Jerzy Engel podsumowuje rok 2001 polskiej reprezentacji

Cieszymy się z awansu, z kilku niezłych, dramatycznych meczów rozgranych w tym roku. To są pozytywy, ale tylko w ostatnich 12 miesiącach. A co było wcześniej? Nie zapominajmy o tym, nie jesteśmy potęgą.
Robert Błoński, Dariusz Wołowski: Jak to jest z Pana kontraktem z PZPN? Przedłuży Pan umowę, czy nie?

Jerzy Engel: Umówiłem się, że po losowaniu eliminacji do mistrzostw Europy, jeszcze w styczniu, zasiądziemy do rozmów. Jest wola obu stron, by umowę przedłużyć. Mam nadzieję, że wszystko będzie OK.

Prezes Michał Listkiewicz powiedział, że interesuje go awans do finałów ME. Rozumiemy, że Pana też?

- Oczywiście. Szanse są spore, bo po raz pierwszy od dawna losowani będziemy z drugiego koszyka. Chciałbym tę szansę wykorzystać, bo sami sobie tę okazję stworzyliśmy. To kolejne wyzwanie dla trenera - pierwszy w historii awans do finałów ME. Jednak na razie koncentruję się na mundialu.

Jaki to był dla Pana rok?

- Chciałoby się powiedzieć: 2001 roku!, nie mijaj. Awansowaliśmy w pięknym stylu, jako pierwsi z Europy. Strzeliliśmy 21 goli. Ale nie chodzi tylko o to, że zagramy w finałach mistrzostw świata. Rozegraliśmy mecze, na jakie wszyscy czekali. Przypomnę wyjazdowe: Ukraina, Norwegia, Walia. Albo spotkanie z Norwegią w Chorzowie. Ta drużyna trzyma kibica w napięciu, każdy wierzy, że możemy zmienić losy meczu nawet w ostatniej chwili. Pojęcie "futbol na tak" przyjęło się w Europie. Inni trenerzy mówią już o "positive kind of football".

Mówi się tak: Engel wziął tych samych zawodników i awansował do finałów MŚ. Pan też tak to widzi?

- A wy widzicie to inaczej? Każdy z poprzednich selekcjonerów miał takie same możliwości i podobnych zawodników. Ja wprowadziłem kilku nowych: Żewłakowów, Kryszałowicza, Olisadebe, Krzynówka... Wróciłem do Kałużnego i Świerczewskiego. Wziąłem to, co najlepsze z poprzedniej reprezentacji i dołożyłem swoje.

Sukces wziął się stąd, że dałem zespołowi sposób i możliwość gry najnowocześniejszym systemem oraz pracy najlepszymi metodami. Okazało się, że gdy polscy piłkarze mogą pracować na tym samym poziomie, co najlepsi na świecie, potrafią grać bardzo dobrze. Mieliśmy taki sam komputer, jak inni, podróżowaliśmy tak samo szybkim autobusem czy samolotem, pokazaliśmy nowoczesną taktykę. Podjęliśmy ryzyko, bo nie było nic do stracenia. To zadziałało. I to najważniejsza różnica, porównując to, co było, do tego, co jest.

Czy zgodzi się Pan z tezą, że awans zaciemnił obraz polskiej piłki? Liga słaba, kluby biedne, stadionów nie ma....

- Nie zgadzam się z tym. Sukces nic nie zaciemnia. Awans niewiele zmienia, ale jego efekty przyjdą za kilka lat. Dzieci znowu wracają do futbolu, chodzą do klubów, grają na powietrzu, w turniejach halowych. Podczas MŚ wszyscy będą wybiegać na boiska. Jestem przekonany, że zostanie zbudowany stadion narodowy, że na AWF w Warszawie powstanie centrum przygotowań reprezentacji narodowej. To wszystko teraz ruszy, fala ogranie całą Polskę.

A nie boi się Pan, że będzie, jak w latach 70. Awansowaliśmy, jesteśmy dobrzy, cieszmy się... I na tym koniec

- Nie. Bo prasa nie pozwoli, byśmy zachłysnęli się sukcesem i go nie wykorzystali. Wy dziennikarze musicie cały czas przypominać o tym, że nie ma boisk, stadionów, że na obóz przed MŚ trzeba jechać do Niemiec...

Mówi Pan o zachłystywaniu się sukcesem, ale jednocześnie pojawiają się głosy: jedziemy po medal, po mistrzostwo świata. To brzmi trochę propagandowo.

- Zgadza się. Na opłatku z przyjaciółmi rok temu wszyscy życzyli mi jednego: awansu do finałów MŚ. W tym roku jeden życzył mi zdrowia i gratulował awansu, drugi życzył wyjścia z grupy, trzeci medalu, a czwarty tytułu mistrza świata. Dla każdego sukces oznacza co innego. Trzeba być realistą, patrzeć, jaką jesteśmy siłą. Jeśli jednak mój zespół będzie w komplecie, unikniemy kontuzji, to stanowimy niezłą zaporę. Nas nie jest łatwo pokonać. Jednak jak będzie na mundialu? Nie wiem. Kazimierz Górski też jechał na MŚ po to, by wyjść z grupy. Wrócił z medalem.

Kiedy spotykaliśmy się dwa lata temu, mówił Pan: popatrzmy, jak nisko są polscy piłkarze na liście najdroższych. Teraz, mimo sukcesu, nic się nie zmieniło. Amerykanin Reyna kosztował 4,5 miliona funtów. My mamy tylko Dudka w tej cenie.

- A skąd mamy mieć więcej? Nie zapominajmy o tym, nie jesteśmy potęgą. Bo kim my jesteśmy? W Champions League nie mieliśmy klubu od lat, w mistrzostwach Europy nie graliśmy nigdy, a do MŚ wróciliśmy po 16 latach. "Odkurzyliśmy się", inni patrzą na nas trochę z przymrużeniem oka.

Jak Pan oceni wartość polskich piłkarzy?

- Cieszy mnie, że większość z nich zmienia kluby na lepsze, idą do przodu. To jest najcenniejsze. Hitem był transfer Jurka Dudka do najlepszego klubu Europy. Ale też Świerczewski trafił do Marsylii, jeśli Jacek Bąk zadomowi się Lens, też będzie świetnie. Ja sądzę, że to nie koniec. Taki zawodnik, jak Paweł Kryszałowicz powinien grać wyżej niż w II Bundeslidze.

Bartosz Karwan kosztuje milion dolarów. I też nie ma wielu chętnych na reprezentanta Polski.

- Takich zawodników, jak Karwan, jest w ligach zachodnich bardzo dużo. Reszta zależy od umiejętności menedżera, by ulokować Karwana w odpowiednim klubie. Z drugiej strony nie wiem, czy Karwanowi opłaca się teraz odejść z Legii. Za pół roku będzie wolnym zawodnikiem i ten milion dolarów może trafić do jego kieszeni.

Ale gdyby ktoś naprawdę potrzebował dobrego prawego pomocnika, na pewno dowiedziałby się o Karwanie.

- Tak, ale może ludzie z Zachodu oceniający Bartka nie są nim tak zachwyceni, jak my. Uważają, że nie jest tak dobry, jak nam się wydaje. Na razie wywalczył sobie podstawowe miejsce w reprezentacji, strzelił dwa-trzy gole. Mundial pokaże, ile wart jest naprawdę.

Tomasz Kłos nie gra w Kaiserslautern, a Radosław Kałużny wypada przeciętnie w Cottbus.

- Kłos nie gra na swojej pozycji . Ustawiany jest na lewej obronie. I nie gra tak ofensywnie, jak w kadrze. Nie może pokazać swoich możliwości. Gdyby grał z prawej strony, byłby lepszy.

Kałużny wciąż boryka się z kontuzjami. Jednej dobrze nie wyleczy, a już ma następną. Jego mięśnie nie są mocne. W kadrze też nie grał parę razy, bo był kontuzjowany. Albo puchło mu kolano, albo bolały kostki. Cottbus to jednak taki zespół, że ciężko mu obejść się bez Radka. I dlatego gra, choć jest bez formy.

Schalke Wałdocha i Hajty było przed rokiem liderem, teraz traci dziesięć punktów do Bayeru.

- Kiedyś sposób gry Schalke zaskakiwał rywali. Teraz ich rozpracowano. To wciąż średniej klasy zespół niemiecki, który tylko może pokonać najlepszych. Kiedy im nie idzie, Hajto włącza się do akcji ofensywnych i prawie cały ciężar gry obronnej spoczywa wtedy na Tomku Wałdochu. A takiego ciężaru on nie może udźwignąć.

Nie martwią Pana kontuzje Koźmińskiego, Kłosa, Hajty, Karwana? Za pół roku mundial.

- Nie. Urazy w tym momencie nie wpływają źle na zawodników. Powiedziałbym, że przedłużają możliwość wypoczynku. W przypadku Hajty, kiedy grał od początku do końca we wszystkich meczach, uraz kostki - zabrzmi to paradoksalnie - wyjdzie mu na dobre.

Hajto zaczynał u Pana na ławce rezerwowych. Zrobił kolosalny postęp, jest teraz wybijającą się postacią nie tylko w kadrze, ale i w Bundeslidze.

- Wiedziałem, na co go stać. Zmienił stosunek do reprezentacji, spoważniał. Ta zmiana podejścia Hajty do meczów to efekt współpracy w kadrze oraz systemu gry drużyny narodowej, który odpowiada Tomkowi. Pewność z kadry przeniósł do klubu. W Champions League był wybijającym się graczem na tle najlepszych drużyn Europy. Postępy poczynił nie tylko Hajto. Także Dudek, Olisadebe, Karwan, Kryszałowicz, Świerczewski. O Piotrku nie mówi się wiele, ale z defensywnego pomocnika - bywały mecze w Bastii, że nie mógł wychodzić poza koło przy środkowej linii boiska - stał się wspaniałym rozgrywającym, liderem drużyny. Na początku Żewłakowowi i Kłosowi zarzucano brak angażowania się w grę ofensywną. Teraz konstruują akcje, mają wiele asyst, strzelają gole.

Arkadiusz Bąk trafił do Birmingham. Czy I liga angielska to dobre miejsce dla reprezentanta?

- Z tego transferu będę zadowolony tylko wtedy, jeśli Arek będzie grał. Na razie jest wypożyczony na trzy miesiące. Anglicy chcą zobaczyć, czy da radę. Futbol angielski jest ciężki. Jeśli Arek zacznie grać, skorzysta na tym kadra.

Kończy się gehenna Jacka Bąka. Odchodzi z Lyonu do Lens.

- Trzymaliśmy za niego kciuki, by znowu nie zapeszyć. Wiele razy dzwonił do nas, że ma już wszystko załatwione, po czym okazywało się, że musi zostać w Lyonie. On jest potrzebny kadrze, ale musi wygrać walkę o miejsce w składzie.

Co by Pan powiedział 16 lat temu, gdyby usłyszał, że gwiazdą polskiej reprezentacji będzie czarnoskóry zawodnik z Nigerii i z nim awansujemy do finałów...

- ... i jeszcze ja będę na ławce rezerwowych jako selekcjoner? Śmiałbym się, tak jak teraz. To byłby niezły dowcip.

Co Pan powie o transferze Emmanuela Olisadebe do Juventusu?

- Kiedy słyszę taką wiadomość, uśmiecham się. Bo wniosek z tego taki, że prawidłowo pracuje jego menedżer. Wokół zawodnika robi się szum, może Juventus czy Inter się na niego nie skusi, ale np. Fiorentina. A jak zaczną interesować się Włosi, to dołączą Hiszpanie, potem Niemcy i Anglicy. Karuzela się kręci.

Wiadomo, że Pana kontakt z Olisadebe jest bardzo bliski. Czy przed ważnymi meczami w klubie, jak choćby z Realem Madryt, Emmanuel kontaktuje się z Panem? Czy coś mu Pan radzi, podpowiada?

- To piękna historia, szczególnie przed Wigilią. Ale nieprawdziwa. Olisadebe idzie swoją drogą i Engel nie ma z tym nic wspólnego. My się w ogóle nie kontaktujemy, bo od rozmów z zawodnikami grającymi na Zachodzie jest Edward Klejndinst. Ja wkraczam tylko w wyjątkowych sytuacjach.

Jeśli chodzi o serdeczności, to jestem tak samo miły dla Olisadebe, jak dla wszystkich innych reprezentantów. Owszem, on może czuć do mnie sentyment, bo odegrałem w jego życiu ważną rolę. Pomogłem mu w Polsce, w dostaniu obywatelstwa, ułożeniu życia... Beze mnie byłoby to niemożliwe. Ale w kadrze to nie ma znaczenia. On nie gra dla Engela, tylko dla Polski. Bo kocha ten kraj. Tu zbudował dom, ożenił się...

Ale skrytykować też go potrafię, na przykład za mecz z Kamerunem.

Ilu ma Pan pewniaków na mundial?

- Tak na dobrą sprawę jest ich wielu i nie ma żadnego. Bo nie daj Boże coś się stanie, jakaś kontuzja - i już po pewniaku. A wiadomości hiobowych było w tym roku wiele.

Czy poczekalnia kandydatów do kadry jest długa?

- Tak. Po to jest cypryjski dwumecz w lutym - z Wyspami Owczymi i Irlandią Płn. Tam zagrają głównie zawodnicy z ligi polskiej. Zobaczymy graczy, których obserwujemy na co dzień, ale dotąd ich nie powoływaliśmy.

Polskie kluby to szarzyzna, a kadra - coś odświętnego. Czy czuje Pan parcie ludzi, którzy chcieliby zagrać na mundialu?

- Czasem mówimy: ten zawodnik gra świetnie, strzela gole i ja go powołuję. A on nagle znajduje się w innym świecie. Widzi podczas treningów, ile mu jeszcze brakuje. Liga nie przekłada się na reprezentację. Kadra ma już swój sposób gry, schematy i nowy zawodnik ma problemy z wkomponowaniem się do zespołu. Zdaję sobie sprawę, że im dłużej ta reprezentacja jest ze sobą, tym trudniej jest się do niej dostać. Francuzi grają tym samym składem sześć czy osiem lat. Portugalczycy też niewiele zmieniają. Tylko my cały czas kombinujemy.

Czy w meczu z Islandią nie rozczarował Pana Kamil Kosowski, który w lidze gra świetnie?

- Nigdy nie oczekuję, że zawodnik dobrze zagra w debiucie, ale wręcz odwrotnie. Dlatego zapomniałem już o meczu z Islandią. W lidze on może improwizować. Nie ma ścisłego, agresywnego krycia, Kamil ma sporo swobody. I gra dobrze. Ale jak przyszło do improwizacji w Reykjaviku, pojawiły się problemy. Nie mógł improwizować, bo obrońcy stanęli blisko niego, ale dostanie szansę w lutym.

Jakie wrażenie robi na Panu środkowy obrońca Wisły Arkadiusz Głowacki?

- Dobre. Wreszcie gra na jednej pozycji. I mam nadzieję, że zacznie grać jeszcze lepiej.

A Euzebiusz Smolarek?

- Za kogo by Pan go dziś wstawił? Za Olisadebe, Kryszałowicza, Marcina Żewłakowa czy nawet za Gilewicza bądź Juskowiaka? To spore ryzyko. Napastnik musi strzelać gole, a on tego w Feyenoordzie nie robi za często. Jest fajnym dryblerem, dobrze się go ogląda, ale bramek nie zdobywa, jak na zawołanie. My potrzebujemy graczy strzelających, kończących akcje, podających już mamy. Ale Smolarka będziemy obserwować.

Jak zamierza Pan kompletować zespół na MŚ? Na Euro 2000 trener Hiszpanów Jose Camacho nie zabrał Fernando Morientesa. Tłumaczył to tym, że woli mieć na każdą pozycję dwóch zawodników niż na jedną trzech.

- Ja zrobiłbym to samo. Nagle coś się stanie - kontuzja, choroba i potrzeba panu obrońcy, a jest pięciu napastników. Na szczęście w kadrze jest kilku graczy uniwersalnych. Np. Marek Koźmiński.

Gdzie w kadrze ma Pan największe braki?

- Na prawej pomocy. Dobrze, że Tomek Iwan wrócił do gry w Austrii Wiedeń. Bo poza nim i Bartkiem Karwanem jest bieda. Różnica między nimi a resztą jest ogromna.

Wyspy Owcze, Irlandia Północna, Japonia, Rumunia i Estonia - to rywale Polski przed mundialem. Pierwsze mecze, przed eliminacjami, grał Pan m.in. z Hiszpanią, Francją, Holandią i Rumunią.

- Bo na tle najlepszych prowadzi się selekcję negatywną. Od razu widać zawodników, którzy nie są w stanie podołać stawianym im zadaniom. Teraz mamy zespół ułożony, trzeba doskonalić nowe warianty gry, taktyki, gry ofensywnej, defensywnej - np. na podstawie meczu z Rumunią. Za mecz z Argentyną musielibyśmy zapłacić masę pieniędzy. Nie zagramy z nimi.

Wylosowaliśmy Koreę, USA i Portugalię. Czy już podglądacie rywali?

- Wyobraża Pan sobie, że moglibyśmy zgubić choćby minutę z tego, co robią nasi rywale? Niemożliwe. Właśnie skompletowałem kasety z ich meczów. A te, które będą grali, obejrzymy na żywo.

Były piłkarz ŁKS Witold Bendkowski, który grał w Korei kilka lat, powiedział: "Serce za Polską, rozum za Koreą". Czy nie za bardzo ucieszyliśmy się z losowania?

- Cieszyliśmy się z dwóch rzeczy - że nie gramy w "grupie śmierci", oraz że z rozstawionych drużyn wpadliśmy na Koreę. To, że gramy z Koreą, USA i Portugalią, nie ma większego znaczenia. Dla Polski każdy mecz będzie szalenie ciężki. Nam wszystko jedno, z kim gramy. Nie pokonamy łatwo Kostaryki czy Paragwaju. W każdy mecz trzeba włożyć wszystko, co ma się najlepszego. I dlatego może dobrze, że pierwszy, a nie trzeci mecz gramy z Koreą. W meczu otwarcia oba zespoły będą gotowe do walki.

Gospodarze MŚ nigdy nie odpadli w pierwszej rundzie....

- A Polska nigdy nie przegrała pierwszego meczu na MŚ. Możemy walczyć także na statystyki.

Czy nie niepokoi Pana fakt, że mistrzostwa świata będzie można oglądać tylko z dekoderem?

- Jestem pewien, że polscy kibice obejrzą mundial na żywo w paśmie otwartym. Nie wiem, kto to pokaże: Polsat, TVP1... Jeśli nie, to Niemcy już ogłosili, że mecze Polska - Korea i Polska - Portugalia będzie można obejrzeć w ich telewizji. Niekodowanej. A kablówkę albo anteny satelitarne mają w Polsce niemal wszyscy.

Ale polski mecz z niemieckim komentarzem...

- A polskiego Pan słucha? Przecież i tak wszyscy wyłączają polski komentarz, co to za różnica (śmiech).

Jak Pan głosował w plebiscycie FIFA na najlepszego piłkarza świata?

- Pierwszy Figo, drugi Beckham, trzeci Rivaldo. Trafiłem pierwszych dwóch, Brazylijczyk był czwarty. Wyprzedził go Raul.

Czy myśli Pan już o sposobie na Figo? Jak go wyeliminować?

- To takie pytanie, jak o Giggsa czy Szewczenkę. Cały świat wie, jak gra Figo, a nikt nie umie go powstrzymać. I nagle Polacy to zrobią? Na pewno trzeba będzie ułożyć tak grę, by jak najbardziej zabrać mu możliwości pokazania atutów. Oczywiście nie będzie tego realizował jeden zawodnik, bo to niemożliwe, ale - podobnie jak z Giggsem czy Szewczenko - piłkarze będą przekazywać sobie Portugalczyka.

Figo to wielki piłkarz. Wspaniała osobowość, którą wpływa na całą drużynę. Potrafi wziąć ciężar gry na siebie, odwrócić losy meczu w każdej chwili.

Po losowaniu grup finałowych Piotr Świerczewski powiedział dziennikarzom: "Oglądajcie mecz Polska - Portugalia i policzcie, kto więcej razy celnie poda piłkę. Ja czy Figo".

- Zaczynając pracę z kadrą, powiedziałem zawodnikom, że nie są ani trochę gorsi od najlepszych. Mecz z Francją to pokazał. Piotrek znakomicie zagrał przeciwko Zidane'owi. Francuz nie grał słabo tak po prostu, tylko Piotrek go wyłączył z gry. I jeszcze znakomicie prowadził zespół.

Tylko dlaczego Świerczewski strzela tak mało goli?

- Bo całe życie wmawiano mu, że jest genialnym zawodnikiem defensywnym. Ustawiano go z tyłu i kazano odbierać piłkę rywalom. Do dziś woli podać niż strzelić. I dlatego w reprezentacji tym, który wchodzi do przodu ze środka pola, jest Kałużny, a nie Świerczewski.

Czy to, że głosował Pan na Figo, oznacza, że gdyby miał Pan wybrać jednego zawodnika do swojej drużyny, byłby nim Portugalczyk?

- Nie. Wybrałbym kogoś, kto zdobywa sporo bramek. Figo to geniusz, jeśli chodzi o rozgrywanie i strzela gole od czasu do czasu, ale ja potrzebuję gracza, który trafia do siatki regularnie. Wybierałbym między Rivaldo a Batistutą.