Sport.pl

Antoni F. - sylwetka normalnego faceta

Aresztowanie Antoniego F. za korupcję absolutnie mnie nie zdziwiło - mówi nam były piłkarz, który grał niegdyś z F. w drugiej lidze. - Pamiętam, jak kilkanaście lat temu wiceprezes Korony Kielce Kazimierz Czyżewski wbiegł na boisko i chciał bić Antka, bo był pewny, że on sprzedał mecz


Antoniego F. zatrzymano 20 maja w lesie pod Kielcami, gdzie podczas sprzedaży kontrolowanej policja wręczyła mu łapówkę w wysokości 100 tys. zł. Pieniądze z prowokacji policyjnej miały być przeznaczone na ustawienie meczu Cracovia - GKS Katowice. Równocześnie zatrzymano wspólnika sędziego - Mariana D. Obydwaj zostali aresztowani na trzy miesiące. Grozi im od pięciu do ośmiu lat więzienia.

Rozprowadzający

Aresztowany sędzia F. jest jedynym pierwszoligowym arbitrem, który ma za sobą piłkarską przeszłość w ekstraklasie. Pochodzi z Elbląga, ale grać w piłkę zaczynał w Błękitnych Orneta, gdzie grał też jego ojciec Stanisław. - Był dobrym obrońcą. Jak chciał, to potrafił świetnie zagrać, nieźle radził sobie też w pomocy - mówią o nim koledzy z boiska. W ekstraklasie w barwach Stali Stalowa Wola rozegrał 21 spotkań, występował też w młodzieżowej reprezentacji Polski.

W 1990 roku Antoni F. trafił do Korony Kielce, która właśnie awansowała do drugiej ligi. Przyszedł właśnie ze Stali Stalowa Wola, w której nie widziano już dla niego miejsca.

- Przygarnęliśmy go, bo nikt go nie chciał. Mieliśmy młodą, fajną drużynę i potrzebowaliśmy bardziej doświadczonego piłkarza, więc trafił do nas z Mirkiem Wnukiem [z Zagłębia Sosnowiec - red.] - opowiada nam ktoś blisko związany z kieleckim klubem, który działa jeszcze w futbolu i zastrzega sobie anonimowość.

Korona szybko pożałowała tego transferu. - Rozprowadził nam drużynę. Psuł atmosferę, gdyż, mówiąc oględnie, mieliśmy dużo zastrzeżeń do jego sportowej postawy - kontynuuje nasz rozmówca. - On był zawsze spokojny i opanowany, ale miał taki charakterystyczny, ironiczny uśmiech. Antek wraz z dwoma innymi zawodnikami nie był lubiany w zespole. Był podział na tę trójcę i resztę drużyny, która pochodziła z Kielc lub grała w Koronie kilka lat.

- Antek był trudnym człowiekiem. Jako piłkarz, człowiek, i jako sędzia. Gdy mieliśmy w klubie kłopoty finansowe, on zawsze pierwszy stanowczo domagał się wypłacenia pieniędzy. Był bezwzględny - mówi Jan Kubik, ówczesny prezes Korony.



Odstrzelony

Z Kielcami pożegnał się już po półtora roku w skandalicznych okolicznościach. - Widzieliśmy, co się działo. W niektórych meczach widać było wyraźnie słabszą dyspozycję Antka. W innych każda akcja pod naszą bramką, to było wielkie zagrożenie. Proste piłki sprawiały mu spore kłopoty, po prostu nic mu nie wychodziło - opowiada jeden z piłkarzy, który grał z Antonim F. w drużynie. - To, że został aresztowany za korupcję, absolutnie mnie nie dziwi - dodaje.

Zastrzeżenia do gry Antoniego F. mieli nie tylko koledzy, ale także działacze kieleckiego klubu. Podczas jednego z meczów - przegranych przez Koronę 0:1- po stracie bramki na boisko wbiegł wiceprezes klubu Kazimierz Czyżewski, który chciał uderzyć Antoniego F. - To było dawno i nie pamiętam, z kim wówczs graliśmy, ale będę musiał odszukać kasetę wideo z nagraniem tego meczu. Miałem już dość, że ktoś robi ze mnie idiotę - opowiada Czyżewski.

Przed meczem z Jagiellonią Białystok grupa starszych piłkarzy Korony, w tym Antoni F. odmówiła wyjazdu. Klubowi działacze znaleźli się w trudnej sytaucji, gdyż nie miał kto jechać na mecz.

- Wzięliśmy juniorów i chłopaków z drugiej drużyny. Przegraliśmy 1:4, choć mogło się skończyć dwucyfrówką. "Jaga" wtedy wchodziła do ekstraklasy, a my spadaliśmy z drugiej ligi - opowiada jeden z działaczy. - Po tym buncie z zespołem pożegnało się aż siedmiu piłkarzy. Jednym z pierwszych, których odstrzelono, był Antoni F.



Potrafił obskoczyć

Po zakończeniu kariery zawodniczej F. postanowił zostać sędzią. Szybko awansował i prowadził mecze I ligi. Ci, którze dobrze go znają, twierdzą, że z Kielc odjeżdżał starą skodą. Gdy jesienią ubiegłego roku przyjechał sędziować mecz pucharowy Kolportera Korony z Polonią Warszawa, podjechał nowym volkswagenem passatem wartym blisko 100 tys. zł.

- Do niedawna byliśmy z tego dumni. Mieliśmy dwóch sędziów w ekstraklasie. F. i Leszka Gawrona z Mielca - mówi Wincenty Morycz, przedwodniczący kolegium sędziów Podkarpackiego ZPN.

Działacze czwartoligowych klubów z Podkarpacia pamiętają go, bo zdarzało się, że przyjeżdżał sędziować mecze jako arbiter liniowy. - Normalny facet. Tak się wydawało. U nas w czwartej lidze nic na pewno nie wykręcił. Nikogo nie stać na opłacanie sędziów. Facet po prostu lubił tę robotę - twierdzi działacz czwartoligowca z Podkarpacia, prosi jednak, aby nie ujawniać jego nazwiska i klubu: - Jest nas tu niewielu, jak podacie nazwę klubu, to zacznie się szukanie i plotkowanie. Nie chcę tego - zastrzega.

Prezes Morycz przyznaje, że F. brał każdą robotę. - Potrafił obskoczyć trzy, cztery mecze w jeden weekend. Był taki czas, że zabroniłem obsadzać go wszędzie tam, gdzie chciał, bo zaczęły się plotki. Nie chciałem niezdrowej atmosfery w związku.

Zdarzało się, że sędziował także mecze juniorów. Kilka tygodni temu był liniowym podczas meczu juniorów Stali Rzeszów. Za każdy mecz czwartoligowy i juniorski mógł zarobić od 100 do 150 zł. - Nikt nie pogardzi takimi pieniędzmi, choć w przypadku Antoniego F., który wydawał się majętnym człowiekiem, to trochę dziwne - mówi były sędzia i obserwator z Podkarpackiego ZPN.

Od kiedy F. stał się taki pracowity? - pytamy Wincentego Morycza.

- Od początku działania naszego kolegium nie wzbraniał się od pracy, a nawet jej szukał. Nie widzieliśmy w tym nic złego. Głównie pracował jako liniowy, bo przyjęliśmy taką zasadę, że sędziów z I i II ligi wyznaczaliśmy do niższych klas, jako głownych arbitrów tylko raz na początku sezonu, na tzw. przetarcie. Potem mogli już tylko biegać po linii - tłumaczy Morycz.

W Podkarpackim ZPN wszyscy wiedzieli, że F. jest współwłaścicielem dwóch sklepów odzieżowych w Stalowej Woli i Biłgoraju. Ale zauważyli też, że ostatnio biznes chyba nie szedł mu dobrze. - Coś tam złego się działo, bo przyszedł do mnie i prosił, by mu poszukać dodatkowego zajęcia w związku, jednak nie mieliśmy takiej potrzeby - opowiada Morycz. - Może pomogła mu rodzina, bo z tego, co wiem, chyba wyszedł z kłopotów - dodaje.

O tym, że arbiter mieszka w willi pod Stalową Wolą, oficjalnie nikt w związku nie wiedział. Do korespondencji F. zostawił w związku adres w Stalowej Woli.



Byliśmy dumni

Zatrzymanie Antoniego F. przez policję zaskoczyło Morycza. - To był dla mnie szok - twierdzi. - Nie wiedzieliśmy, że jest z nim aż tak źle. Byliśmy dumni z tego, że mamy dwóch sędziów w I lidze, a tu taki cios. Z drugiej strony dobrze wiedzieliśmy, jak wielkie bagno jest w naszej piłce. Jeżeli ktoś tego nie widzi, to jest ułomny. Bo człowiek, który ma uszy, oczy i mózg dobrze wie, co się dzieje. Wystarczy obejrzeć kilka meczów naszej I ligi, by sobie wyrobić na ten temat opinię. Jednak wydawało mi się, że ta choroba nas nie dotyczy, a tu taki cios. Może byłem naiwny - głośno zastanawia się Morycz.

Prezes sędziów w Podkarpackim ZPN nie zgadza się z teorią prezesa PZPN Michała Listkiewicza, który po aresztowaniu Antoniego F. stwierdził, że: "W środowisku sędziowskim trafiła się jedna czarna owca". - Nie wiem, jak można tak mówić. Czarną owcą to on okazał się na Podkarpaciu. Z tym się zgodzę, ale nie w całej Polsce - kwituje Morycz.

Działacz z Podkarpacia mają wiele zastrzeżeń do środowiska polskich sędziów. - Na szczęście nie byłem nigdy arbitrem w I, czy II lidze i mam czyste sumienie, ale i swoje zdanie. Uważam, że tacy ludzie, jak np. Janusz Hańderek czy Wit Żelazko nie powinni być we władzach PZPN. Dlaczego? O Hańderku krążą po Polsce opowieści, że w PRL-u był współpracownikiem różnych służb, a także opinie podważające uczciwość jego awansu do ligi jako sędziego. Z kolei Wit Żelazko ma firmę produkującą sprzęt sportowy. To wystarczy za uzasadnienie. Karygodny jest także fakt, że pan Marek Kowalczyk z Lublina, który odszedł ze środowiska sędziowskiego w atmosferze skandalu, jest teraz szefem szkolenia Polskiego Kolegium Sędziów i jednoosobowo decyduje o tym, jakie będą pytania egzaminacyjne. Na najwyższych szczeblach władzy w polskiej piłce powinni znajdować się ludzie, którzy nigdy nie byli związani ze środowiskiem sędziowskim. To, co mamy w związku, teraz przypomina mi epokę późnego Gomułki i wczesnego Gierka. Na pewno nie są to standardy europejskie XXI wieku - kończy Wincenty Morycz.