Brewster - dobry człowiek z Indiany

Przeciwnik Andrzeja Gołoty w sobotniej walce to Lamon Brewster - dobry człowiek z Indiany. Mówi, że walczy w ringu, bo musi wyżywić dzieci. A między pojedynkami karmi też swojego kochanego pitbula - psa, który żyje, aby walczyć.
Niech nikogo nie zwiedzie wspaniały uśmiech, dobre słowo, luz Lamona Brewstera (31-2-0, 27 KO), jakie prezentował chętnie na treningu przed pojedynkiem z Gołotą. Ten człowiek wie, co to walka do upadłego. I wcale nie chodzi o to, że deklaruje młodzieńczą miłość do niepokonanego karateki Bruce'a Lee, że rozbił nogami mamie meble w Indianapolis, a następnie swój urodzinowy prezent - zestaw perkusji. Chodzi o to, że Lamon uciekł z murzyńskiego getta w Indianapolis, gdzie standardy zachowania dyktują strzelające do siebie gangi.

Pozytywnym efektem zdemolowania mieszkania było wysłanie Lamona do bokserskiego Riverside Gym w Indianapolis. O mały włos dzięki temu Lamon nie znalazł się na igrzyskach olimpijskich w Atlancie. Przegrał finał eliminacji z Davaryllem Williamsonem jednym punktem.

Czy Lamon naprawdę jest stworzony do boksu, jak mówi w wywiadzie?

Mam wątpliwości, choć trzeba przyznać, że jego zdolności ruchowe są olbrzymie. Na samotnym jak palec ringu w olbrzymiej, pustej hali United Center 32-letni Amerykanin tańczył w rytmie hip-hop, przedstawiając balet nie gorszy niż Teatr Bolszoj, jeśli ktoś chciałby go w Polsce oglądać. Następnie złapał za skakankę. Świstała w choreograficznym układzie bogatym jak w najlepszych boysbandach. Gdyby w sobotę walka odbywała się na pokazy skakankowe, Gołota byłby znokautowany w pierwszej rundzie. A znając Gołotę, można podejrzewać, że pęknie ze śmiechu i obije mu sympatyczną buźkę. Kilkunastu dziennikarzy stojących wokół ringu nie pękło, ale nagrodziło Brewstera gromkimi brawami. A jeden powiedział, że też by tak skakał.

W karierze Brewstera następowały wahania formy, które powodują, że nawet skakanka może mu nie pomóc w pojedynku z Gołotą. W 1997 r. męczył się przez pełnych osiem rund z niejakim Johnem Kiserem, który w swojej długiej karierze wygrał 11 razy, przegrał 17 i dwukrotnie zremisował.

Brewster mówi, że prawdziwe serce do walki pokazał nie tylko w walce z Władymirem Kliczką, którego znokautował w piątej rundzie, choć był wcześniej na deskach (pierwszy raz w życiu) i dostawał lanie przez cztery starcia. Serce do walki było potrzebne w walce z Cliffordem Etienne, byłym więźniem, niepokonanym wówczas ringowym rzeźnikiem. Brewster twierdzi w wywiadzie oraz na swojej stronie internetowej, że zerwał więzadła kolanowe w pierwszej rundzie, a mimo to nie chciał się wycofać. Przegrał na punkty. Jednak tuż po walce nic na ten temat nie mówił. Wersja o zerwanych więzadłach pojawia się później. Brewster nie tłumaczy też kontuzją porażki z niejakim Charlesem Shuffordem.

Pojedynek z Kliczką był bramą do bokserskiego nieba. Dwa tygodnie po rozpoczęciu obozu treningowego zmarł długoletni trener i przyjaciel Bill Slayton i Brewster był załamany. Kliczko był faworytem, ba, kasyna obstawiały zakłady 9-1, że Brewster zostanie znokautowany. Stało się odwrotnie.

Jak nie myśleć, że Brewster miał w tym pojedynku szczęście, skoro w następnej walce męczył się w Kalim Meehanem, Nowozelandczykiem, który myli boks z młócką cepami. - Lamon mówił mi, że jak ma uderzyć Kalego, widzi zdjęcie jego dzieci. Powiedziałem mu: "Ty zobacz tam lepiej zdjęcie swoich głodujących dzieci" - powiedział Sam Simon, menedżer Lamona Brewstera i jednocześnie współtwórca animowanego serialu komediowego "The Simpsons". Hmm, cytat jak z dyrektora fabryki mobbującego biednego zahukanego Homera Simpsona. Coś w Lamonie musi jednak być, skoro zajął się nim właśnie Simon - być może to, że Brewster znokautował pierwszych 20 z 21 przeciwników, w tym 13 w pierwszej rundzie.

Nie, Lamon to nie Homer Simpson. Niech nikogo nie zwiedzie wspaniały uśmiech, dobre słowo, luz...