Lechia Gdańsk - z A klasy do II ligi

W ciągu czterech lat Lechia Gdańsk awansowała z klasy A do II ligi. Jeszcze niedawno pilkarze z ulicy Traugutta grali z przeciwnikami, którzy na co dzień pracowali w betoniarni. Gdy na stadion przychodziło więcej niż tysiąc osób, dla kibiców brakowało biletów.
Kłopoty Lechii, sportowe i organizacyjne, rozpoczęły się paradoksalnie od występów w I lidze, którą Bolesław Krzyżostaniak przywiózł w walizce z Poznania przed sezonem 1995/96. Lechia połączyła się z Olimpią i w Gdańsku po latach powiało wielką piłką. Na meczach z Legią Warszawa czy Widzewem Łódź było po kilkanaście tysięcy widzów. Kiedy w spotkaniu z Widzewem gola strzelił idol kibiców czarnoskóry Emmanuel Tetteh, stadion oszalał z radości, zapłonęły dziesiątki rac, mimo że była to bramka na... 1:7.

Kibice do końca ściskali kciuki za gdańską drużynę, choć część z nich wywieszała transparenty o treści: "Tylko Lechia" (zespół grał pod nazwą Lechia/Olimpia). Rywale szybko zorientowali się jednak, że wystarczy przyjechać na mecz do Poznania, a nie Gdańska i otrzymać punkty walkowerem, bo cała fuzja była mocno naciągana i PZPN uzależnił rozgrywanie spotkań nad morzem od dobrej woli rywali. Lechia/Olimpia spadła więc z ekstraklasy, a potem z II ligi.

Działacze szybko wpadli na pomysł, aby miejsce w II lidze odkupić od gdańskiej Polonii. Powstał kolejny sztuczny twór, który skończył równie marnie. Pod koniec istnienia drużynę opuścili kibice i najlepsi piłkarze. Doszło do sytuacji, że w Lechii Polonii mogli zagrać wszyscy, którzy mieli na to tylko ochotę. W trzecioligowej drużynie pojawili się młodzi chłopcy z A-klasowego Czempiona Żabianka, w IV ligowych rezerwach grali masażysta Marek Latos oraz mający wydatny brzuszek pracownik klubu Jarosław Klimowicz. W drużynie miał wystąpić nawet palacz ze stadionowej kotłowni, ale zanim przywdział piłkarskie buty, drużyna wycofała się z rozgrywek. Ten sam los spotkał wkrótce pierwszy zespół Lechii Polonii.

Zdjęte spodenki, czyli spalony

W tym czasie istniała już jednak nowa Lechia pod nazwą Ośrodek Szkolenia Piłkarskiego Lechia Gdańsk. Zespół złożony z wychowanków i juniorów wystartował w sezonie 2001/02 w klasie A (VI liga), a przyzwyczajeni do meczów z wielkimi rywalami kibice przeżyli szok. Część z nich nazywało żartobliwie ligę "Serie A". Gdy gdańszczanie pojawiali się w miasteczkach, gdzie drużyny grały na boiskach, na których w dni powszednie pasły się krowy, zaczynał się kabaret.

Jego aktorami byli także kibice Lechii. Pierwszy odcinek miał miejsce w Miłoradzu. Jeden z kibiców podkradł się do sędziego liniowego i ściągnął mu spodenki. Sędzia główny zagroził, że zakończy mecz, ale na groźbach się skończyło. Do podobnej sytuacji doszło także w Zielonym Łągu. Pozbawiony spodenek arbiter liniowy zasygnalizował incydent sędziemu głównemu, podnosząc chorągiewkę. Ten, widząc ją w górze, odgwizdał spalonego.

W Siwiałce, małej wiosce niedaleko Starogardu Gdańskiego, kabaret zamienił się w dramat. Najpierw chuligani Lechii zabrali butelkę z wodą bramkarzowi miejscowej Tęczy i zaczęli go polewać, potem rzucali kamykami w piłkarzy i wrzucili petardy do szatni. Po meczu zaatakowali gospodarstwa rolne: uprowadzili z obory krowę, grożąc właścicielce, że... zgwałcą zwierzę. Kolbami kukurydzy rzucali w kury i gęsi. Jeszcze kilka dni po ich wyjeździe mieszkańców Siwiałki na wspomnienie wizyty "kibiców" Lechii przechodził dreszcz.

W ten sposób skutecznie niszczyli pozytywny wizerunek kibiców, o który dbali prawdziwi fani Lechii. To oni zorganizowali jubileusz zdobycia przez Lechię Pucharu Polski (gdański zespół, wtedy trzecioligowiec, pokonał w finale w 1983 r. drugoligowego Piasta Gliwice). To oni stworzyli na stadionie biało-zieloną aleję sław, gdzie wmurowują gwiazdy najlepszych piłkarzy Lechii. Kibice organizowali akcje charytatywne, zaopiekowali się nawet fokami z oliwskiego zoo, które dokarmiali śledziami (przydomek kibiców Arki Gdynia; fani Arki opiekują się papugą arą, która ma pióra w żółto-niebieskich barwach klubu).

Piłkarsko Lechia czyniła stałe postępy, ale nadal grała z zespołami, o których w Gdańsku nikt wcześniej nie słyszał. W kwietniu 2003 roku całkiem poważnie brzmiały słowa trenera Jerzego Jastrzębowskiego, który zastanawiał się, czy wystawić podstawowy skład na mecz pucharowy z IV-ligową Cartusią Kartuzy. - W sobotę mamy ciężki mecz z Polanką Rokocin. Muszę to jeszcze przemyśleć - uzasadniał Jastrzębowski, który 20 lat wcześniej prowadził Lechię przeciwko Juventusowi Turyn w Pucharze Zdobywców Pucharów.

Z betoniarni do teatru

Wszystkie zespoły w V lidze specjalnie mobilizowały się na mecze z gdańszczanami. Trenerzy, którzy byli jednocześnie kierownikami i prezesami drużyn, zapewniali, że dla ich zawodników spotkanie z Lechią na stadionie przy ulicy Traugutta jest największym wydarzeniem w karierze. Zagrają przecież na boisku, po którym biegały gwiazdy Juventusu ze Zbigniewem Bońkiem i Paolo Rossim na czele. Na meczu będzie dwutysięczna publiczność, a w ich miasteczkach tylu ludzi nie przychodzi nawet na festyny i odpusty! Jeden z zawodników Kolejarza Chojnice zwolnił się z pracy w betoniarni (nosił tam 10 godzin dziennie 20-kilowe bloki), by zagrać w Gdańsku.

Na trybunach pojawiało się coraz więcej ludzi, co zaskoczyło nawet klubowych działaczy. W październiku 2003 roku na mecz IV ligi z Olimpią Sztum przyszło ponad dwa tysiące widzów. Nie dla wszystkich wystarczyło biletów. Wprawdzie stadion przy Traugutta to nie Teatr Marzeń, jak nazywany jest obiekt Manchesteru United Old Trafford, ale tym razem oba obiekty miały trochę wspólnego. Część kibiców dostała bilety Lechii, a pozostali kupili w kasie wejściówki do... teatru, które również uprawniały do wejścia na mecz.

Mimo kolejnych zwycięstw nie było jednak łatwo. Zwłaszcza organizacyjnie. Sponsorzy nadal nie garnęli się do wspierania drużyny i na wszystko brakowało pieniędzy. - W niedzielę spadł silny deszcz i pierwszy raz podlana została murawa. Nie może być tak dalej - denerwował się dyrektor Lechii Marek Bąk.

Naprzód, Lechio

W 2004 roku w zespole pojawił się Sławomir Wojciechowski, a trenerem został Marcin Kaczmarek. Jeszcze w IV lidze zdarzali się zawodnicy, którzy po sfaulowaniu Wojciechowskiego długo stali nad nim z wyciągniętą ręką, aby uścisnąć prawicę zwycięzcy Ligi Mistrzów z Bayernem Monachium. "Misiu" pastwił się nad rywalami, długo siedząc lub leżąc na trawie i poprawiając getry, ale zazwyczaj tylko do takich chwil sprowadzały się komiczne sytuacje na boisku.

Poza murawą organizacyjny porządek wprowadził nowy dyrektor, 28-letni obecnie Błażej Jenek. Pierwszy raz na meczu Lechii był w wieku czterech miesięcy. Od szóstego roku życia świadomie kibicuje biało-zielonym.

Teraz stara się zmieniać image klubu. Część kibiców nadal nie powinna być wpuszczana nawet na wyścigi rogacizny - kilkusetosobowa grupa zadymiarzy tak przerażała rywali, że Flota Świnoujście wolała rozegrać w ostatnim sezonie III ligi obydwa mecze z Lechią w Gdańsku. Pogoń Szczecin i Chemik Bydgoszcz poszły jeszcze dalej - oddały spotkania walkowerem, byle nie dowiedzieć się, co tym razem wymyślą chuligani nowego drugoligowca. W kluczowym spotkaniu z TKP w Toruniu, który długo prowadził w tabeli, zamiast 400 osób, które miały wejściówki na spotkanie, przyjechało około trzech tysięcy. Sterroryzowali całe miasto, a mecz był kilka razy przerywany, bo chuligani Lechii wbiegali na boisko, bili się z policją i kibicami TKP. "Bójcie się chamy, do II ligi wracamy" - taki transparent wywiesili, gdy pojedynek zakończył się zwycięstwem 1:0 gości.

Wcześniej było nawet jeszcze gorzej. W IV lidze chuligani siedzieli w loży honorowej, czasami wyskakując na boisko, by pogrozić sędziemu, który ich zdaniem prowadził mecz nie tak jak powinien.

Dziś bandytów w loży honorowej nie ma, a prawdziwi kibice Lechii w 2002 roku wzięli nawet udział w wyborach samorządowych. Mimo że kandydaci komitetu wyborczego "Naprzód, Lechio" ostatecznie nie zasiedli w radzie Gdańska, liczba głosów, jaką otrzymali (3783, czyli 3,14 proc. wszystkich głosów) pokazała, że hasło Lechia zawsze może liczyć na odzew.

Docenili to politycy od lewej do prawej strony. Teraz gdańskiego drugoligowca wspiera finansowo prezydent miasta Paweł Adamowicz, prawicowiec niezbyt zainteresowany piłką nożną, ale mający dobrych doradców. To oni podszepnęli mu, że warto zainteresować się klubem, który jest w sercach tysięcy gdańszczan. Władze miasta np. utrzymują stadion i pomagają w znalezieniu sponsorów.

Przed erą Adamowicza prezesem Lechii był jednak Aleksander Żubrys z SLD (kibice Lechii należą w większości do zajadłych przeciwników lewicy). - Podejmujemy próbę oczyszczenia atmosfery wokół Lechii. To jedyna szansa na przyciągnięcie sponsorów. Teraz firmy wstydzą się umieszczać swoje logo razem z nazwą klubu - przekonywał Żubrys, który na pierwsze spotkanie z dziennikarzami przyniósł pożółkłe biało-zielone chorągiewki, symbol I-ligowej Lechii z lat 80.

Teraz sponsorowaniem drużyny zaczynają interesować się całkiem duże firmy, bo klub jest już niezłym nośnikiem reklamowym. A jeśli utrzyma tempo rozwoju, to już niedługo może pójść śladem Arki i awansować do I ligi.