Telewizyjna schizma krykietowa

Jeszcze niedawno krykiet Twenty20* uważano w Indiach za sportową herezję. W ciągu najbliższych lat ta skrócona odmiana najstarszej (jeśli chodzi o prowadzenie regularnych rozgrywek) dyscypliny zespołowej świata stanie się krykietową religią panującą. Już teraz w Indiach powstają dwie zawodowe ligi i jeszcze międzynarodowe rozgrywki Champions League.
Zaczęło się od właściciela sieci telewizyjnej Zee Telefilms Subhasha Chandry. Ten niezwykle szybko bogacący się miliarder (w ciągu roku awansował z 746. miejsca na liście "Forbesa" na 407. pozycję, a jego majątek szacuje się na 2,3 mld dol.) zapragnął wzbogacić swoje stacje o krykietowe rozgrywki na najwyższym poziomie. Jak bardzo to atrakcyjna dyscyplina dla Hindusów, świadczy to, że w lutym za czteroletnie prawa do transmisji meczów reprezentacji Indii stacja Nimbus zapłaciła 613 mln dol. Właśnie porażka w tym przetargu przyczyniła się do powołania przez Zee Telefilms Indian Cricket League. W nowych rozgrywkach wystąpi na razie tylko sześć drużyn, ale w ciągu trzech - czterech lat ma być ich już 16. Budżet ligi to 25 mln dol. Co prawda indyjski krykietowy związek nie chce sankcjonować nowych rozgrywek i zapowiedział dyskwalifikacje dla wszystkich, którzy będą grać w ICL, ale kontrakty, jakie zaproponował Zee Telefilms, rozwiały lęki zawodników. Zespołom ICL udało się nawet namówić na wznowienie kariery wielką sławę krykieta - Briana Larę (Indie Zachodnie).

Trzy tygodnie Pucharu Świata w krykiecie Twenty20 wystarczyły, aby i działacze z federacji indyjskiego krykieta zrozumieli, jaki potencjał drzemie w nowej odmianie ich sportu. Mecze w turnieju w RPA odbywały się przy trybunach pełnych rozentuzjazmowanych kibiców, których doping wspomagały skąpo odziane tancerki i gibcy tancerze. Komentatorzy rozpływali się z zachwytu nad świeżością nowej gry. Nie brakowało niespodzianek - jak na przykład porażka w półfinale uważanej za najlepszą na świecie Australii czy też odpadnięcie już w ćwierćfinale gospodarzy. Często o wyniku meczu decydował ostatni rzut - jak w finale, gdy Indie pokonały odwiecznego rywala - Pakistan. Mistrzowie świata zostali powitani na lotnisku w Bombaju jak narodowi bohaterowie. 35 kilometrów, jakie dzielą lotnisko od centrum miasta, przebyli w ciągu czterech godzin, wśród setek tysięcy fanów. Rząd krajowy przeznaczył dla zawodników 3 mln dol. specjalnej premii. Władze stanowe dorzuciły do tej kwoty domy, samochody i kolejne setki tysięcy dolarów dla swoich reprezentantów w mistrzowskiej drużynie. Kolejne 5 mln dol. zawodnicy z Indii będą mogli wygrać, występując w meczu przeciwko drużynie Allena Stanforda (o tym amerykańskim miliarderze, który w krykiet Twenty20 na Karaibach postanowił zainwestować 100 mln dol., pisałem trzy tygodnie temu) w meczu na Antigui w przyszłym roku.

Lukratywne rozgrywki postanowiła więc powołać także indyjska federacja krykieta. Aby powstrzymać zawodników przed odejściem do klubów ICL, podniesiono im wynagrodzenie za mecz o ponad sto procent (do 880 dol.). Dla dwóch najlepszych drużyn ligi jest dodatkowa premia - udział w Champions League, gdzie dwie najlepsze drużyny z Indii zagrają z zespołami RPA, Australii, Anglii i Pakistanu. Pula nagród ma wynosić 5 mln dol.

Deszcz pieniędzy, jaki spada na krykiecistów, wywołał zazdrość u indyjskich hokeistów na trawie. Kilku z nich zapowiedziało strajk głodowy, bo za ich niedawny sukces - zwycięstwo w Pucharze Azji - ani rząd krajowy, ani władze stanowe nie zaoferowały im specjalnych gratyfikacji.

*Krykiet Twenty20 to wersja, w której mecz rozgrywa się w ciągu zaledwie trzech godzin (oficjalne test mecze trwają pięć dni). Rozgrywka jest szybka i efektowna, bo przepisy faworyzują drużynę atakującą, a sami zawodnicy stawiają na ryzyko i zagrania, które przynoszą jak największą zdobycz punktową. Krykiet Twenty20 prawdopodobnie w ciągu najbliższych kilkunastu lat znajdzie się w programie igrzysk olimpijskich. Już w 2010 ma zadebiutować w igrzyskach azjatyckich w chińskim Guangzhou.