Rafał Stec: Bogowie muszą być zwyczajni

Kiedy obecny dyrektor sportowy Realu Madryt Jorge Valdano zapytał po ćwierćfinale mundialu w 1986 roku Diego Maradonę, dlaczego ten zamiast podać mu piłkę, przedryblował wszystkich rywali i sam wepchnął ją do siatki, stojący pod prysznicem Argentyńczyk ponoć odparł: "Chciałem, naprawdę chciałem, ale co chwila pojawiał się jakiś Anglik, którego można było minąć".

Valdano opowiedział tę anegdotę kilka lat temu, gdy do Madrytu przyjechał Zinedine Zidane (sprawa transferu zaczęła się na gali UEFA, gdzie dostał od prezesa Pereza chusteczkę z pytaniem: "Chcesz grać w Realu?", odpisał: "Tak"). Wyjaśniał w ten sposób fundamentalną różnicę między graczem uważanym przez połowę ludzkości za największego w historii (druga połowa to wyznawcy Pelego) a legendą futbolu przełomu wieków. Francuz mianowicie bardzo potrzebuje na boisku partnerów, Maradona potrzebował tylko piłki i ewentualnie przeciwników, których mógł ośmieszyć bądź - w najlepszym razie - pognębić. Zidane prawdopodobnie uczyniłby Valdano sławnym (zawsze podaje, gdy może strzelać), Valdano u boku Maradony miał w gruncie rzeczy jedynie tę satysfakcję, że po jego strzale wyciągnął piłkę z bramki Anglika Petera Shiltona. Co w Argentynie nadaje mu jako temu, który dostąpił bezpośredniego kontaktu z bóstwem, status niemal kapłański.

Cudowne dzieci południowoamerykańskiego futbolu dorastały w nędzy, Zidane też nie miał lekko w marsylskim getcie, zwłaszcza że wśród pięciorga synów algierskich imigrantów był najmłodszy. I to chyba wszystko, co łączy najlepszego piłkarza roku 2003 według FIFA z latynoskimi geniuszami. Odwrotnie niż Maradona, Pele, di Stefano jest wysoki (1,85), na szczyt wspinał się latami i często była to droga przez mękę, za najlepszego nie uchodził nawet na podwórku, gdzie wyróżniał się głównie pilnością i determinacją. Pilnością, bo z kolegami mieli układ - każdy wymyślał nowy drybling, po czym wszyscy ćwiczyli go do upadłego. Zidane nad swoim popisowym numerem nazywanym ruletką, podczas którego tuż przed zwodem wykonuje niepowtarzalny piruet i którego nie trzeba opisywać, bo pamiętają go wszyscy kibice na świecie, pracował 15 lat. Jeśli mu wierzyć, dzień w dzień. Jako 15-latek wyjechał do Cannes, bo łowca talentów z tamtejszego klubu stwierdził, że "znalazł chłopca z dłońmi zamiast nóg". Zidane pozostawał jednak raczej idealnym kandydatem na antygwiazdora. Grzeczny, nieśmiały, wręcz bojaźliwy, pozbawiony ego. Często znajdowano go płaczącego po porażkach lub kiepskich występach, na treningach harował za dwóch, bo wytykano mu mnóstwo wad. Nie kontrolował się, bywał agresywny wobec brutalnych rywali, miał słabą kondycję - dawno wyrósł już z wieku juniora, gdy trzeba było go zmieniać przed końcem, zdarzało mu się wymiotować podczas gry.

Wymiotował, bo nie chciał się poddać. Opłaciło się. Brzydkie kaczątko przerodziło się w królewicza, gdy rozpoczął w Bordeaux karierę rozgrywającego, którzy ponoć wyginęli. Dziś nie sposób odebrać mu piłki, sam twierdzi, że mijając rywala, równocześnie patrzy, gdzie stoi pięciu-sześciu innych graczy. Czytałem kiedyś wyznania jego byłego kolegi z boiska, nazwiska nie pamiętam, który zwierzał się, że gdy w jego kierunku frunęła piłka kopnięta przez Zidane'a, modlił się, by nie nawalić, a gdy się nie udawało, czuł się głupio jak nigdy.

Nie sposób rozstrzygnąć, kto jest piłkarzem wszech czasów. Prawdopodobnie jednak żadnego z konkurentów Zidane'a do tego tytułu nie podziwiało i nie kochało tak wielu ludzi. Pele pochodzi z ery przedtelewizyjnej, jest mitem, platońskim ideałem, a wiara w jego geniusz to do pewnego stopnia akt dobrej woli. Maradona niszczył własne życie, handlował i zażywał narkotyki, przyłapano go na dopingu, dlatego do dziś budzi skrajne emocje. Zidane wrogów nie ma. Kochają go (muzułmanina!) nawet wyborcy ultraprawicowego Frontu Narodowego, choć jego lider Jean-Marie Le Pen kwestionował "francuskość" piłkarza i całej drużyny mistrzów świata z 1998 roku ("Zizou" w rewanżu nawoływał, by nie głosować na tę partię). Powtarza, że najważniejsze dla niego to "dawać przykład młodym ludziom", kocha życie rodzinne, można mu wierzyć, kiedy mówi, że po zakończeniu kariery ucieknie z najbliższymi na odludzie i nie będzie tęsknił do wielkiego świata.

Kiedy w swoim pierwszym klubie wypełnił zawierający 240 pytań test osobowościowy, okazało się, że jest wyjątkowo zmotywowany, ma niskie poczucie własnej wartości i nigdy nie przedkłada własnego dobra nad dobro innych. Zwłaszcza ta ostatnia cecha jest jak na playmakera niezwykła. Być może dzięki niej teza, że Zidane jest lepszy niż Maradona, nie jest aż tak ryzykowna. Bo piłka to gra zespołowa, a Francja i Real Madryt z Zidanem osiągnęły o niebo więcej niż Argentyna i Napoli z Maradoną.

Uratować 14. dziecko

Real ma galacticos, inny madrycki klub - Rayo Vallecano - też jest wyjątkowy, bo znów jako jedyny w Hiszpanii ma prezesa kobietę. Teresa Rivero, matka 13 dzieci, wycofała październikową decyzję o rezygnacji ("z miłości do piłki"), do której sprowokowało ją obraźliwe zachowanie fanów. Pani prezes doprowadziła Rayo do największych sukcesów w historii (ćwierćfinał Pucharu UEFA w 2001 r.), ale w minionym sezonie klub spadł do drugiej ligi, w której zajmuje teraz 18. miejsce.

Liczba tygodnia

108 929 - tylu socios, czyli płacących składki członków klubu, ma Barcelona. Katalończycy poprawili dotychczasowy rekord - z 1986 roku - mimo jednego z najgorszych okresów w historii drużyny.