Jerzy Dudek dla "Gazety": Po meczu MU - Liverpool

- Fajnie jest wygrać na Old Trafford i jeszcze nie puścić tam gola. To może być przełomowy moment dla naszej drużyny - mówi "Gazecie" bramkarz Liverpoolu Jerzy Dudek


We wtorek wieczorem jego zespół pokonał na wyjeździe Manchester United 1:0. Liverpool przerwał passę ośmiu zwycięskich spotkań "Czerwonych Diabłów" w lidze z rzędu i ośmiu, w których Holender Ruud van Nistelrooy strzelał gole.



Robert Błoński: Gdyby Pana klub przegrał, miałby osiem punktów straty do MU.

Jerzy Dudek: Nikt o tym nie myślał przed spotkaniem. Występ na Old Trafford to mecz sezonu dla każdego, nie tylko dla Liverpoolu. Nie podchodziliśmy do niego jak do spotkania ostatniej szansy, bo też porażka nic by nie oznaczała. Ale do gry nikt nie musiał nas specjalnie mobilizować. Fajnie jest wygrać na Old Trafford i jeszcze nie puścić tam gola. To może być przełomowy moment dla naszej drużyny.

Wcześniej Liverpool miał kryzys...

- Ja wiem, czy kryzys? Po prostu nie potrafiliśmy wygrywać meczów. Niby graliśmy słabo, ale jednak ten dystans do czołówki nie powiększał się. To wciąż była kwestia jednego-dwóch zwycięskich spotkań. Do wszystkiego podchodziliśmy bez żadnej paniki. Owszem, w mediach faworytem był Manchester. Zespół Aleksa Fergusona był na fali, Ruud van Nistelrooy strzelał gola za golem, trafiał do siatki w ośmiu kolejnych meczach, pobił rekord Premier League...

Jak przygotowywaliście się do tego meczu?

- Normalnie. W niedzielę, po spotkaniu z Southampton, mieliśmy tylko roztrenowanie. To były bardzo lekkie zajęcia. W poniedziałek trenowaliśmy po południu, również nie za ciężko. We wtorek, z samego rana, pojechaliśmy do Manchesteru. Jazda autobusem trwała 40 min. Po przyjeździe do Manchesteru, już w hotelu, mieliśmy pogadankę na temat rywala. Menedżer Phil Thompson omówił taktykę, no i - tradycyjnie, jak przed każdym meczem - pokazał kasetę wideo, na której widać było największe atuty rywala. Mają pomocników i napastników najwyższej klasy. W takich drużynach obrona nie jest zwykle najmocniejszym punktem. To samo dotyczy MU. Thompson powiedział, że boczni obrońcy są do ogrania. I parę razy udało się ich przejść i zagrozić bramce Bartheza.

Po tym spotkaniu był obiad i czas na odpoczynek oraz koncentrację. Każdy robił, co uważał za stosowne. Ja odpoczywałem. O 18 mieliśmy ostateczną pogadankę, podczas której Thompson podał skład i jeszcze raz powiedział o taktyce. No i pojechaliśmy na stadion.

Jak wrażenia?

- Grałem tam już kiedyś, w barwach Feyenoordu Rotterdam. To wspaniały stadion. Trybuny są bardzo blisko bramek i są niezwykle wysokie, przez co jest niesamowita atmosfera. Ale ma jeden mankament. Trawa jest bardzo wysoka i z tego powodu ma słabą wentylację. Boisko było we wtorek fatalne, utrudniało nam grę... Ale nie ma co narzekać, warunki dla obu drużyn były jednakowe.

Czy kibice powitali Was jakoś specjalnie nieprzychylnie?

- Oklasków na pewno nie było. Liverpool i MU rywalizują ze sobą od lat. Dlatego nie spodziewaliśmy się powitania z otwartymi ramionami. Ja wychodziłem na boisko jako jeden z pierwszych, ale w Anglii jest tak, że podczas rozgrzewki stadiony są zwykle puste. Trybuny zapełniają się kilka minut przed meczem.

Gdy wychodziliśmy na mecz, w tunelu przywitałem się z Ruudem van Nistelrooyem, z którym przez pięć lat grałem w Holandii, a teraz spotkaliśmy się znowu w Anglii. Jest między nami specyficzna rywalizacja, jak między bramkarzem i napastnikiem. Jeden chce przechytrzyć drugiego. Raz mnie się udaje, raz jemu. Podaliśmy też sobie ręce z Fabienem Barthezem - tak jak zwykle rywalowi życzy się zdrowia i powodzenia. A potem się rozchodzimy.

Myślał Pan o tym, jak powstrzymać holenderskiego napastnika?

- Na pewno strzelenie goli w ośmiu kolejnych meczach to wielki wyczyn. Ale ja chciałem powstrzymać nie tylko Ruuda, ale i wszystkich innych zawodników MU.

Przed meczem Holender wspominał Pana niesamowity mecz w lidze holenderskiej. Bronił Pan znakomicie, a Feyenoord wygrał z PSV Eindhoven 1:0. Van Nistelrooy mówił, że obronił Pan strzały, których nie miał prawa, m.in. jego uderzenie z pięciu metrów. Pamięta Pan to spotkanie?

- Pewnie. Po nim zdobyliśmy mistrzostwo Holandii. Ale miło, że i Ruud je pamięta.

We wtorek Pana nie pokonał, ale w drugiej połowie, próbując trafić w piłkę, dotkliwie kopnął.

- To cały Ruud. On zawsze zostawia po sobie ślad. Jest jednym z najlepszych napastników świata, w każdym sezonie w Holandii zdobywał średnio 25-30 goli. Tradycyjnie już nigdy nie odpuszcza, mnie zawsze dokucza. Często już mam piłkę w rękach, już myślę, że nic mi się nie stanie, aż tu nagle zjawia się on... To samo było we wtorek. Złapałem piłkę i po dwóch sekundach poczułem buta na swoim podudziu. Patrzę, a to van Nistelrooy. Boli mnie do teraz, ale pretensji do niego nie mam. To się zdarza w walce, a po meczu złość mija.

Jak Pan oceni mecz?

- W pierwszej połowie graliśmy bardzo uważnie w obronie. Tak, by nie stracić gola. Przetrzymaliśmy pierwsze 45 min i potem zagraliśmy bardziej otwartą piłkę. Staraliśmy się wykorzystać zmęczenie rywali wcześniejszym ciągłym atakowaniem.

Ciężko było w tym tumulcie porozumiewać się z kolegami?

- Fatalnie. 70 tys. ludzi tworzyło niesamowity hałas i ciężko byłoby coś przekazać. Ale na szczęście rywale wykonywali sporo rzutów wolnych i rożnych. Koledzy często więc stali w polu karnym i przez to kontakt był łatwiejszy.

Jak Pan zareagował na gola Danny'ego Murphy w 85. min?

- Strasznie się ucieszyłem, ale i lekko wystraszyłem. My ostatnio po zdobyciu bramki dekoncentrowaliśmy się i rywale wyrównywali. Zdawałem sobie sprawę, że do końca jeszcze sporo czasu. Sędzia doliczył pięć minut i było gorąco. Alex Ferguson przyznał po meczu, że wierzył w swój zespół do końca i był przekonany, że MU wyrówna. Ale na szczęście rywale strzelali niecelnie. Raz tylko omal nie zaskoczył mnie Ryan Giggs. Wyskoczył nagle między naszych dwóch obrońców i strzelił głową. Piłka odbiła się od ziemi i było trudno ją wybić. Ale udało się.

Jak świętowaliście wygraną?

- Podziękowaliśmy kibicom, którzy są z nami zawsze i wszędzie, gdzie tylko gramy, i kupują tyle biletów, ile przeznaczą dla nich gospodarze. W szatni była wielka radość, menedżer Thompson wygłosił "pomeczowe słowo", w którym podkreślił nasz charakter, podziękował za ambicję i zwycięstwo. Gratulował nam także nasz menedżer Gerard Houllier. Nie wiem, czy Francuz oglądał mecz, czy go słuchał. Wszystko zależało od lekarzy. Nie wiem także, kiedy wróci na ławkę trenerską. Tu też wszystko zależy od doktorów. Na razie ma urlop zdrowotno-wypoczynkowy. Ale cały czas jest z nami, przekazuje wskazówki, pomaga, jak może.

Czy dla kibiców Liverpoolu ważniejsza jest wygrana z MU czy derby z Evertonem?

- Oba spotkania są bardzo prestiżowe, ale derby większe znaczenie mają chyba dla Evertonu. Oni w ostatnim czasie zwykle byli w dolnej połówce tabeli, bez szans nawet na Puchar UEFA i stąd wygrana derby dodawała im prestiżu. A nasze mecze z Manchesterem ekscytują miliony ludzi na całym świecie. To w końcu spotkanie dwóch czołowych angielskich klubów, mecze Premier League transmitowane są do 180 krajów. I takie spotkanie jak MU - Liverpool jest "łakomym kąskiem" nie tylko dla kibiców obu zespołów.

Czy po meczu było piwo w autobusie?

- Absolutnie. Żadnego alkoholu. Tu obowiązuje pełen profesjonalizm pod tym względem.

Na Old Trafford był trener Jerzy Engel.

- Rozmawialiśmy po spotkaniu. Selekcjoner spotkał się również z przedstawicielami mojego klubu. Bardzo miło, że przyjechał. To na pewno pomoże w układach między kadrą a drużyną klubową.

Czy pojedzie Pan w lutym na Cypr na mecze kadry?

- Bardzo bym chciał, ale raczej tylko na drugi mecz - z Irlandią Północną. 14 lutego to termin UEFA i, jeśli przyjdzie powołanie, nie będzie problemów ze zwolnieniem. Na spotkanie z Wyspami Owczymi 10 lutego raczej nikt mnie nie puści, bo dzień wcześniej gramy w lidze z Ipswich.