Komentarz Michała Sielskiego

W ubiegłą niedzielę trener żużlowców Lotosu Gdańsk Grzegorz Dzikowski stracił pracę. Po przegranym meczu z Włókniarzem Częstochowa prezes Marek Formela zapowiedział, że go zwalnia. Szybko zaczęto szukać następcy, ale równie szybko okazało się, że wszyscy odmawiają. Za Dzikowskim wstawili się także zawodnicy. Oni najlepiej przecież wiedzą, że wina leży głównie po ich stronie. Nikt nie chciał pracować z gdańskim zespołem, bo każdy zdaje sobie sprawę z tego, że drużyna w takim składzie niewiele może osiągnąć. Lotos na pewno walczyć będzie w barażach o utrzymanie w ekstralidze i niekoniecznie musi je wygrać. Po bezowocnych poszukiwaniach trenerem drużyny został więc... Dzikowski.

W marcu identyczna sytuacja była w drużynie siatkarek Energii Gedania. Tam również trenera Jerzego Skrobeckiego najpierw zwolniono, a po proteście zawodniczek przywrócono do pracy. Jak to się skończyło, każdy kibic na Pomorzu pamięta - Gedania z hukiem spadła z ligi, przegrywając z kretesem z przedostatnią drużyną w tabeli.

To najlepszy dowód na to, że nerwowe ruchy, mogą jedynie zaszkodzić drużynie. Tym bardziej, że praktycznie żadne zmiany nie zaszły. Pogorszyła się tylko atmosfera, która w Lotosie już od dawna nie jest najlepsza.