Rafał Stec: Wszyscy ludzie prezesa

Choć w piłce nożnej ważne są zwycięstwa, trofea i styl gry, to kibice zapominają i o porażkach, i braku tytułów, i kaleczącej estetyczną wrażliwość boiskowej kopanino-szarpaninie.
Nie wybaczają tylko jednego - braku lojalności. Żądają jej od piłkarzy, trenerów, prezesów, bo rozumieją, że gdyby np. Milan oddał Paolo Maldiniego, zaprzedałby duszę.

O tym nie ma mowy, mam natomiast niepoparte racjonalnymi argumentami przeczucie, że Real Madryt pozbył się Fernanda Hierro i Vicente del Bosque'a zbyt łatwo, w złym stylu i pochopnej decyzji pożałuje. Mam też graniczące z pewnością przekonanie, że za ewentualne oddanie Raula Gonzaleza do Manchesteru - gdyby potwierdziły się spekulacje "Marki" - zapłaciłby bardzo wysoką cenę. Pierwszej tezy nie sposób udowodnić. Hierro to przecież najwolniejszy obrońca nowoczesnej Europy, niezgrabny w ruchach i spóźniony w interwencjach, a jak zgubne skutki mogą wywołać jego wady, cały piłkarski świat widział w półfinale Champions League. Del Bosque na ławce "Królewskich" właściwie debiutował w roli trenera pierwszej drużyny, w dodatku o jej sile decydują geniusze, którzy nawet puszczeni samopas zapewne pobiliby wielu potentatów. Styl Realu też wynika raczej z predyspozycji Zidane'a i spółki niż oryginalnej koncepcji szkoleniowca, a i kierunek polityki transferowej wyznacza kto inny - prezes Florentino Perez działa przejrzyście i przy zakupach nawet nie pozoruje konsultacji z trenerem. Jeśli już zasięga opinii, to dyrektora sportowego Jorge Valdano.

Teoretycznie problemu nie ma. Wystarczy zatrudnić fachowców z nieco wyższej półki, by potencjał zespołu wzrósł. Gdyby jednak futbol był aż tak policzalny, mecze niemal straciłyby sens - wszelkie klasyfikacje układałyby działania matematyczne. Nie bez kozery jednak piłkarze i trenerzy z każdego zakątku globu do znudzenia powtarzają zaklęcia o "duchu zespołu", roli ścierających się ambicji i osobowości, a także wykluczającym egoizm przywiązaniu do barw, stadionu, regionu, kibiców. To ostatnie fani cenią sobie bardziej niż kiedykolwiek, bo XXI wiek utrudnia zachowanie tożsamości kulturom o wieloletniej tradycji, a co dopiero znacznie mniej odpornym na wpływy z zewnątrz klubom piłkarskim. Zwłaszcza w Europie ich znaczenie musi jednak rosnąć, tak jak rośnie rola regionów. Tendencje integracyjne - czy tego chcemy, czy nie - utrudniają identyfikację z drużyną narodową coraz częściej złożoną z zawodników naturalizowanych lub grających na co dzień na drugim końcu kontynentu. Kibice budują więc swoją tożsamość przez patriotyzm lokalny. Kluby co prawda też dawno zatraciły etniczną jednolitość (to dziś nieuniknione i nie zmieni tego nawet fenomen baskijskiej enklawy w Bilbao), ale wciąż grają na stadionie z ulicy obok lub sąsiedniej dzielnicy. Wychowankowie (lub latami wierni barwom) zostają kapitanami, stają się symbolami, dają klubom twarz - jak Oliver Kahn w Bayernie czy Francesco Totti w Romie - a czasem wręcz uosabiają genius loci miejsca - jak wspomniany Maldini dzięki swej elegancji, pracowitości, powodzeniu u kobiet i epizodami na wybiegach dla modeli idealnie oddającymi mediolańską atmosferę luksusu i stolicy mody. Przywiązanie do takich graczy to nie wymysł futbolowych romantyków, lecz warunek konieczny dla sukcesu. Wiedzą o tym wszyscy potentaci. Tacy piłkarze scalają zespół, marzą o zaszczytach dla siebie, lecz przede wszystkim klubu. A chyba nikt nie przypuszcza, że Beckham przyjechał do Madrytu, by budować wielkość Realu. Owszem, niewykluczone, że będzie ją budował, ale raczej "przy okazji" promowania własnego wizerunku. Co oczywiście naganne nie jest, ale tacy jak on nie wystarczą drużynie. Realowi pozostał Raul należący do gatunku piłkarzy, którzy "nie powinni" zmienić klubu nigdy. Czy Perez wie, że musi zatrzymać go za wszelką cenę nie tylko dlatego, że jest on graczem wybitnym? Na razie prezes, przedsiębiorca z dorobkiem, zachował się jak szef najzwyklejszej firmy - kiedy po zdobyciu tytułu wybuchła kłótnia, bunt piłkarzy reprezentowanych przez Hierro odebrał jako próbę podważenia jego autorytetu, a tego zaakceptować nie mógł. Dotąd sprawdził się jako biznesmen, których oparte na sentymentach hiszpańskie kluby bardzo potrzebują, teraz stoi być może przed największym wyzwaniem - musi dowieść, że rozumie specyfikę działania przedsiębiorstwa pod nazwą "drużyna piłki nożnej". Błędy już popełnił. Transferem Beckhama wywołał zamieszanie na kilka dni przed meczem decydującym o mistrzostwie kraju, obcesowym, bezwzględnym potraktowaniem trenera del Bosque'a (od 30 lat na Santiago Bernabeu!) rozzłościł zawodników, którzy zgodnie uznali jego ruchy za okrutne i niezrozumiałe. "Muszę podejmować decyzję z głową, a nie w sercu" - tłumaczył Perez. Oby nie zapomniał, że podejmując rozumne decyzje, trzeba dbać o uczucia tych, których dotyczą. Teraz wykonał ruch niepopularny, pierwszy raz postąpił wbrew woli kibiców i piłkarzy, którzy solidaryzowali się ze swoim trenerem i kapitanem. Problem Hierro trzeba było wreszcie rozwiązać, ale można było jego rolę stopniowo marginalizować, nie uderzając w godność piłkarza. Prezes zareagował radykalnie, jakby po sfinalizowaniu transferu Beckhama i on poczuł się gwiazdą. To wszechogarniające Real gwiazdorstwo może stać się poważnym problemem. Santiago Bernabeu stało się miejscem tak elitarnym, że przyjście kolejnego piłkarza-geniusza w coraz mniejszym stopniu uszlachetnia klub XX wieku. To raczej przyjście do Realu jest jak nadanie tytułu szlacheckiego. Dlatego Perez musi działać ostrożniej niż kiedykolwiek - bo to dla arystokracji styl, forma i gesty są szczególnie ważne.