Kontrakt stulecia dla Ronaldinho

130 mln euro za kolejnych 10 lat w Barcelonie - to oferta dla Ronaldinho, która niemal dwukrotnie przebija gaże galaktycznych z Madrytu (Zidane'a, Ronaldo, Beckhama). Ale Barca nie płaci tylko za piłkarski geniusz, ale też za wizerunek Brazylijczyka, który nawet fanom Realu kojarzy się pozytywnie.
Już w lutym prezes Barcelony Joan Laporta zaprosił na tajemniczą kolację brata (i menedżera) Ronaldinho. Z pozoru nie było powodów do rozmów, bo brazylijski piłkarz ma kontrakt z Barcą do 2008 roku. Ronaldinho z firmowym uśmiechem (zabacz zdjęcia) prowadził Barcę od zwycięstwa do zwycięstwa, na dodatek rozgłaszał, że tak jak w Katalonii nie był szczęśliwy nigdzie. Co więc niepokoiło Laportę?

Konflikt z wiceprezesem Sandro Rosellem, który nie tylko sprowadził Ronaldinho na Camp Nou, ale okazał się na tyle silną osobowością, by doprowadzić do kryzysu we władzach klubu. Zimą wydawało się, że Rosell jest na wylocie, a jest tak związany z brazylijskim graczem, że po zdobyciu tytułu mistrza Hiszpanii w ostatnią sobotę Ronaldinho pozdrawiał na trybunach właśnie jego. Powiedział potem, że chciał w ten sposób podziękować Rosellowi za transfer z Paryża (gdzie nie był szczęśliwy) do Barcelony.

Laporta obawiał się, że gdy wiceprezes odejdzie, może stać się najgorsze. Odejście piłkarza wybranego przez FIFA na gracza roku 2004 byłoby dla Barcelony i Laporty katastrofą. Kiedy jesienią właściciel Chelsea, Roman Abramowicz zaproponował Barcelonie za Ronaldinho 100 mln euro, otrzymał dopowiedź, że "on nie jest na sprzedaż, bo to dar od Boga". To była jednak odpowiedź poetycka, ale praktyczna? W tym sezonie Laporta nie musiał się jeszcze przestraszyć, bo klauzula odstępnego za Ronaldinho wynosi 150 mln euro, ale maleje i już w następnym sezonie wyniesie 120 mln, w kolejnym tylko 100, a potem zaledwie 80 mln euro. Wtedy Brazylijczyk byłby już w zasięgu Abramowicza lub innych. Takiej straty nie wybaczyłaby Laporcie Katalonia, a już 100 tys. socios na pewno nie (nowe wybory prezesa już za rok).

25-letni Ronaldinho jest wielkim piłkarzem, może największym w tej chwili, ale czy to wystarczający powód, by ryzykować aż 10-letni kontrakt i wydawać astronomiczną kwotę 130 mln euro? Tyle nie zarabia nikt, a Barcelona nie należy dziś do najbogatszych klubów, bo poprzednicy Laporty zostawili ją z 200-milionowym długiem.

Nie chodzi jednak tylko o klasę sportową. Każdy kibic patrzący na Brazylijczyka, ma uczucie, że obcuje ze sztuką. Barcelona i Ronaldinho przegrali w 1/8 finału Champions League z Chelsea, ale drugi gol Brazylijczyka na Stamford Bridge przejdzie do historii w odróżnieniu od zwycięskich bramek Gudjonsena czy Terrego. Milan, a nie Barca jest w finale Champions League, ale bramka, którą strzelił mu Ronaldinho przyćmiła trafienia Andrija Szewczenki. Na dodatek geniusz piłkarski Brazylijczyka wspierany jest jego charakterem. On odróżnia go od drugiej wielkiej gwiazdy Barcy Samuela Eto'o (najlepszy strzelec klubu i ligi). Ronaldinho nigdy nie fauluje, nie opowiada głupot w wywiadach, nikogo nie obraża, nie kłóci się z sędziami, szanuje rywali, i wciąż ma na ustach uśmiech, który przekonuje świat, że on na boisku nie zarabia na życie jak inni, ale po prostu kocha to, co robi.

To wszystko stwarza wizerunek idealny, za który sponsorzy gotowi są płacić miliony. I nawet nieprzepadający za Barceloną fan Realu Madryt przyzna, że Ronaldinho to gracz wielki. Niedawno Barca zakontraktowała tournée po Japonii, a gdy gospodarze dowiedzieli się, iż mistrz Hiszpanii przyjeżdża bez Ronaldinho (wystąpi wtedy z reprezentacją na Pucharze Konfederacji), natychmiast obcięli Barcy 350 tys. euro. Dla nich to strata, której nie zrekompensuje Eto'o, Deco, Xavi, czy ktokolwiek z asów w talii Rijkaarda. To wszystko wielcy piłkarze, ale prawdziwy geniusz jest tylko jeden.

Czy według Ciebie Ronaldinho wart jest takich pieniędzy?