Sport.pl

Marek Jóźwiak: Pół życia na Łazienkowskiej

- Jak chcieliśmy strzelić gola w pierwszej minucie, to strzelaliśmy. Jak miał paść po godzinie albo na koniec - to tak było. Robiliśmy dwie akcje, mieliśmy ze dwa wolne i rożne i było po sprawie - wspomina najlepsze lata w Legii Marek Jóźwiak. 38-letni obrońca od nowego sezonu będzie wyszukiwał dla klubu utalentowanych zawodników
Robert Błoński: Pamięta Pan swój pierwszy dzień w Legii?

Marek Jóźwiak: Jak dziś (śmiech). O 5.30 stałem w mundurze wojskowym przed bramą główną stadionu. Specjalnie oddelegowany do tego sierżant z Orzysza wysadził mnie na Dworcu Wschodnim i kazał być o 6 na Legii. Zgłosiłem się do oficera dyżurnego, "na kompanii", tam, gdzie teraz jest przychodnia, dostałem moro, pokazali mi łóżko. Bo do Legii przyjechałem grać w piłkę, ale i odsłużyć wojsko. Przez pół roku chodziłem w mundurze.

Przed pierwszym treningiem wszedł Pan do szatni i...

- Bałem się jak cholera. Patrzę, a tam sami reprezentanci: Wdowczyk, Kubicki, Karaś, Kazimierski, Kaczmarek, Buda, Dziekanowski... Sam się przedstawiłem chłopakom. Pomyślałem sobie "ciekawe, obok którego będę siedział?". Tymczasem wstał jeden z zawodników i mówi: "Młody, idź tam z tyłu, gdzie są wirówki". Tam się rozbierałem przez cztery czy pięć miesięcy. Nie było tak jak teraz, że wchodzi młody piłkarz i ma już naszykowane przez kierownika drużyny swoje miejsce. Wtedy na miejsce trzeba było zasłużyć.

Jak Pan trafił do Legii?

- Mój trener z Mławianki Władysław Cioroch znał się z Jerzym Engelem, poprzednim szkoleniowcem Legii. Kiedy przychodziłem, Engela już nie było, ale jego następca Andrzej Strejlau ze mnie nie zrezygnował.

Było "wkupne" do zespołu?

- Jakie "wkupne"? Nikt mnie tutaj nie znał. Pomagał mi Tomek Arceusz z Raciąża. Trzymałem się z młodymi: Piszem, Robakiewiczem i Łatką. Dopiero jak się ożeniłem w 1989 r., przywiozłem do klubu każdemu po weselnej flaszce z kokardeczką. Wsunąłem do torby albo włożyłem do bagażnika.

Z Mławy do Warszawy - to był duży przeskok?

- Ogromny. Wysiadając nad ranem na Wschodnim, nie wiedziałem, jak dojechać na Legię. Do Warszawy przyjeżdżało się do kina Relax na "Wejście smoka", oglądało Pałac Kultury, a potem odwiedzało Bazar Różyckiego. To były trzy gwoździe programu. Później czwartym stał się Rembertów. Było tam wielkie targowisko z ciuchami z Zachodu. Ale tam zacząłem jeździć, jak dostałem z Legii pieniądze. Wcześniej nie było mnie stać.

Nie miał Pan problemów ze "światłami wielkiego miasta"?

- Od 15. roku życia grałem z seniorami. Zarabiałem na siebie. Szybko się usamodzielniłem, w Warszawie nie miałem kłopotów z adaptacją.

Dlaczego tamta Legia nigdy nie zdobyła mistrzostwa?

- Do dziś zachodzę w głowę. Tacy wybitni piłkarze, taka "organizacja" klubu. Ale chyba każdy z piłkarzy ciągnął wózek w swoją stronę. Dla mnie Legia to była niepowtarzalna szansa. Ci, którzy twierdzili, że Legia kradnie piłkarzy, gadali głupoty. Zarówno wtedy, jak i teraz 95 procent piłkarzy z naszej ligi chciałoby zagrać w Warszawie. Zakładam się, że gdyby dostali propozycję z Legii, spakowaliby się w godzinę.

Długo łączył Pan wojsko z futbolem?

- Kilka miesięcy. O 6 był apel, potem trening, obiad. Do 15 siedziałem "na kompanii", miałem dyżur przy bramie głównej albo na kortach. Po 15 był czas wolny, czyli hulaj dusza (śmiech).

Po sześciu miesiącach "na kompanii" kapitan drużyny Zbyszek Kaczmarek powiedział trenerowi, że "nie chce, by Jóźwiak ciągle przyłaził na trening w śmierdzącym moro". Tak załatwił mi przeniesienie do hotelu na kortach. Miałem swój pokój, skończyły się ranne apele.

Jak w Legii wyglądało przejście z komunizmu do demokracji?

- Ja nie zauważyłem. I za komuny, i za demokracji mieliśmy pieniądze, jedzenie. Wojsko organizowało wszystko: obozy, sprzęt, terminowe wypłaty.

Co Pan robił z pieniędzmi?

- Nic. A co mogłem zrobić, jak nic nie było? Trzymałem je w "pasztetniku". Kiedy jako świeżo upieczony małżonek dostałem mieszkanie po Krzyśku Iwanickim na Odyńca, miałem w nim dwie polówki i lampkę nocną. Podczas jakiegoś zgrupowania zadzwonił do mnie Arek Gmur i mówi, że "kolega ma regał z Emilki". Pytam, jaki regał, jaki kolor? Gmur odpowiedział, że nie wie, bo wszystko jest w paczkach. Nie namyślając się, kazałem wnieść na górę. Tak kupiłem pierwszy mebel.

Kiedy poczuł się Pan legionistą?

- Dość szybko. Byłem szybki, silny, dawałem sobie radę. Pomagali mi starsi koledzy. Ale zbytniego spoufalania się nie było.

Pamięta Pan przybijanie kolegom butów do stołu?

- Wszyscy przybijali. Mieliśmy w szatni skład artykułów gospodarstwa domowego: młotek, gwoździe, kłódki, łańcuchy... Ze wszystkiego umieliśmy robić użytek.

O Pana dowcipach krążą legendy.

- Nigdy nie schodziłem poniżej pewnego poziomu.

Andrzej Kubica ma inne zdanie.

- Jak się bawił siusiakiem przy prezesie, to... nie można mu było nie wysmarować spodenek maścią rozgrzewającą. Nie tylko jemu to zrobiłem. Ale i mnie wysmarowali... Ostatnio na obozie w Niemczech. Szybko je zdejmowałem...

A podwójne pępkowe?

- Któregoś dnia dostałem telegram: "Marek, przyjeżdżaj, masz córkę". Kupiłem piwo i poprosiłem trenera o zwolnienie. Wpadam do domu w Mławie, od progu wołam do teścia: "Jak żona, jak dziecko?". Spojrzeli na mnie jak na wariata... Żona gotowała obiad w kuchni. Dwa tygodnie później urodził mi się syn. Znowu postawiłem piwo. Tak więc nie zawsze ja wypuszczałem, mnie też koledzy robili w balona.

Jak to możliwe, że w 1991 r. polski klub grał w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów?

- Sam nie wiem. Mieliśmy niezłych piłkarzy i mnóstwo szczęścia.

To wtedy cała Polska usłyszała o Jóźwiaku. W ćwierćfinale w Genui stanął Pan w bramce, bo Maciej Szczęsny dostał czerwoną kartkę, a limit zmian był wyczerpany. Ma Pan w domu kasetę z meczu z Sampdorią?

- Nie jestem kolekcjonerem. Znajomi mają, w razie czego - zadzwonię i pożyczę. Rękawic z Genui też nie mam. I koszulkę Maćka Szczęsnego, w której broniłem, też komuś oddałem.

Dlaczego to Pan stanął w bramce?

- Bo ja kiedyś... byłem bramkarzem. Do tego często po treningach zostawałem z Leszkiem Piszem. On strzelał, ja broniłem. A potem było wiadomo, kto stawia piwo. Nieźle mi wychodziło bronienie. Nawyki miałem. Potraktowałem to jako wyzwanie. Nie grałem w Genui od początku. Bo w pierwszym meczu w Warszawie pauzowałem za kartki. Trener nie zmienił zwycięskiego składu, więc skoro już wszedłem, to chciałem, żeby ludzie mnie pamiętali.

Fajnie było ograć zdobywcę Pucharu Włoch, późniejszego mistrza kraju. Fajnie było upokorzyć Viallego, Manciniego, Pagliukę, Vierchovooda... Sławy włoskiej piłki. A tu przyjechali nieznani Polacy i nie dość, że ograli ich w Warszawie, to jeszcze w Genui narobili im wstydu. Nie stracili gola, choć przez ostatnie dziesięć minut w bramce stałem ja. Sukces był wielki.

Premie też.

- Po losowaniu ćwierćfinałów działacze spytali: "Ile chcecie za awans?". Czyli nie wierzyli w nas. Jak byśmy powiedzieli: "Po 50 tysięcy dolarów", toby dali. Chcieliśmy chyba po 12 tysięcy "zielonych" na głowę. To było tyle pieniędzy, że Boże Święty... Pięć maluchów można było sobie kupić. I prezes nam to wypłacił.

Przed półfinałem z Manchesterem United było podobnie?

- Nie. Tam już nie było "ile chcecie". Premie były niższe.

Można było wyeliminować Anglików?

- Za wysokie progi. Był jednak cień szansy. Zlekceważyli nas w Warszawie. Strzeliliśmy im gola tuż przed przerwą. Ale wzięli się do roboty, wyrównali, ja dostałem czerwoną kartkę i było po zawodach.

Największy sukces osiągnął Pan i Legia, kiedy trenerem był Paweł Janas. Graliście w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, zdobyliście dwa mistrzostwa Polski, Puchar Polski, Superpuchar. Co takiego miał Janas, czego nie mieli inni szkoleniowcy Legii?

- Paweł to przyzwoity człowiek. Z nami miał świetny kontakt. Lubił rozmawiać, pytać, nawet o kwestie personalne. Ale decyzje podejmował sam.

To była era prezesa Janusza Romanowskiego...

- Osiągnął wielki sukces, ale miał złych doradców. Doszło do konfliktu z wojskiem i zamiast polskiego Rosenborga mieliśmy... totalną "rozwałkę". Bo Norwegowie budowali zespół na lata, co roku sprzedawali jednego, najlepszego zawodnika, a kupowali trzech. A w Polsce budowało się zespół na półtora roku. Kupić, wypromować, zarobić w Champions League i sprzedać. Tym się różnimy od Norwegów.

Ale przez jakiś czas w lidze Legia wygrywała, ile i jak chciała...

- Jak chcieliśmy strzelić gola w pierwszej minucie, to strzelaliśmy. Jak miał paść po godzinie albo na koniec - to tak było. Robiliśmy dwie akcje, mieliśmy ze dwa wolne i rożne i było po sprawie. Byliśmy świetnie przygotowani fizycznie.

Ale były i konflikty. Z ówczesną "młodzieżą": Szamotulskim, Mosórem, Koziołem, Mięcielem...

- W każdej drużynie muszą być iskry. Jak ich nie ma i jest sielanka, to zawodnicy są do d... Poziom podnosi się przez rywalizację. Jak jej nie ma, zespół jest słaby. Piotrek Mosór za dużo czasem mówił. Ktoś tym młodym graczom naopowiadał głupot. Śmieszyło mnie, jak mówili, że "teraz przejmują władzę w drużynie".

Jak Pan wspomina Ligę Mistrzów?

- Za pierwszym razem odpadliśmy w eliminacjach z Hajdukiem. Chorwaci pościągali paru piłkarzy z zagranicy i ograli nas, jak chcieli. Rok później Legia zrobiła to samo. Pan Romanowski kupił piłkarzy z zagranicy, zorganizował sparingi z silnymi klubami i wyeliminowaliśmy Göteborg, który kilka miesięcy wcześniej grał bodaj w półfinale Champions League.

Panathinaikosu nie dało się wyeliminować w ćwierćfinale?

- Byli łatwiejszym rywalem niż parę lat wcześniej Manchester. Ale nie powinniśmy w ogóle grać pierwszego meczu. Boisko nie nadawało się po zimie do gry.

Ale i atmosfera nie była wtedy najlepsza. Strajkowaliście przed meczem.

- Nie zapłacili nam pieniędzy. Ale nie to było powodem porażki.

Z dziennikarzami chcieliście rozmawiać za pieniądze...

- Różne mieliśmy pomysły. Prasa nam dokuczała, więc chcieliśmy zebrać parę groszy dla chorych dzieci.

Podobno jeszcze przed rewanżem było wiadomo, kto awansuje. Podczas wycieczki na Akropol odłączyło się paru zawodników.

- Nic o tym nie wiem, że mecz był sprzedany. To bajki. Gdyby Panathinaikos chciał kupić mecz u siebie, po remisie 0:0 w Warszawie znaczyłoby, że... są w słabej formie. A nie byli. Poza tym sędzia był z nimi. Rosjanin szybko wyrzucił Marcina Jałochę i było pozamiatane. Zamiast z nami pogadali z sędzią. Nie mieliśmy szans w Grecji.

Pieniądze w Champions League były dużo większe niż premia za wyeliminowanie Sampdorii?

- Zdecydowanie. Podział zysków był taki, że 40 procent było dla piłkarzy, reszta trafiła do klubu. Nie mieliśmy prawa narzekać. Teraz już nie ma prawdziwej Ligi Mistrzów. Jest liga bogatych. Ludzie chcą oglądać gwiazdy, a nie mistrzów.

Koniec tamtej drużyny to porażka 1:2 z Widzewem i detronizacja? Na temat tego meczu też są plotki.

- W polskiej lidze na temat każdego meczu są plotki. Jestem w Legii 15 lat, a jeszcze w życiu nie widziałem, by ktoś od nas chciał kupić mecz. Z Widzewem przegraliśmy, bo... chcieliśmy rozpieprzyć Widzew. 1:0 to było dla nas za mało. Chcieliśmy im dołożyć 3:0. Poszły dwie kontry i się skończyło. To był błąd taktyczny. Mówienie o kupowaniu i sprzedawaniu to głupota. W Legii nikt nie sprzedawał i chyba nie kupował meczów.

Była później w Polsce lepsza drużyna od tamtej, która grała w Lidze Mistrzów?

- Nie chcę porównywać. Chciałbym, żeby obecna Legia była tak dobra albo i lepsza od tamtej. Ale, niestety, sporo jej brakuje.

Musiał Pan wtedy odejść z Legii?

- Chciałem zmienić klimat. Nie zastanawiałem się ani minuty.

Jak to się stało, że Pan wrócił?

- Skończył mi się kontrakt w Guingamp. Zgłosiłem się do Legii, ale nie mogłem dojść do porozumienia z prezesem Leszkiem Miklasem. Pojechałem na trzy miesiące do Chin. Po powrocie trenowałem z Polonią, bo nie miałem z kim. Ale cały czas byłem "na nasłuchu" z Legią. Trener Polonii Werner Liczka powiedział, że mogę trenować, ale jak dostanę inną propozycję, nie będzie mnie zatrzymywał. Jadąc na kolejną rozmowę z prezesem, dogadaliśmy się w pięć minut. Podobne warunki, które wcześniej mu nie odpowiadały, nagle... się spodobały.

Wrócił Pan i... trafił na Dragomira Okukę.

- Ze "starej" Legii był tylko Jacek Zieliński i Czarek Kucharski. Okuka doprowadził nas do tytułu tylko ciężką pracą i dyscypliną. Niczym więcej.

Później nie było już tak dobrze...

- Bo nie mieliśmy już pary. W jednym sezonie daliśmy z siebie wszystko. U "Drago" była jedna zasada: jak zapierd... i robisz, co on chce, to grasz. Nieważne, czy masz 15 czy 50 lat. Jak na kogoś postawił i się nie zawiódł, nie odstawiał go szybko.

Miał Pan konflikt ze Svitlicą? Podobno kiedyś poprosił Okukę, by to jego zrobił kapitanem kosztem Pana.

- Nie pamiętam. Ze Stanko żyłem dobrze. Uwierzyłbym w tę plotkę, gdyby Stanko powiedział mi to w oczy.

Nie wyzywał Pan Svitlicy od leniuchów?

- Owszem, krzyczałem wiele razy, żeby ruszył dupsko. Każdy mówił, że to śmierdzący leń, że jak na boisku jest Stanko, drużyna zawsze gra w dziesięciu, bo on tylko w polu karnym stoi, ale potem wszystko zwalili na mnie.

W obecnej Legii, który z młodych piłkarzy ma szanse zrobić największą karierę: Fabiański, Rzeźniczak, Smoliński czy Korzym?

- Największe możliwości ma "Fabian". Kiedy Artur Boruc wyjedzie na Zachód, a żeby zrobić postęp, powinien to zrobić, z "Fabiana" będzie kawał dobrego bramkarza.. Kuba czy Marcin muszą popracować nad siłą. Fizycznie są nieprzygotowani do gry co trzy dni. Przed Korzymem przyszłość, ale musi więcej grać.

Za Jackiem Zielińskim skoczyłby Pan w ogień?

- Pamiętam, jak przyszedł do Legii. Do dziś śmiejemy się, że "przyszedł z Igloopolu w pakiecie z Hubertem Kopciem". Jeśli zostanę w Legii skautem, to będę jednym z ogniw łańcucha. I Jacek będzie miał mnie do dyspozycji 24 godziny na dobę.

Czy to właściwy człowiek na właściwym miejscu?

- Nie wiem. Zobaczymy, jak sobie da radę. Cieszę się, że jest trenerem.

Czuł się Pan niezręcznie, grając w drużynie kolegi?

- Tak. Zachowywaliśmy dystans, ale zastanawiałem się, czemu z GKS-em zagrałem tylko minutę, nie kwadrans.

Najlepszy piłkarz, z którym grał Pan w jednej drużynie?

- Romek Kosecki. Technicznie nie był tak dobry jak choćby Mięciel czy Dziekanowski, ale szybkość, przebojowość, skuteczność, siła, ambicja, gra głową, uderzenia z obu nóg - to był "Kosa". Wiele nauczyłem się od Janka Karasia. Zawsze krzyczał do mnie: "Młody! Pamiętaj! Grasz do mnie i wychodzisz" (śmiech). Strzały podziwiałem u Darka Wdowczyka. Jak ustawiał piłkę na 30. metrze, bramkarze mieli mokro w majtkach i ustawiali mur złożony z dziesięciu zawodników. Z graczy zagranicznych imponował mi Jean-Pierre Papin. Sytuacje jeden na jednego, strzały, ustawienie się, instynkt, aż czasem stałem i patrzyłem, jak on to robi.

Najlepszy piłkarz, przeciwko któremu Pan grał?

- Romario i Ronaldo. Byłem w Brazylii z kadrą Antoniego Piechniczka, prowadzili już 4:0, ale potem strzeliliśmy dwa gole. Widziałem, że to zawodnicy, którzy w każdej chwili z każdego z nas mogli zrobić "wiatraki". Nie wysilali się jednak...

Gdyby nie Legia Warszawa, to Marek Jóźwiak...

- Nie osiągnąłbym tego, co mam. Na pewno grałbym w piłkę. Ale w III, II czy I lidze to nie mam pojęcia.

Żal, to już koniec?

- Jeszcze bawię się piłką z chłopakami. Ale patrzę w dowód, jestem po ciężkiej chorobie. W przyszłym sezonie będę zgłoszony do rozgrywek, to pogram sobie w III lidze. Żeby brzucha nie złapać. Choć nie, do tego i tak nigdy nie doprowadzę (śmiech). Sa propozycje z innych klubów, ale nie chcę się ruszać z Warszawy. Powiedziałem sobie dość.