Kto lepszy: Milan czy Liverpool?

- Milan ma w ataku klasowych graczy. Kaka, Szewczenko, Jon Dahl Tomasson - każdy z nich jest groźny, każdy skuteczny - chwali ofensywę rywali Jerzy Dudek. A jak przedstawia się porównanie wszsytkich formacji obu finalistów Ligi Mistrzów?
Bramkarze: Milan

A jednak Brazylijczycy, cudowne dzieci futbolu, dorośli. DIDA to żywy dowód, że nie wpychają już do bramki największych patałachów. Ten fantastycznie gibki, naturalnie uzdolniony atleta (zasięg ramion!) uchodzi za jednego z najlepszych w swoim fachu, choć pierwsze kroki w LM stawiał pokraczne, stanowiąc poważne zagrożenie dla własnej bramki. W tej edycji jego refleks wielokrotnie ratował Milan (passa 532 minut z czystym kontem!). Potrafi rzucić piłkę niemal pod pole karne rywala.

DUDEK woli kopać, zresztą nogami gra lepiej od Brazylijczyka. Trener ma pretensje, że zbyt asekurancko zachowuje się na przedpolu (to z kolei atut Didy), niechętnie opuszczając bramkę. W meczach z Juventusem i Chelsea bronił pewnie, ale nie miał okazji do nadludzkich wyczynów, więc wciąż prześladuje go reputacja skłonnego do głupich wpadek. Równie wspaniałej szansy, by zawstydzić krytyków, jeszcze w karierze nie miał. Niepokonany w LM od 297 minut.

Obrońcy: Liverpool

Dla piewców najszczelniejszej obrony świata, która rzekomo strzeże bramki Milanu, zabrzmi to świętokradczo, ale upływająca wiosna zmieniła kwartet mediolańskich półbogów w zwykłych ludzi. Choć MALDINI, NESTA i STAM zawsze świetnie walczyli o górne piłki, to Włosi zdumiewająco dużo goli tracą po dośrodkowaniach i strzałach głową. Czasem ogarnia ich wręcz wtórny futbolowy analfabetyzm. W ligowym hicie z Juve bezczynnie przyglądali się, jak zwycięską bramkę zdobywa Trezeguet, choć w polu karnym był sam; następnie obojętnie patrzyli, jak w poprzeczkę trafia słaby w powietrzu del Piero. CAFU uchodzi za niezniszczalnego, wciąż pokonuje na prawej flance maratońskie dystanse („ma dwa serca” - mówi trener Manchesteru United Alex Ferguson), a teraz może odetchnąć, że nie trafi znów na Lee Young-Pyo z PSV, który w półfinale wybrał Brazylijczyka na ofiarę swoich kuglarskich dryblingów. Przy Koreańczyku Riise raczej człapie niż biega.

Dida właśnie dlatego bywał bohaterem, że sprzątał po bałaganie zostawionym przez partnerów. Dudka koledzy uczynili nietykalnym, choć rynek czwórkę defensorów Liverpoolu wyceniłby niżej niż jednego Nestę. Na ich lidera pełną gębą wyrósł CARRAGHER, czyli chodzący wyrzut sumienia Gerrarda Houlliera. Poprzedni trener traktował go jak zapchajdziurę, co tydzień ustawiał gdzie indziej, nie dostrzegając w nim materiału na znakomitego stopera. Benitez ufa mu bezgranicznie, nigdy nie daje odpoczywać, nigdy nie ściąga przed ostatnim gwizdkiem. Jest niezastąpiony, ostatnio inspiruje nawet HYYPIĘ, który kroczył w przeciwnym kierunku - za Houlliera uchodził za opokę, by ostatnio konsekwentnie tamten wizerunek niszczyć. Bocznym obrońcom (FINNAN, TRAORE) czasem talentu nie staje, ale kiedy w pełni skoncentrowani wsłuchują się w telepatyczne sygnały od trenera, skutecznie wspierają partnerów.

Pomoc: Milan

Tutaj wszystko wydaje się jasne. PIRLO to włoska odpowiedź na Beckhama - prawej nogi mógłby używać zamiast kija na polu golfowym. KAKA to zabójczy melanż latynoskiej finezji z europejską świadomością, że wszystko, co się robi na boisku, musi mieć cel. GATTUSO nie tylko kipi energią, ale wyzwala ją w partnerach i fanach. Ostatnio nie starcza mu jej tylko dla SEEDORFA, który podczas gry wydaje się nieobecny, zdekoncentrowany, jakby zastanawiał się, co słychać w należącym do niego teamie motocyklowym. Zwalnia natarcia, byle jak podaje, a trener ma do niego nieuleczalną słabość i woli torturować kibiców, niż wymienić Holendra na kogoś bardziej zainteresowanego kopaniem piłki. Czeka na jego fenomenalne strzały z dystansu? One mogą przesądzić, ale może być i odwrotnie - czasem jeden gracz wystarczy, by zniweczyć wysiłek reszty.

A czasem wystarczy, by wszystkich zainspirować. GERRARD - płuca, serce i mózg Liverpoolu - zaraża drużynę entuzjazmem, ciągnie do ataku, umie natchnąć do niestrudzonej defensywy i wciąż nie odkrył granicy, poza którą musi odsapnąć, by mieć siłę kiwnąć palcem. Wytknąć można mu tylko słabszą grę głową, i to nie dlatego, że akurat tą częścią ciała strzelił niedawno Dudkowi samobója.

Ocenę jego kolegów komplikuje plaga kontuzji. Sprinter HARRY KEWELL w Leeds czarował dryblingiem jak Harry Potter, ale wtedy był zdrowy. XABI ALONSO chyba czyta przyszłość, bo potrafi zaskoczyć takim podaniem, że po prostu musi wiedzieć więcej. Obaj w tym sezonie grali mało, co bywało problemem, bo RIISE i BISCAN są chimeryczni, a LUIS GARCIA - nieodpowiedzialny. Ale kogo to obchodzi, kiedy Hiszpan ma to „coś” - strzela gole nie z tej ziemi (Juventusowi) bądź bezcenne (Chelsea)?

Atak: Milan

SZEWCZENKO i... wszystko jasne. Naprawdę „nikt nie jest doskonały”? Przyjrzyjcie się uważniej. Finał to dobra okazja, bo jupitery świecą mocniej niż zwykle, a Ukrainiec takie chwile uwielbia - wielka stawka, dzieje się historia, na plecach wzrok milionów ludzi. Taki ukraiński Boniek, tylko strzela więcej goli. Zasługuje na lepszego partnera niż CRESPO (wciąż nie odzyskał formy sprzed lat), TOMASSON (nigdy jej nie osiągnie) czy INZAGHI (permanentny pacjent).

W Liverpoolu też by go nie znalazł, bo BAROSZ - choć to król strzelców Euro 2004 - chyba jednak więcej chce, niż może, a CISSE częściej zmienia fryzurę, niż trafia do bramki. To akurat bezsprzecznie talent, usprawiedliwia go złamana noga, która zrastała się niemal sezon. Sęk w tym, że w finale nie dają bonusów za imponującą historię choroby. I wracamy do punktu wyjścia, czyli Szewczenki. Z kadrą Ukrainy grał przeciw Polsce i Dudkowi dwa razy. Za każdym razem strzelał gola. Do trzech razy sztuka?

Trener: Liverpool

BENITEZ, Benitez, Benitez. Od obwołanego Einsteinem futbolu Mourinho z Chelsea różni go tyle, że nie żąda dla siebie przywilejów papieskich, czyli dogmatu o nieomylności. To i ludzie go lubią. Taki przypadek, co to gwiazdę, owszem, do drużyny weźmie, ale nawet jakby podrzucić mu 11 ogrodowych krasnali, to poustawiałby je tak, że nie straciłyby więcej niż jednego gola.

ANCELOTTI też lubi porządek, ale, po pierwsze, gwiazdy Milanu to artyści, więc miewają kaprysy. No i zdobyli już wszystko. Po drugie, klubem rządzi Berlusconi. Jak premier chwyci w przerwie za komórkę, to pozostanie tylko uciszyć piłkarzy, notować rozkazy i wykonywać.

Wynik finału: 3:2

...dla Milanu, ale punkty za trenera liczą się w XXI wieku podwójnie, więc wychodzi remis. Potem dogrywka. Potem karne. I cały świat patrzy na Dudka.