Sport.pl

Sam Colonna - trener, który nigdy nie śpi

Sam Colonna - trener Andrzeja Gołoty - stoi za tym co ostatnio zdarzyło się z polskim pięściarzem: znakomitymi walkami, spokojem, koncentracją w ringu. Cóż, Sam to pewniak - dostarczy mistrza boksu i gazetę, nawet z kulą w plecach.
Stare przysłowie bokserskie mówi: Za każdym wielkim pięściarzem stoi wielki trener. Nawet jeśli Gołota nie jest wielkim pięściarzem, ma serce do treningu. Nawet jeśli Sam nie jest wielkim trenerem, ma serce do pracy.

Dotychczas Gołota, który w sobotę stanie do czwartej próby zdobycie tytułu mistrza świata wagi ciężkiej wersji WBO z Lamonem Brewsterem, miał mieszane szczęście do trenerów. Mieszane, czyli jednego miał dobrego, resztę nie.

Zaczął od Sama Colonny i to było trafieniem w dziesiątkę.

Gołotę przyprowadził do Windy City Gym Marek Piotrowski, były mistrz świata w kickboksingu. Z Samem Gołota pojechał na pierwszą walkę do Millwaukee, gdzie wcale nie byli główną atrakcją. W knajpie okładali się bowiem pięściami klienci, za 50 dol za rundę. Między nimi Gołota z niejakim Rooseveltem Shulerem, też pierwszy raz walczącym za pieniądze.

W pierwszych 20 pojedynkach z Colonną Gołota znokautował 18 przeciwników.

Potem, od końca 1994 roku, pięściarzem zajmował się słynny Lou Duva. Jak mówił w rozmowie z "Gazetą" Gołota: - Lou kochał kamerę i na obozach cały czas były jakieś ekipy telewizyjne. On ani chwili nie poświęcał czasu na trening.

Ostatnim wynalazkiem Gołoty i jego menedżera Ziggy Rozalskiego był Al Certo, sąsiad Rozalskiego z Jersey City. Al trenował znanego pięściarza Buddy McGirta, a poza tym zajmował się szyciem i szkoda, że z tego zrezygnował. Można powiedzieć, że uszył Gołocie niezłe buty. Polski pięściarz uciekł z ringu przed Mike'm Tysonem po drugiej rundzie w 2000 roku. Wydawało się, że kariera pięściarza jest skończona. - Bo ja mam tylko boks - powiedział jednak we wtorek pięściarz zapytany o powód powrotu do ringu przed dwoma laty.

Kiedy wspinałem się do Windy City Gym po zapyziałych schodach, kiedy otwierałem wahadłowe drzwi z dykty i wchodziłem do byłej fabrycznej hali upstrzonej starymi plakatami, w której unosił się słodkawy zapach potu, wyobrażałem sobie jak robił to Gołota, jak musiał się czuć, pobity i upokorzony, wracający do swojego starego trenera, porzuconego siedem lat wcześniej. - Zobaczyłem go i postanowiłem, że go zignoruję - mówił w poniedziałek "Gazecie" Colonna.

- Gołota trenował długo sam - opowiadał w poniedziałek "Gazecie" Willie Williams, 80-letni, czarnoskóry menedżer sali w okularach grubych jak obiektywy aparatu fotograficznego. - To trwało chyba ze dwa miesiące. Sam najpierw dał mu jednego trenera, ale sam nie chciał pracować z Gołotą.

Gołota ćwiczył i ćwiczył. - W końcu pomyślałem, że chyba jednak się nim zajmę. Ja go wychowywalam i wiedziałem, co się dzieje w jego głowie - mówił Colonna. - Tamci, Duva, Certo byli trenerami, ale nie znali go, nie chcieli poznać. A jak się psiaka wychowuje od małego, to jak już jest duży, wiadomo o nim wszystko po minie, i wyrazie oczu.

Dwie cechy Sama spowodowały, że zapomniał o odwróceniu się od niego Gołoty w 1994 roku.

Sam potrafi docenić pracę i nie widzi sensu życia bez boksu.

Sam wstaje codziennie o 3-4.30, siedem dni w tygodniu, bo jako współwłaściciel firmy dystrybucji prasy Archer News Agency pomaga rozrzucać dziennik "Chicago Sun-Times" po okolicach Chicago - Bridgeport, McKinley Park i Brighton Park. - Ja wiem, że dostarczanie prasy i boks mają coś wspólnego. Wspólne jest poświęcenie. W dystrybucji trzeba wstawać o 3, 4 rano i jechać przed świtem na miasto, czy śnieg, czy deszcz. Mam wielu chętnych, którzy mówią, że chcą rozwozić gazety. "OK., mówię. Przyjeżdżaj, mam dla ciebie miejsce i dobrze płacę". Ale niewielu wytrzymuje dłużej. Podobnie w boksie. Wielu pięściarzy ma talent, ale brak im serca do pracy.

Sens życia - praca i boks. W 1985 roku omal i jedno i drugie się nie skończyło na zawsze. Trzeba tutaj wiedzieć, że Windy City Gym i rewiry Colonny to dzielnice w których wieczorem lepiej się nie zapuszczać. Życie jest tutaj mało warte. Do Colonny, syna emigrantów z włoskiej Kalabrii, ktoś strzelił w plecy. Kula zniszczyła nerw i lekarze powiedzieli, że może nigdy już nie chodzić. Po roku rehabilitacji Sam zaczął utykać o lasce, co było ogromnym sukcesem, jeśli nie cudem. - Nie mogłem znieść poczucia, że już nigdy nie wejdę do ringu i nie będę pracować z pięściarzem. W końcu miałem dość. Odrzuciłem laskę na 30 metrów. Raz kozie śmierć - powiedział w Chicago Sun-Times w 1999 roku.

Po kolejnych tygodniach i miesiącach Sam zaczął wchodzić na schody Windy City Gym bez asysty młodych pięściarzy, a potem nawet bez laski. - Mój najszczęśliwszy dzień w życiu nastąpił, kiedy po raz pierwszy od napadu wszedłem do ringu i założyłem rękawice treningowe. Zawsze byłem w tym dobry, i czułem, że ich brak na moich rękach mnie zabijał. Po kilku minutach pracy w ringu wyglądałem jakbym przebiegł 10 mil. Byłem mokry i szczęśliwy.

Ale prawdziwe szczęście przyjdzie, gdy 44-letni trener zdobędzie ze swoim pięściarzem - Andrzejem Gołotą - tytuł mistrza świata.