Legia Warszawa - Lech Poznań 3:0 (2:0)

"Trójka do zera, trafiła Legia frajera" - śpiewali ludzie zgromadzeni na stadionie przy ul. Łazienkowskiej. Lech Poznań przegrał w Warszawie wyjątkowo łatwo.
Początek miniserialu, czyli trzech pojedynków Lecha z Legią w ciągu 11 dni, nie pozwala mieć nadziei, że w kolejnych odcinkach doczekamy się jakichkolwiek emocji. Warszawiacy, choć byli ostatnio w głębokim kryzysie (sześć meczów bez zwycięstwa, po kiepskiej grze), zaprezentowali się na tle Lecha niczym wirtuozi futbolu. "Kolejorz" wyglądał tak, jak przez większość szczęśliwie wygranego pojedynku z Odrą Wodzisław, czyli słabiutko.

Nie wiem, nie wiem

Problem w tym, że przeciętna tej wiosny Legia była dla poznaniaków o wiele bardziej surowym egzaminatorem. Przed wyprawą do Warszawy lechici podkreślali, że będą chcieli przetrzymać bez straty gola pierwszą połowę, bo w drugiej części Legię łatwiej pokonać. Założenie całkiem słuszne, tylko że w sobotę wieczorem nie było wiadomo, czy piłkarze Lecha zdawali sobie sprawę z tego, co powiedzieli. A może wiedzieli, co mówią, tylko nie potrafili tego wykonać. Efekt był taki, że po dwóch indywidualnych błędach już w 11. min było 2:0 dla gospodarzy.

Najpierw zawinił debiutujący w Lechu Matias Favano. Argentyńczyk nie zablokował Wojciecha Szali (pokazał lechitom, jak obrońcy powinni włączać się do akcji ofensywnych), a ten dokładnie dograł do Bartosza Karwana. Nie minęło 120 s, a Krzysztofa Kotorowskiego "przećwiczył" Tomasz Kiełbowicz. Strzał z ostrego kąta, oddany w tzw. krótki róg nie powinien zakończyć się golem. Bramkarz Lecha źle się ustawił i nie miał szans na interwencję.

Ale mylili się nie tylko Kotorowski z Favano. Cały Lech, no może poza harującym Piotrem Świerczewskim, wyglądał w Warszawie bardzo nieporadnie. Raziła nerwowość. Środkowi obrońcy zbyt lekko zagrywali piłkę w stronę własnej bramki i omal nie asystowali przy golach dla Legii. Zamiast zapowiadanej uważnej gry w obronie od pierwszych minut obserwowaliśmy chaos i niepewność lechitów. Znowu! Poznaniacy w meczu w Płocku stracili pierwszego gola w 5. min, na stadionie Cracovii - w 2. min...

Jaka jest tego przyczyna? Gdyby posłuchać diagnoz piłkarzy Lecha, o głęboką analizę byłoby nader trudno. Najczęściej słychać bowiem odpowiedź: - Nie wiem.

Otóż to - nikt nie wie, co jest przyczyną. Słabość graczy, z których tej wiosny składa się zespół Lecha, czy też słabość taktyczna? A może jedno i drugie.

Były okazje

Najgorsze jest jednak to, że lechici mogli bardzo szybko odpowiedzieć Legii na jej pierwszą bramkę i wrócić do gry. W 10. min błąd popełnił bramkarz Artur Boruc, który zderzył się z Krzysztofem Gajtkowskim i wypuścił piłkę. Jednak Piotr Reiss, zamiast do opuszczonej przez Boruca bramki, trafił w Veselina Djokovicia. Mimo że Lech atakował Legię najwyżej pięcioma piłkarzami (co robili wtedy skrajni obrońcy?!), miał kilka okazji bramkowych. Dwie zmarnował Gajtkowski - raz nie zdecydował się na strzał z kilku metrów, a tuż przed przerwą silnie uderzył w Boruca.

Kilka minut po zmianie stron pozwalało mieć nadzieję, że Lech zdobędzie w końcu kontaktową bramkę. Nic z tego. Po zagraniach Gajtkowskiego Reiss najpierw strzelił obok słupka, a kilka minut później Boruc puścił piłkę pod brzuchem, ale ta wyleciała za boisko. - Nie mogę zakończyć kariery bez gola strzelonego na Łazienkowskiej - zapowiedział kapitan Lecha.

Kaczorowski odżył

W odpowiedzi - jedyny w drugiej części celny strzał Legii dał jej trzecią bramkę, zresztą po efektownej akcji Aleksandra Vukovicia i Pawła Kaczorowskiego. Tego drugiego jeszcze jesienią ubiegłego roku nikt go nie chciał na Bułgarskiej i Lech bez żalu oddał go Legii. Teraz Kaczorowski jest jednym z najlepszych piłkarzy trzeciej drużyny ligi. Kibice z Łazienkowskiej nadal nie mogą mu jednak wybaczyć, że jeszcze w barwach Lecha śpiewał w Warszawie piosenki antylegijne. "Nigdy nie będziesz Legionistą" - mógł przeczytać Kaczorowski na jednym z transparentów.

Przez ostatnie pół godziny przykro było patrzeć, jak poznaniacy bezmyślnie biegają za piłką. Legioniści grali już wtedy na luzie, a ich kolejne celne podania publiczność nagradzała głośnym "Ole! Ole!"

Lech do bicia

Kilkanaście minut po zakończeniu meczu lechici wyszli na tradycyjne rozbieganie. Niemal rok temu poznaniacy świętowali na Łazienkowskiej zdobycie Pucharu Polski. Teraz byli przygnębieni, bo styl porażki z Legią był fatalny. - Musimy to odrobić u siebie z Zabrzem i Łęczną - mówił Reiss do kolegów.

Zastanawiająca jest ta wiara lechitów, że można utrzymać się w lidze bez choćby punktu przywiezionego z obcych boisk. "Kolejorz" jest w tym roku (wraz z Zagłębiem Lubin - 0 pkt w trzech meczach) najgorszym zespołem ekstraklasy w spotkaniach wyjazdowych. Nawet outsiderzy ligi z GKS Katowice mają na koncie punkcik wywalczony w Płocku.

Przecież wspomniani Górnicy z Zabrza i Łęcznej są tej wiosny w wyjątkowej formie. Skąd założenie, że właśnie na nich uda się zdobyć punkty niezbędne do uniknięcia baraży? Na pewno podstaw do takiego rozumowania nie daje forma Lecha.

Przykre jest to, że takie zespoły, jak Amica Wronki i właśnie Legia, targane potężnymi kryzysami, nie potrafią wygrywać meczów niemal z nikim. Nawet z zespołami z dołu tabeli. Z wyjątkiem Lecha, bo to akurat jest tej wiosny łatwe.

LEGIA WARSZAWA3 (2)
LECH POZNAŃ0 (0)
Strzelcy bramek

Legia: Karwan dwie (9. min, po podaniu Szali, 60., po zagraniu Kaczorowskiego), Kiełbowicz (11., z rzutu wolnego po faulu Lasockiego na Sokołowskim II)

Składy

Legia: Boruc - Sokołowski II, Szala, Rzeźniczak, Kiełbowicz - Magiera, Djoković (86. Choto) - Kaczorowski, Vuković (72. Smoliński), Karwan (78. Sokołowski I) - Saganowski.

Lech: Kotorowski - Kuś (23. Topolski), Wójcik, Mowlik, Lasocki - Jakubowski Ż, Favano, Świerczewski, Sasin (60. Zakrzewski) - Reiss, Gajtkowski (65. Nawrocik).

Widzów ok. 8 tys. (ok. 200 kibiców Lecha)

Sędzia: Robert Małek (Katowice)

Legia - Lech

15strzały8
5strzały celne6
16faule20
6rzuty rożne4
11spalone1
2słupki i poprzeczki0