Dudek i Liverpool z Pucharem Europy

Polski bramkarz wygrał dla Liverpoolu piąty w historii Puchar Europy! To był najbardziej niesamowity finał w dziejach Ligi Mistrzów. Rekordowy gol - Liverpool na deskach. Sześć minut, które wstrząsnęło Milanem - Liverpool ocalony. 30 tysięcy fanów z innej planety, którzy wstrząsnęli Stambułem - Liverpool znów żyje. Fantastyczne parady Jerzego Dudka, który obronił dwa karne, a wcześniej trzy strzały Andrija Szewczenki - ?The Reds? najlepsi w Europie!
Wiadomo już, dlaczego Hollywood nie zajmuje się futbolem. W taką bujdę na ekranie nikt by nie uwierzył. Maniacko skupione na bronieniu drużyny strzelają najwięcej goli w finale od 43 lat?

Z depeszy premiera Tony'ego Blaira do trenera Beniteza: "Niewiarygodne. Niezwykłe. Olśniewające". Kiedy polski bramkarz sparował rzut karny Szewczenki, najlepszego piłkarza świata 2004 roku, niektórzy kibice z Anfield Road padli na kolana. Kiedy Steven Gerrard całował najcenniejsze klubowe trofeum, wciąż klęczeli. Niektórzy zadarli głowy i bezgłośnie dziękowali niebiosom.

"Forma jest ulotna, klasa trwa wiecznie" - głosiła flaga Liverpoolu. Klubu, który przegrywał 0:3, wyrównał, przetrwał do rzutów karnych i zwyciężył. Klubu, który ledwie przeszedł eliminacje do LM, przegrywając z austriackim Grazer. Który odpadłby z rozgrywek jesienią, gdyby pięć minut przed końcem boju z Olympiakosem strzałem nie z tej ziemi nie ocalił go Gerrard. Który w Anglii przegrał z Boltonem, Birmingham, Newcastle, Burnley, Crystal Palace, Manchesterem City, Southampton, który był ledwie piąty w lidze. Który latem ma przejść rewolucję, bo trener uważa (uważał?), że połowa graczy to przeciętniacy niezdolni do epokowych triumfów.

Wisła? Nie, Liga Mistrzów

Wieczór rozpoczęło obowiązkowe trzęsienie ziemi, ale na thriller się nie zanosiło. Milan powalił Liverpool szybciej niż Lamon Brewster Andrzeja Gołotę. 52. sekunda, rzut wolny Andrei Pirlo, wolej Paolo Maldiniego, Dudek pokonany.

Tak szybki gol to rekord finałów. Taktyczny perfekcjonista Benitez dał się przechytrzyć? Jego piłkarze stracili bramkę po stałym fragmencie gry, jedynym momencie, kiedy można się idealnie ustawić, pieczołowicie zorganizować defensywę!

Fani z Anfield, ponoć najgłośniejsi w świecie, zamilkli. Nic dziwnego, takie filmy ogląda się w skupieniu, kontempluje. Piłkarze Milanu uwodzili chłodną elegancją, świadomością własnej wyższości, czarodziejskimi zagraniami piętą. Zachowywali się jak gang, który rabowanie banków zamienił w wyrafinowane dzieło sztuki - celebrujący każdy gest, każdy punkt doskonałego planu, upajający się własną klasą i rutyną. System zabezpieczeń trenera Beniteza zawodził. Zwłaszcza że do akcji wkroczył czynnik boski, czyli Kaka. Brazylijczyk dowodził Milanem - jedyny nowicjusz debiutujący w finale, ale fantastycznie zdolny. Kiedy dopadał piłki, pędził z nią przez pół boiska, a potem jeszcze wybierał najcelniejsze rozwiązania. To jego wyobraźnia dała Milanowi dwa gole Crespo.

Włoska obrona zdawała się nietykalna. A przecież trener Liverpoolu chciał dotrzymać słowa i grać ofensywnie, bo wystawił dryblera Harry'ego Kewella zamiast jak zwykle piątego pomocnika, skoncentrowanego na destrukcji Biscana lub Hamanna. Efekt? W przerwie stadion gorączkowo sięgał pamięcią wstecz. Kiedy to padł najwyższy wynik w finale? W 1960 roku, gdy Real Madryt pobił Eintracht Frankfurt 7:3? Czy padnie rekord?

Tak sugerował zdrowy rozsądek, tymczasem Liverpool zafundował nam coś, co podręczniki dla scenarzystów ze wzgardą odrzucają - zwrot akcji pełen nieprawdopodobieństw, którego rozumem objąć nie sposób. A jego fani trwali w uniesieniu, który ze zdrowym rozsądkiem nie ma nic wspólnego - przeszło setka postawiła w przerwie pieniądze na triumf swoich idoli, doprowadzając do rozpaczy bukmacherów!

I nastąpiło sześć minut, jakich Liga Mistrzów drugi raz nie zobaczy. A bramkarz Dida pewnie nie przeżyje do końca kariery. 360 sekund, trzy gole. W siatce zespołu, który tracił je w tej edycji raz na trzy godziny.

Najpierw strzał Gerrarda głową - uniósł dłonie i porwał cały stadion; kiedy sektory Liverpoolu ryknęły, okoliczne sejsmografy musiały oszaleć. Potem Szmicer z 20 m - ten sam Szmicer, którego reputacja tak podupadła, że miała wziąć go (za darmo!) nasza Wisła Kraków. Wczoraj zapomniał nawet zawiązać buty, więc Kewella zmienił z opóźnieniem. Wreszcie Xabi Alonso. Dida obronił jego strzał z karnego! Skapitulował po dobitce. 3:3.

Piłka tego wieczoru padała tylko do bramki, za którą siedzieli tifosi Milanu. Ktoś zasłabł, przyjechała karetka. Potem jeszcze raz. I trzeci.

Lepsi od Pelego

Faworyt śnił koszmar na jawie. Znów zaatakował wirus, który "La Gazzetta dello Sport" dawno zdiagnozowała jako "syndrom La Coruna". Objawy: trzęsące się nogi, trwoga w oczach, nagła niezdolność do wyrażenia swoich zdolności technicznych i taktycznych. Występowanie: kiedy Milan nabiera pewności, że zwyciężył, i jeden niespodziewany gol tę pewność niszczy. Tak było rok temu w La Corunii, gdzie Włosi przegrali w ćwierćfinale LM z Deportivo 0:4, choć wcześniej rozbili je 4:1. Tak było niedawno w Eindhoven, gdzie ocaleli w ostatnich sekundach, choć PSV ich zdeklasowało.

- Boję się, że ta psychoza będzie trwać - wzdychał trener Ancelotti. Wyglądał na zamroczonego. Włosi spytali premiera Berlusconiego, czy go zwolni. - Tego biedaka? Nigdy - odparł właściciel klubu.

Dogrywka. Przyzwoity hollywoodzki hit musi trwać dwie godziny. Faworyt ochłonął, nie oddawał Anglikom piłki, ale wreszcie zadziałał geniusz Beniteza. Hiszpan zmienił ustawienie, przed Dudkiem umieścił trzech obrońców (Hyypia, Carragher i Traore), których wspierali z obu flanek Riise i Gerrard.

I świat stanął na głowie. Polski bramkarz nie poddał się nawet, kiedy Szewczenko stał metr od niego i dwa razy potężnie strzelił - raz głową, raz nogą. Obronił też rzut karny Ukraińca, po którym stadion eksplodował, a na golkipera "The Reds" zwaliła się cała drużyna.

W reprezentacji Ukrainy Szewczenko grał z Dudkiem dwa razy. Za każdym razem go pokonywał. A takich okazji jak wczoraj nie miał! Dudek bronił jak w amoku, wykonywał dziwaczny taniec. Zatrzymał też Pirlo, największego speca od karnych w Milanie!

To był wyjątkowy dreszczowiec, suspense nie zgasł z ostatnią sceną - czy będzie sequel, czy Liverpool będzie bronił trofeum? Nowe przepisy tego nie gwarantują, a z Premier League "The Reds" nie awansowali.

UEFA podtrzymała wczoraj decyzję. Pytanie, czy odważy się odmówić Champions League piłkarzom, o których Diego Maradona - obecny na finale - powiedział: - Do tego, czego dokonali, nie byliby zdolni nawet brazylijscy mistrzowie świata z 1970 roku.

Dlaczego wybrał akurat drużynę Pelego i Jairzinho? Bo uchodzi za najwspanialszą w dziejach futbolu.

Najwięcej goli od lat

W finale Pucharu Europy po raz ostatni więcej bramek niż w Stambule padło w 1962 r., gdy Benfica Lizbona pokonała Real Madryt 5:3. Dzięki sukcesowi Liverpoolu Anglia dołączyła do liderujących w klasyfikacji zdobytych PE Hiszpanii i Włoch - po 10 triumfów (pięć "The Reds", po dwa Manchester Utd. i Nottingham Forest, jeden Aston Villa). Kolejne miejsca zajmują Holendrzy i Niemcy (po 6 zwycięstw).

AC MILAN - FC LIVERPOOL 3:3 (3:0, 3:3), karne 2:3

Bramki:

Milan - Maldini (1.), Crespo (39. i 43.)

Liverpool - Gerrard (53.), Smicer (56.), Alonso (60.)

Karne:

Milan - Serginho - przestrzelił, Pirlo - broni Dudek, Tomasson - gol, Kaka - gol, Szewczenko - broni Dudek

Liverpool - Hamann - gol, Cisse - gol, Riise - broni Dida, Smicer - gol

Składy:

AC MILAN: Dida; Cafu, Jaap Stam, Alessandro Nesta, Paolo Maldini; Gennaro Gattuso (112., Rui Costa), Andrea Pirlo, Kaka, Clarence Seedorf (86., Serginho); Andrij Szewczenko, Hernan Crespo (85., Jon Dahl Tomasson).

LIVERPOOL: Jerzy Dudek; Steve Finnan (46. Dietmar Hamann), Jamie Carragher, Sami Hyypia, Djimi Traore; Luis Garcia, Xabi Alonso, Steven Gerrard, John Arne Riise; Harry Kewell (22., Vladimir Smicer), Milan Baros (85., Djibril Cisse).

ŻÓŁTE KARTKI: Carragher, Baros (obaj Liveprool)

SĘDZIOWAŁ Manuel Enrique Mejuto Gonzalez

Czy Liverpool wygrał zasłużenie z Milanem?