Bartosz Kizierowski: pływanie to wciąż zagadka

Po takim wyniku trudno mówić o zakończeniu kariery. Będę chciał startować na mityngach Pucharu Świata, w polskim cyklu Grand Prix i w przyszłorocznych mistrzostwach Europy. Ale do Pekinu jest naprawdę bardzo daleko. Głupio byłoby powiedzieć, że nie dociągnę do igrzysk, ale nie wiadomo co się wydarzy - mówi 28-letni Bartosz Kizierowski
Kizierowski zdobył w Montrealu brązowy medal w najbardziej obleganej konkurencji mistrzostw świata - 50 m stylem dowolnym - choć wcale się tego nie spodziewał. To coś zupełnie innego niż w latach, kiedy ciężko trenował do igrzysk w Sydney, Atenach, kolejnych mistrzostw świata. A jednak nie jest do końca zadowolony. Najlepiej pamięta, jak zdobywał mistrzostwo Europy na 100 m. - Usłyszeć na podium Mazurka Dąbrowskiego to uczucie niezwykłe i nie da się go z niczym porównać. Tu w Montrealu najbardziej jestem zadowolony z wyniku. Z tego, że pokonałem barierę 22 s, że w wieku 28 lat zrobiłem "życiówkę" - mówi rekordzista Polski (21,94 s).

Radosław Leniarski: Cztery medale, kilkanaście rekordów Polski. Zdziwiły Pana wyniki Polaków w Montrealu?

Bartosz Kizierowski: Nie tylko tutaj, ale już na mistrzostwach Polski w Dębicy. Teoretycznie miał to być rok, w którym wszyscy odpuszczają, odpoczywają, w którym większość zawodników ma kłopoty z motywacją do pracy. Tymczasem postęp był niesamowity, i to nie tylko jednej czy dwóch osób, ale piętnastu. To świadczy o tym, że wyniki nie są przypadkowe, ale wsparte metodyką.

Ale przecież nie tylko oni pobili rekordy Polski, rekordy życiowe, ale również Pan. Tymczasem wspomniał Pan za metą 50 m st. dowolnym, że dopiero od marca zaczął Pan trenować...

- Szczerze mówiąc namówił mnie do powrotu trener Mike Bottom. Przez dziewięć miesięcy pomagałem mu jako wolontariusz prowadzić zajęcia pływackie na uniwersytecie. Jako wolontariusz, bo z kolei Mike pomagał mi przez tyle lat, więc chciałem jakoś się odwdzięczyć. Pracowałem z pięcioosobową grupą zawodników pływających dłuższe dystanse, nawet dość dobrych, bo jeden wszedł tutaj do półfinału 200 m kraulem. Naprawdę żyłem tą robotą. Kiedy sezon pływania studenckiego się skończył, właśnie w marcu, Mike zaproponował, żebym jeszcze raz spróbował w jego grupie. Wtedy zjeżdża do niego międzynarodowa grupa 9-13 pływaków, którzy przygotowują się do mistrzostw, i ja do niej dołączyłem.

Oczywiście starałem się utrzymać formę, przede wszystkim nie utyć przez te dziewięć miesięcy. Gdybym utył 10 kg, byłoby po zawodach, bo to najgorsze dla pływaka. Ćwiczyłem na siłowni, grałem w kosza, bo gdzieś z tyłu mózgu była myśl o zachowaniu sobie szansy na powrót.

Czy to był ciężki trening, taki jak przed igrzyskami?

- Nigdy bym tego nie wytrzymał. Moje treningi z Mike'm przypominały raczej dialog. On mi proponował trening, bo miał jakiś pomysł, albo pytał, co chciałbym dziś robić, nad czym chciałbym popracować. Przez sześć tygodni trenowałem do mistrzostw Polski w Dębicy, aby zrobić minimum i sprawdzić, czy jeszcze umiem szybko pływać. I mimo że trenowałem zaledwie raz dziennie, popłynąłem niewiele gorzej niż na igrzyskach.

Jest Pan kolejnym przykładem, że mniej trenować nie znaczy gorzej. Mniej trenowała Otylia i pobiła rekord świata, podobno z mniejszym zaangażowaniem ćwiczył Paweł Korzeniowski i ma złoto. A Pan brąz i rekord życiowy. Jak Pan to wytłumaczy?

- Organizm jest wciąż zagadkową maszynerią. Myślę, że poprawiłem się technicznie. Zawsze wiedziałem bowiem, jak moja technika powinna wyglądać, co w niej jest nie tak, ale przez codzienne trenowanie trudno ją zmienić. Teraz tłumaczyłem młodzieży technikę niemal codziennie. Mój umysł się nakręcił i jak wróciłem do treningów w wodzie, miałem model, ideał w głowie. Pomyślałem też, że przez pierwsze dwa tygodnie będę pracował nad techniką, że nie zacznę ćwiczyć zadań, dopóki nie opanuję optymalnej techniki. Z kolei dzięki przerwie szablon ruchowy - ten z błędami z poprzednich sezonów - wygasł. No i było mi łatwiej - byłem wypoczęty. Efekt jest taki, że fizycznie nie jestem w życiowej formie, ale technikę mam lepszą niż kiedykolwiek.

I to wszystko zadziałało. Zrobiłem minimum i po mistrzostwach Polski dwa tygodnie naprawdę ciężko trenowałem, bo trzy razy dziennie. A potem zaczęliśmy odpuszczać przed zawodami. To były właściwie dwa tygodnie lżejszego treningu.

Nadal nie rozumiem - w sumie dwa tygodnie harówki i przełamał Pan barierę 22 sekund na 50 metrów...

- Jestem dowodem, jak bardzo jeszcze nie znamy pływania. Czegoś nie robimy, tak jak powinniśmy, zwłaszcza w sprintach. Ale to jest fajne, że są zagadki czekające na rozwiązanie. Jesteśmy z Mike'm nadal uczniami tego sportu, Mike, choć najlepszy na świecie specjalista od sprintów, ciągle się uczy, szuka nowych rozwiązań. Co drugi dzień oglądamy filmy z podwodnej kamery, dzięki czemu możemy łatwiej poprawić technikę. Jedna metoda to pracować więcej, a druga pracować mądrzej. Tak, aby dojść do sukcesu nie harówką, lecz żeby mieć z pływania przyjemność. Gdybym miał przepłynąć 3000 km rocznie, to już sześć lat temu bym rzucił pływanie. Poświęcamy pływaniu sporo czasu, ale już wiem, że są inne sposoby na sukces niż pływanie od ściany do ściany.

Czy taki zespół międzynarodowy to raczej grupa przyjaciół, czy związek biznesowy?

- Mike jest zatrudniony przez uniwersytet, pływacy płacą miesięcznie symboliczne kwoty. A ja nie płaciłem, bo pomagałem mu w ciągu roku.

Po Atenach stracił Pan stypendium z Polski. Z czego Pan żyje w USA?

- Mieszkam od dwóch lat u Mike'a w jego dużym domu na skarpie, w oddzielnym mieszkaniu, z oddzielnym wejściem. Utrzymywałem się trochę z oszczędności, a trochę również z tego, że pomagałem Mike'owi w prowadzeniu firmy, doskonalącej pływanie. Jeździmy raz, dwa razy w miesiącu do klubów pływackich, robiąc pokazy dla zaawansowanych pływaków: mastersów, triatlonistów, trenujących dzieci. Mike prowadzi wykład, ja i inni olimpijczycy, których Mike zawsze ma pod ręką, pokazujemy starty, nawroty, technikę. Ja też trochę mówię. Potem dzielimy grupę na podgrupy i każdy z nas ćwiczy inne elementy pływania. To trwa około dwóch godzin. Mike ma dobre nazwisko w USA, jeżdżą z nami gwiazdy amerykańskiego pływania, tak że można z tego wyżyć. Ale od marca się tym nie zajmowałem. No i od mistrzostw Polski dostawałem aż do teraz symboliczną pomoc od związku.

Czy po tym wszystkim będzie Pan chciał dociągnąć do igrzysk w Pekinie?

- Po takim wyniku trudno mówić o zakończeniu kariery. Chciałbym wystartować w przyszłorocznych mistrzostwach Europy, ale do Pekinu jest naprawdę bardzo daleko. Głupio byłoby powiedzieć, że nie dociągnę, ale realnie - nie wiadomo co się wydarzy. Na pewno chcę być trenerem. To moja przyszłość.

Nie myślał Pan o tym, aby pracować w zawodzie wyuczonym. W końcu skończył Pan stosunki międzynarodowe w renomowanym Berkeley.

- To ostatnia deska ratunku. Jestem na bieżąco z polityką, ale styl życia urzędnika nie bardzo mi odpowiada. Na pewno wolałbym stać na słońcu, na basenie i trenować młodzież. To mi pasuje, zwłaszcza że widać gołym okiem efekty. Moja grupa dobrze się spisała, na ostatnich zawodach wszyscy pobili rekordy życiowe, rodzice byli bardzo szczęśliwi, dziękowali mi. To bardzo motywuje.

Niczego lepiej nie znam niż pływania, któremu poświęciłem ponad 20 lat życia. Jako ekonomista czy polityk startowałbym z najniższego szczebla.