Jak rugby radzi sobie z futbolowymi problemami

Najbogatsze kluby piłkarskie wciąż zastanawiają się, jak zmusić narodowe federacji i FIFA do płacenia za graczy powoływanych do reprezentacji. Klubom w Premiership udało się to już dawno, tyle że w... rugby
Choć w rugby nie ma bogatych klubów i nie do pomyślenia jest, by zawodnik zagrał tylko pół meczu w kadrze, bo chce pozostać świeży na spotkanie ligowe, to Premiership rugbistów w walce z narodową federacją uzyskała daleko więcej niż jej piłkarski odpowiednik.

Stosunki między federacją i klubami sankcjonuje specjalna długoterminowa umowa. Określa na przykład, że rugbista nie może zagrać więcej niż 32 meczów w sezonie (nawet gdy wchodzi tylko jako zmiennik). Dodatkowo każdy reprezentant Anglii ma prawo do 11-tygodniowej przerwy między rozgrywkami. Te przepisy godzą oczywiście w interesy klubów, bo nierzadko muszą grać bez czołowych zawodników (rozgrywki klubowe trwają od września do maja praktycznie tydzień w tydzień bez względu na to, czy gra kadra, czy nie, nawet na Puchar Świata nie ma dziury w terminarzu ligowym). Z drugiej jednak strony federacja - Rugby Football Union - płaci klubom za każdego powołanego do kadry 30 tys. funtów rocznie.

W rugby jest jeszcze jeden przepis, który bardzo chcieliby wprowadzić właściciele klubów piłkarskich (szczególnie tych słabszych), i to nie tylko w Anglii, ale w całej Europie - limit wynagrodzeń. Zespół nie może wydać na pensje więcej niż 2,25 mln funtów. Wielu uważa, że to zbyt mało. Gdy najlepszym trzeba płacić po 150-200 tys. funtów rocznie, niewiele zostaje dla reszty. Przyjęcie takiej regulacji w piłkarskiej Premiership odebrałoby jednak ogromną przewagę Chelsea, jaką dają jej pieniądze Romana Abramowicza.

RFU łatwiej dyktować warunki klubom, bo to ona dzieli się z nimi pieniędzmi (rocznie przekazuje im 4-5 mln funtów), a poza tym istniejąca dopiero od 1987 r. Premiership (wcześniej RFU nie chciała wprowadzić rozgrywek ligowych, by skuteczniej utrzymywać amatorski status dyscypliny) nie wykształciły potężnych firm, jak Manchester United, Arsenal czy Liverpool. Zresztą po wprowadzeniu zawodowstwa w 1995 r. szefowie klubów musieli dopiero się uczyć, jak zabiegać o sponsorów, jak sprzedawać transmisje i jak zapełnić widownię. O tym, że im się udało, świadczy to, że w ciągu dziesięciu lat liczba kibiców na ligowych meczach rugby wzrosła 2-2,5 raza. Liga ma także sponsora (obecna umowa z Guinnessem zwarta na cztery lata warta jest ponad 20 mln funtów).

Jak walczyć z narodową federacją, nauczyli się szybko. W 1998 r. zbojkotowali tournée drużyny narodowej do Australii. Osłabiona reprezentacja Anglii doznała najbardziej dotkliwej porażki w historii, przegrywając 0:76 z gospodarzami. Anglicy, którzy lubią nadawać wiekopomnym wydarzeniom osobne nazwy, nazwali to tournée "Podróżą do piekła". W wyniku tego konfliktu wypracowano porozumienie, które nie pozwala dowolnie powoływać zawodników do reprezentacji.

W tym roku w Anglii rozpoczęła się ożywiona dyskusja na temat wprowadzenia kolejnego nowego rozwiązania, które w piłkarskim świecie jest nie do pomyślenia - kontraktów zawieranych przez reprezentantów z federacją. Przyczyną było niewywiązanie się trzech klubów z przepisu o zapewnieniu zawodnikom 11-tygodniowej przerwy w grze. Sale Sharks, London Wasps i Leicester Tigers wystawiły do składów zawodników, którzy grali w letnim tournée Brytyjskich Lwów (reprezentacja najlepszych rugbistów z Wielkiej Brytanii i Irlandii) w Nowej Zelandii. Za karę RFU nie wypłaciła tym klubom 120 tys. funtów (po 15 tys. za każdego zawodnika). Najwięcej (60 tys.) stracił zespół Sale Sharks, który postanowił wystąpić przeciwko federacji na drogę sądową, bo według jego szefów porozumienie co do reprezentantów Anglii nie obowiązuje Brytyjskich Lwów (zarządza nimi osobna organizacja, a RFU jest tylko przekaźnikiem pieniędzy między nią a klubami). Co ciekawe, w świecie piłkarskim klub, który pozywa federację, od razu skazałby się na groźby, że zostanie wykluczony ze związku, wyrzucony z ligi itd.

Zdaniem trenera Bath, jednego z najbardziej utytułowanych klubów Premiership Johna Connolly'ego centralne kontrakty to konieczność, aby nie tylko rozwiązać obecny konflikt, ale także aby reprezentacja Anglii mogła w przyszłości dorównać RPA, Australii i Nowej Zelandii. Jego zdaniem te kraje mają przewagę, bo rozsądniej dysponują siłami graczy. - Mecze na najwyższym poziomie są coraz szybsze i coraz bardziej intensywne. W tej sytuacji centralne kontrakty nabierają coraz większego sensu - stwierdził Connolly.