Krótka historia konfliktów w meczach Prokom - Anwil

Ciosy, ataki, uderzenia. Przebity na wylot policzek, seria niesportowych fauli, trener powalony na parkiet przez zawodnika, pobita żona koszykarza przez jednego z ochroniarzy. Tak wyglądała rywalizacja sopocko-włocławska w ostatnich latach.
Nie mam pojęcia skąd się to wszystko bierze. Można powiedzieć, że zawodnicy obu zespołów się "gotują" - przyznaje dyrektor marketingu włocławskiego klubu Arkadiusz Krygier.

Rok 2003, czyli atak na żonę

Najpierw doszło do starcia Igora Milicicia - wtedy rozgrywającego Anwilu, a wyższego o głowę Gorana Jagodnika. Ten drugi uderzył Chorwata w splot słoneczny. - Zupełnie bez powodu. Nic mu nie zrobiłem, może był sfrustrowany? - zastanawiał się wtedy Milicić, który przez kilka dni odczuwał efekty starcia ze Słoweńcem. Jagodnik musiał za uderzenie zapłacić karę - 3 tys. zł.

W finale, który okazał się zwycięski dla Anwilu, raz za razem dochodziło do starć. W czerwcu w Hali Mistrzów najpierw doszło do serii kopnięć leżącego na parkiecie Tomasza Jankowskiego. Ówczesnego skrzydłowego sopocian zaatakował Tomas Pacesas, wtedy rozgrywający Anwilu, a dziś Prokomu-Trefla. - Nasze mecze to jak bitwa - tłumaczy obecnie litewski obrońca.

Ale wtedy najbardziej ucierpiała żona... Tomasa Masiulisa. Po jednym ze spotkań oczekiwała na swojego męża w korytarzu pod szatnią gości. Ochroniarze chcieli ją wyprowadzić, ale ta głośno protestowała przeciwko wyprowadzeniu jej z obiektu na zewnątrz. Słabo mówiła jednak po polsku a mężczyźni zdecydowali się użyć siły. Wykręcili jej ręce i wyprowadzili niczym przestępcę, choć płakała próbując dzwonić do męża. Kiedy przed halę wybiegł wściekły Masiulis, rzucił się w kierunku ochroniarzy żądając wytłumaczenia sytuacji. Przegrana walka z Anwilem w ostatnim meczu finału najbardziej sfrustrowała Jagodnika. Pięć sekund przed końcem, gdy włocławianie prowadzili różnicą czterech punktów i mieli piłkę, wściekły Słoweniec, który już wcześniej popełnił piąty faul, niespodziewanie wbiegł na boisko wprost z ławki i sfaulował kozłującego spokojnie Andrzeja Plutę.

Rok 2004, czyli chciał go sfaulować

Rok temu obie ekipy spotkały się w półfinale. Mnożyły się ciosy, popchnięcia i uderzenia. Ucierpiał szkoleniowiec sopocian Eugeniusz Kijewski - w Hali Mistrzów na dwie minuty przed końcem czwartego spotkania litewski skrzydłowy Anwilu Donatas Zavackas stracił piłkę tuż przy ławce rezerwowych gości. Wściekły podbiegł do trenera rywali i mocnym odepchnięciem powalił zaskoczonego Polaka na parkiet. Natychmiast został wyrzucony z boiska, a później zdyskwalifikowany na dwa miesiące. Jego rachunek bankowy został uszczuplony o 13 tys. zł kary.

Cios Litwina nie był jednak jedynym z serii wielu nieczystych zagrań zawodników obu zespołów. Wcześniej w ferworze walki w rywalizacji włocławsko-sopockiej ucierpieli Duszan Jelić (wtedy grający w Prokomie, obecnie w Anwilu), który doznał skręcenia kostki w przepychance podkoszowej, oraz kluczowi zawodnicy Anwilu. Duszan Bocevski po zderzeniu z Tomasem Masiulisem doznał kontuzji kolana, które musiało zostac unieruchomione. - To było zrobione specjalnie - irytował się Macedończyk tuż po kontuzji. Później tonował nastroje. - Na tym polega walka prawdziwych mężczyzn. Gramy ostro. Tu nikt się przed niczym nie cofnie - podkreślał. Rok temu kłopoty ze zdrowiem na skutek walki z Masiulisem miał też Robert Witka. Po starciu z Litwinem doznał wstrząsu mózgu i przebicia policzka na wylot. Dla Gatisa Jahovicsa walka w półfinale zakończyła się zwichnięciem barku.

Najgorzej starcie z sopocianami wspomina Tomas Nagys. W półfinałowej serii spotkań Litwin, tuż przed zakończeniem zwycięskiego dla Anwilu spotkania, wyskoczył w powietrze by zebrać piłkę. W tym samym czasie z premedytacją pchnął go Słoweniec, a koszykarz Anwilu upadając doznał złamania kości strzałkowej. Nie mógł już brać udziału w rywalizacji. Jagodnik nie przeprosił. - Nie ma za co. Chciałem go sfaulować, a nie zrobić krzywdę, więc nie widzę powodów - powiedział wtedy. - To było chore. Nienormalne. Nie mam nic do Jagodnika jako człowieka, ale to co wtedy zrobił... Nie potrafię tego wytłumaczyć - odpowiadał Nagys.

Sopocianie zgodnie odpierali zarzuty, że grają zbyt ostro. - My? To Anwil bije nas, gdy tylko może - odpowiadał Darius Maskoliunas. - My też jesteśmy poszkodowani, tylko nikt na to jakoś nie zwraca uwagi - dodawał Masiulis.