Mówi Mirosław Dragan, trener Prokomu Arka Gdynia

- Żeby była dobra orkiestra, muszą być muzycy najwyższej klasy. My takich nie będziemy mieli. Będziemy mieli solidnych muzyków i na ich solidność będziemy liczyć najbardziej. Oczywiście dyrygent też jest ważny, ale najbardziej istotny jest ten, co gra na trąbce, bębnie czy saksofonie - mówi o nowej drużynie Prokomu Arka Gdynia trener tego zespołu Mirosław Dragan
Grzegorz Kubicki: Prezes klubu Jacek Milewski powiedział, że umówił się z Panem na ściągnięcie do Gdyni czterech topowych piłkarzy, za duże pieniądze. Czy dotychczasowe wzmocnienia - Ireneusz Kościelniak, Grzegorz Jakosz i Benjamin Imeh - traktuje Pan jako topowe?

Mirosław Dragan: Wszyscy trzej to poważne wzmocnienie drużyny, ale mam nadzieję, że uda nam się zatrudnić jeszcze większe nazwiska. Musimy sobie określić, kto to jest dla nas topowy piłkarz? Dla jednego jest to Żurawski, dla innego już tylko Warczachowski. Wszystko zależy od tego, kto ma jaki budżet. W mediach pojawiła się ostatnio informacja, że chcemy Tomasza Sokołowskiego I, ale nawet na takich piłkarzy nas nie stać. To jest przecież gracz z Legii Warszawa, tam się zarabia ogromne pieniądze, których my nie mamy. Chyba że piłkarz tego pokroju potraktowałby nas sentymentalnie, że pochodzi z naszego regionu i chciałby pograć blisko domu. Bo jeżeli podejdzie do nas biznesowo - to nie mamy szans. Dla nas topowy piłkarz to zawodnik, który wrócił np. z zagranicy i można go zatrudnić okazjonalnie, lub zawodnik z zespołu z górnej półki, ale niechciany w kadrze pierwszej drużyny.

Ciężko się Panu buduje zespół na ekstraklasę?

- Pamiętam, w jak specyficznych warunkach budowaliśmy drużynę w poprzednim sezonie, w którym wywalczyliśmy awans. Skłamałbym, gdybym powiedział, że budowa zespołu została wtedy przeprowadzona w profesjonalny sposób i zgodnie ze sztuką. Było w tym wiele szaleństwa. Teraz układamy to trochę inaczej, choć też są przeszkody. Przede wszystkim ogranicza nas budżet. Ciężko się buduje drużynę, mając ograniczone środki. Słyszę opinie, że Arka współpracuje z Prokomem, to ma dobrze, ale tych środków cały czas brakuje. A w okresie transferów niemal wszystko się rozbija o pieniądze. Ciężko się negocjuje z piłkarzami, kiedy ma im się do zaproponowania niższe pensje, niż im dają w innych klubach. Dlatego dużo kombinujemy. Mam listę zawodników, których chciałbym w pierwszej kolejności, a kiedy okazuje się, że nas na nich nie stać, zamieniam ich na piłkarzy z drugiej listy, już troszkę słabszej. Nie jesteśmy Wisłą, Legią, Groclinem czy Amicą. Tam trener wskazuje na zawodnika, więc trzeba go przywieźć i koniec! Ja nie mogę sobie pozwolić na taki komfort. Zawodnik może mi się podobać, ale muszę też mieć na niego pieniądze. Ale spokojnie, jakoś sobie poradzimy.

Na rynku jest trochę zawodników w naszym zasięgu, szukamy graczy - powiedzmy sobie - z drugiej półki i teraz trzeba tylko dobrze wcelować. Nowy piłkarz musi pasować do zespołu, kolegów i środowiska. Udało nam się z tym trafić w poprzednim roku, choć robiliśmy to w szaleństwie. Teraz jest większy spokój, choć uprzedzam, że na dzień dobry to nie będzie wielki zespół. Bo wielki zespół robi się z wielkich i drogich piłkarzy. Nasza drużyna nie będzie rzucała na kolana, ale poszukamy atutów w kolektywie, sukcesu na bazie wspólnej pracy i zrozumienia. Żeby była dobra orkiestra, muszą być muzycy najwyższej klasy. My takich nie będziemy mieli. Będziemy mieli dobrych, solidnych muzyków i właśnie na ich solidność będziemy liczyć najbardziej. Oczywiście dyrygent też jest ważny, ale najbardziej istotny jest ten, co gra na trąbce, bębnie czy saksofonie.

W pierwszej kolejności wyjaśniliście sytuację piłkarzy, którzy wywalczyli awans. Decyzje były szybkie i konkretne. Pożegnaliście siedmiu piłkarzy, choć kilku z nich liczyło na grę w ekstraklasie.

- Bo piłkarze, po wywalczeniu awansu, liczą, że teraz nastąpi długo trwająca euforia. Liczą na radość dla wszystkich, na to, że teraz wszyscy będą konsumowali skutki tego awansu i sukcesy z tego płynące. Nie mogliśmy tak zrobić, bo teraz wszyscy byliby szczęśliwi, ale za rok wszyscy mogliby już płakać. Wolę więc, żeby płakała tylko część piłkarzy, z którymi musieliśmy się rozstać, a reszta była szczęśliwa po sezonie. Czasami trzeba kogoś poświęcić. Piłkarze, którzy od nas odeszli, mogą mówić, że potraktowaliśmy ich brutalnie, ale my rozstaliśmy się z nimi w cywilizowany sposób. Nikogo nie wyrzuciliśmy za drzwi, rozstaliśmy się po szczerej rozmowie, niektórym zawodnikom pomagamy nawet znaleźć nowy klub. Staramy się działać w sposób profesjonalny i ludzki. Piłkarz musi zrozumieć, że będzie grał tam, gdzie go chcą. Kiedy zawodnik ma ważny kontrakt i dostaje lepszą propozycję z innego klubu, to narzeka, że klub go nie chce puścić, że mu się blokuje drogę rozwoju. Dobrym przykładem jest tu Murawski, który odszedł zimą do Amiki Wronki. Z kolei jeżeli piłkarzowi się kończy kontrakt, jak teraz np. Krupskiemu, i trener nie widzi już dla niego miejsca, to zawodnik jest oburzony, że nie przedłuża się im umowy. Mówi, że go się nie szanuje. Nasi piłkarze muszą zmienić sposób myślenia. Na Zachodzie co roku tysiące piłkarzy zmienia kluby i nikt nie robi z tego tragedii.

Chciałbym, żeby tak było, choć rzadko to się zdarza, że piłkarz, z którego zrezygnowałem, udowodni mi, że popełniłem błąd. Że pójdzie do innego klubu i pokaże klasę. Ale to się rzadko zdarza, bo nie jestem trenerem, który rezygnuje z zawodnika bez przemyślenia. Wszystko biorę pod uwagę: wiek, prowadzenie się zawodnika i oczywiście jego umiejętności. Decyzja zawsze jest wyważona. Czasami rezygnuję z kogoś z ciężkim sercem, bo wielu piłkarzy to sympatyczni ludzie, ale to jest konieczność.

Przy którym piłkarzu miał Pan największe wątpliwości?

- W relacjach piłkarz - trener jest jak w życiu. Jednego się lubi bardziej, innego mniej, to nieuniknione. Oczywiście trener nie może tego okazywać, ale po sezonie z jednym piłkarzem rozstaje się łatwiej, z innym trudniej. Teraz miałem ciężki wybór z Jurkiem Wojneckim. Lubię go, ale znam go dobrze, podparłem się opinią innych trenerów, którzy prowadzili go w ekstraklasie, i uznałem, że może nie podołać, że jeżeli go zostawię, to zespół może na tym stracić. Na to nie mogę sobie pozwolić. Jurek jest obrońcą, to najbardziej odpowiedzialna pozycja. Kiedy on się pomyli, zespół traci bramkę.

Ilu piłkarzy pojawi się jeszcze w Gdyni?

- Plan po sezonie był taki: chcieliśmy czterech - jak to sobie wcześniej określiliśmy - topowych zawodników, czterech o trochę niższym standardzie, ale którzy pomogą nam w I lidze, i jeszcze trzech młodych. Bo nie szukamy tylko doświadczonych graczy, którzy pomogą nam na już. Na nich się oczywiście koncentrujemy, oni mają pociągnąć zespół, ale poza tym chcemy zatrudnić kilku młodych piłkarzy, na dorobku, którzy podpiszą z nami umowę np. na trzy lata.

Na razie myślę o tym, aby budować zespół do zimy. Wtedy ocenię, z czym mamy do czynienia, jak gramy, o co walczymy. Wtedy będzie można dokonać korekt, tak jak to zrobiliśmy w poprzednim sezonie. Wtedy ściągnęliśmy zimą czterech piłkarzy - Jawny, Majda, Gorząd i Patalan - i transfery okazały się trafne. Najlepiej byłoby oczywiście nic nie zmieniać, ale to się rzadko zdarza.

Jak Pan odbiera opinie kibiców, dziennikarzy, a ostatnio nawet prezesa Milewskiego, że Mirosław Dragan to największa gwiazda w zespole Arki?

- Za długo w tym siedzę i za długo przechodziłem ze skrajności w skrajność, żeby wierzyć w takie rzeczy. To nie jest baśń czy bajka, to wszystko mi się nie śni. Bo gdybym na to tak patrzył, to bym się bał, że pewnego dnia się obudzę i wszystko się skończy. Dlatego wolę chodzić po ziemi. Łaska kibiców jest względna. Cieszę się oczywiście z tych opinii, ale wiem, że nie zawsze będzie tak kolorowo. W ekstraklasie będzie nam szło dużo ciężej i właśnie wtedy najbardziej będziemy potrzebowali wsparcia. Czuję pewną presję związaną z awansem. Mamy wspaniałych kibiców, którzy licznie przychodzą na mecze, głośno dopingują i chcą zwycięstw swojej drużyny. Liczę, że będziemy spełniać ich marzenia. Wiem, że jestem dyrygentem naszej orkiestry, odpowiadam za nią. I liczę bardzo na swoich muzyków.