mięczaków skazanych na przynoszenie wstydu przy okazji każdego poważniejszego międzynarodowego wyzwania. Tylko on wreszcie, jak sądzę, będzie w stanie za rok przekonać szefów Realu, że mimo ewentualnej przegranej w rywalizacji z Barceloną - lub fiaska w Lidze Mistrzów - zwalnianie go byłoby kardynalnym błędem.

Jeśli mu się powiedzie w Madrycie i z portugalską kadrą, usłyszymy zapewne, że właśnie został liderem trenerskiej klasyfikacji wszech czasów. To jego dalekosiężny cel, którego, o dziwo, jeszcze wprost nie nazwał. Sukces do Mourinho przylgnął, niewielu wierzy w jego porażkę, na Santiago Bernabeu będzie miał pozycję mocniejszą niż jakikolwiek poprzednik. Tym razem to prezes Realu może stać się zakładnikiem podwładnego - nawet jemu niełatwo będzie zbyt szybko zwolnić najwybitniejszego trenerskiego oratora, który skutecznie wmawia światu, że nad nim nie ma już nikogo.