Felieton Marcina Wesołka o Pawle Kaczorowskim

Niewiele jest przykładów na to, jak piłkarz niechciany w zespole walczącym o utrzymanie się w lidze, staje się kluczową postacią drużyny, która bije się o europejskie puchary. Jednym z nich jest Paweł Kaczorowski.

W Lechu wiodło mu się średnio. Jesienią zagrał co prawda w jedenastu meczach ligowych, ale rzadko przebywał na boisku pełne 90 minut. Zimą rozstał się z Poznaniem. W klubie mówiono, że "Kolejorza" nie stać na Kaczorowskiego, który miał jeden z najwyższych kontraktów w klubie. Ale pewnie nawet jeśli ten piłkarz zarabiałby o połowę mniej, nikt w Lechu na siłę by go nie zatrzymywał.

Tymczasem wiosna w wykonaniu Kaczorowskiego pokazuje, że warto było starać się o to, by ten piłkarz został na Bułgarskiej. Kaczorowski pokazał bowiem, że jest prawdziwym twardzielem, nie tylko na boisku, ale też poza nim. Nie przeprosił kibiców Legii, za to, że śpiewał wraz z całym zespołem obraźliwe piosenki po finale Pucharu Polski. Nie zrobiły na nim wrażenia demonstracje kibiców, rzucających w geście dezaprobaty na boisko gumowe kaczuszki. On najpierw przebił się do pierwszego składu Legii, by już po kilku meczach mieć w tym składzie pozycję niepodważalną. Wreszcie w sobotę pogrążył swego niedawnego pracodawcę - wypracował pierwszą bramkę, asystował przy drugiej w meczu Legii z Lechem na Łazienkowskiej.

Nie wiem, czy Lech powinien płacić grube tysiące co miesiąc Kaczorowskiemu. Wiem za to, że jeden Świerczewski w Lechu to za mało, by walczyć o coś więcej, niż utrzymanie się w ekstraklasie.