Jagiellonia przegrała w Sosnowcu

Piłkarze Jagiellonii przegrali w piątek w Sosnowcu i to tamtejsze Zagłębie jest teraz bliżej awansu do ekstraklasy. - Bliżej to są Podbeskidzie Bielsko-Biała i Widzew Łódź - podsumował Mariusz Ujek, pomocnik gospodarzy
Białostoczanie przed tym wyjazdem po cichu liczyli nawet na dogonienie Arki Gdynia, która zajmuje trzecie miejsce w tabeli. Jednak, by myśleć o awansie, powinni wygrywać praktycznie w każdym meczu do końca sezonu.

- Nasza sytuacja niewątpliwie się pogorszyła - stwierdził Dariusz Łatka, który z powodu kontuzji obejrzał spotkanie z ławki rezerwowych. - Ale gramy do końca, zobaczymy, jak się tabela jeszcze ułoży. Musimy jednak wygrywać.

- To miał być pojedynek o wszystko, a zaczął się dla nas właściwie po przerwie - podsumował kapitan Jagiellonii Krzysztof Zalewski.

Kwestia czasu

Białostoczanie od początku niepewnie interweniowali w defensywie. Nie potrafili też dłużej przytrzymać się przy piłce. Zagłębie właściwie non stop atakowało, często strzelając na bramkę Andrzeja Olszewskiego. Bramkarz Jagiellonii musiał uwijać się jak w ukropie, a gol wydawał się tylko kwestią czasu. Szczęście i tak dosyć długo dopisywało gościom. W 12. min, kiedy Łukasz Nawotczyński opatrywany był za boiskiem, sosnowiczanie przeprowadzili kontratak (po stałym fragmencie gry podopiecznych Adama Nawałki), po którym Janusz Wolański był bardzo bliski skutecznego trafienia. Po podaniu Mariusza Ujka wybiegł sam przed Olszewskiego, ale strzelił w słupek. Jedenaście minut później gospodarze po raz kolejny trafili tylko w słupek. Tym razem po rozegraniu rzutu wolnego, zza pola karnego silnie uderzał Marcin Morawski.

- Rywale trafili raz w słupek, drugi, a my nic - nie mógł tego zrozumieć Ernest Konon. - Nie wiem, dlaczego - zastanawiał się białostocki napastnik. - Powinna zapalić się czerwona lampka, powinna być większa mobilizacja, a nie było.

Jeden strzał

W końcu jednak stało się to, co długo wisiało w powietrzu. Tomasz Łuczywek wrzucił piłkę ze środka boiska za plecy Krzysztofa Zalewskiego, a Hadis Zubanović pewnym strzałem z kilkunastu metrów pokonał Olszewskiego.

Piłkarze z Sosnowca osiągnęli to, co chcieli i zwolnili tempo gry. Dość niespodziewanie białostoczanie mieli okazję do bardzo szybkiej odpowiedzi. Już trzy minuty po stracie bramki z lewej strony boiska dośrodkował Jacek Chańko. Uderzenie z bliska Konona ładną interwencją na rzut rożny odbił jednak Marcin Bęben.

- Powinniśmy wyrównać - twierdził białostocki napastnik. - Ten bramkarz w życiu drugi raz takiego strzału nie obroni. Rzucił się instynktownie i odbił jakimś cudem tę piłkę.

To była pierwsza poważna próba strzału zawodników Jagiellonii. Niestety, także ostatnia.

- Może gdybym wtedy wyrównał, w końcówce wywalczylibyśmy nawet trzy punkty - mówił jednak Konon. - Zagłębie musiałoby dalej grać otwartą piłkę, a my lepiej od rywali wytrzymujemy spotkania kondycyjnie.

Ataki bez głowy

Po przerwie białostoczanie starali się odrobić stratę. Trener Nawałka przy linii bocznej nerwowo zachęcał ich do bardziej zdecydowanych ataków. Goście w sumie nawet przeważali, ale z ich gry niewiele wynikało. Nie potrafili wypracować sobie choćby raz porządnej pozycji do oddania strzału. Najczęściej w okolicach pola karnego gospodarzy tracili futbolówkę.

- Zamiast spróbować pograć piłką, graliśmy długimi podaniami do przodu - smucił się pomocnik Robert Speichler.

Sosnowiczanie tylko na to czekali. Raz za razem groźnie atakowali. Z tym że wciąż grali bardzo nieskutecznie, pod białostocką bramką brakowało im też zdecydowania. Zaraz po rozpoczęciu drugiej części pojedynku z bliska przestrzelił Wolański. W 72. min ten sam zawodnik trafił z dystansu w poprzeczkę, a dobitka Wojciecha Małochy była zupełnie niecelna. Dwukrotnie Olszewskiego wyręczył przed bramką Chańko. Gdyby nie jego interwencje, najpewniej Bartłomiej Chwalibogowski, a następnie Dawid Skrzypek ustaliliby wynik spotkania.

A tak Jagiellonia do ostatniego gwizdka sędziego mogła mieć nadzieję na wyrównanie. Niestety, jedyne, na co było ją stać, to robienie zamieszania pod bramką Bębna.



ZAGŁĘBIE SOSNOWIEC1 (1)
JAGIELLONIA BIAŁYSTOK0
STRZELEC BRAMKI

Zagłębie: Hadis Zubanović (31. - po podaniu Tomasza Łuczywka).

SKŁADY

Zagłębie: Bęben - Kłoda, Hosić, Treściński, Warakomski - Wolański (90. Malinowski), Morawski, Ujek Ż, Łuczywek - Zubanović (66. Chwalibogowski), Małocha (79. Skrzypek).

Jagiellonia: Olszewski - Kulig, Nawotczyński, Zalewski, Chańko Ż - Dzienis, Speichler, Markiewicz Ż, Sobolewski - Konon (62. Pawlak), Matys (62. Żuberek).

Sędziował (jako główny): Grzegorz Gromek (Warszawa). Widzów: ok. 4000.

Problemy kadrowe

Trener Adam Nawałka wciąż nie może wystawić optymalnego składu. Co prawda, wczoraj wrócił do zespołu Jacek Markiewicz, który w dwóch poprzednich meczach nie wystąpił z powodu nadmiaru kartek. Nie zagra jednak znowu w następnym spotkaniu - we wtorek przeciwko MKS-owi Mława - bo już w 15. min pojedynku w Sosnowcu po faulu na środku boiska otrzymał 11. upomnienie w sezonie. Teraz każde kolejne oznacza przymusową przerwę w jednym meczu.

Niestety, przed pojedynkiem okazało się, że kontuzja uniemożliwia występ innego podstawowego pomocnika, Dariusza Łatki.

- Już na początku poprzedniego meczu z Piastem doznałem kontuzji wiązadeł pobocznych kolana - tłumaczył Łatka. - Starałem się wyleczyć w tym tygodniu, liczyłem na to, że zagram. Z każdym dniem jest lepiej. Jednak dziś jeszcze za bardzo bolało. Może uda się zagrać we wtorek.

Na prawej stronie pomocy zagrał więc po raz pierwszy w tej rundzie od pierwszej minuty Mariusz Dzienis. Ponadto na ławce spotkanie rozpoczął Robert Kolasa, który powoli wraca do zdrowia po kontuzji. Mógłby zagrać tylko w przypadku konieczności. A że takiej nie było, Nawałka mógł dokonać tylko dwóch zmian, nie licząc bramkarza.

Czekali na kibiców

Spotkanie Zagłębia z Jagiellonią zostało opóźnione o 15 minut. Prosili o to kibice gości, którzy specjalnym pociągiem w liczbie około 300 wyjechali rano z Białegostoku. W Krakowie dosiadło się do nich jeszcze około 500 sympatyków zaprzyjaźnionej Wisły Kraków. Z powodu wysokiej temperatury i rozgrzanych torów nie mogli dojechać na stadion na zaplanowaną wcześniej godzinę. Obserwator Polskiego Związku Piłki Nożnej zgodził się na przesunięcie o kwadrans rozpoczęcia pojedynku na prośbę trenerów obu zespołów, Adama Nawałki i Krzysztofa Tochela. Kibice Jagiellonii i tak nie zdążyli na początek. Pod stadionem zjawili się po około półgodzinie gry. Co gorsza, nim na dobre znaleźli się w swoim sektorze w przerwie meczu, doszło do zamieszek z policją. Przed rozpoczęciem drugiej części spotkania, pilnowani przez kordony policyjne i służb ochroniarskich, zachowywali się już spokojnie.