Sport.pl

Liga Mistrzów a sprawa polska

Finał Liverpool - Milan brzmi zwyczajnie, to słynne firmy, ale tak naprawdę tej wiosny wciąż oglądamy festiwal sensacji i futbolową rewolucję. Albo my, Polacy, wreszcie się do niej przyłączymy, albo już zawsze wielką piłkę będziemy oglądać w telewizji.
Nie, to nie jest ping-pong. To Champions League, najwspanialszy futbolowy spektakl naszych czasów, który wymyśliła Europa i w którym Europa - wspierana przez Amerykę Południową - zawsze rozdawała karty. Azjaci odbijali raczej celuloidową piłeczkę. Tymczasem w środowy wieczór, gdy Eindhoven demolował znacznie bogatszy Milan, by ostatecznie odpaść z LM, najszczelniejszą defensywę świata rozmontował Park Ji-Sung i strzelił pierwszego gola. Drugiego wypracował Lee Young-Pyo.

Wciąż łamiemy sobie języki na ich nazwiskach, ale to ci sami Koreańczycy wzniecili rewolucję trzy lata temu podczas mundialu. Pobili Polaków, Portugalczyków, Hiszpanów, Włochów, dotarli do półfinału. Potem przyszła poprzednia edycja LM zwieńczona sensacyjnym triumfem FC Porto. Wreszcie mieliśmy mistrzostwa Europy, które chyba nam się przyśniły. Przecież to niemożliwe, że wygrali Grecy.

25 maja w Stambule zagra Liverpool, czyli - statystycznie biorąc - najgorszy finalista w dziejach, w kraju tracący aż 33 punkty do lidera ligi. Zmierzy się z wielkim faworytem Milanem, ale Milan nie ocalał dzięki swej słynnej wyrafinowanej defensywie i przebiegłości, lecz dzięki łutowi szczęścia. Piłkarze z Eindhoven całymi minutami bawili się z nimi w kotka i myszkę, nie chcieli oddać piłki, nacierali z finezją i rozmachem.

Nie dla piłkarza kiełbasa

Wszystkie te cuda czynili Guus Hiddink, Otto Rehhagel, José Mourinho i Rafa Benitez. Wybitni trenerzy o różnej przeszłości. Dwaj pierwsi to stare wygi, które idą z duchem czasu i wciąż się rozwijają. Dwaj ostatni to nowa generacja - typ szalonych naukowców, którzy nigdy nie umieli grać, ale poświęcili futbolowi życie. Mourinho analizował taktykę rywali dla ojca trenera już jako 14-latek.

Co ich łączy? Nie wypuszczają z rąk laptopa, strategię pracy nowemu pracodawcy prezentują w programie PowerPoint, w styczniu wiedzą, co piłkarze będą robić w 47. minucie treningu 28 kwietnia. Monitorują ich dietę, świeżo pozyskanych wysyłają na regularne sesje z psychologiem, by mieć pewność, że adaptacja w nowym środowisku przebiega właściwie. Wierzą, że w futbolu liczy się każdy detal, a mecze ich drużyn wywołują wrażenie, że telepatycznie sterują zachowaniem graczy. Są wszechwiedzący, ale cały czas się uczą. Benitez zrobił sobie pięć lat temu roczne wakacje, by we Włoszech i Anglii zgłębiać tajniki odmiennych stylów gry. Mourinho zaczął studiować języki obce, kiedy zabrakło mu literatury fachowej we własnym.

Tacy ludzie czują, że w pełni kontrolują sytuację. Kiedy w środę Hiddink na ofensywną roszadę trenera Milanu odpowiedział wymianą obrońcy na napastnika, jego ruch wydawał się samobójczym zuchwalstwem. A jednak PSV było o krok od triumfu. Zadecydował jak zwykle szczegół - gola dającego Milanowi awans strzelił Massimo Ambrosini, rezerwowy, który miał siedzieć na ławce i prawdopodobnie nie był tak precyzyjnie rozpracowany przez Holendrów, jak reszta rywali. Już kilka minut wcześniej uderzał głową w polu karnym, bo gospodarze pilnowali wszystkich prócz niego.

O wynikach przesądzają niuanse, dlatego trenerzy o niuanse dbają. Tu zbliżamy się do sprawy polskiej. U nas do dziś wszyscy śmieją się ze szkoleniowca Wisły Kraków Wernera Liczki, że zagląda graczom do talerzy. Polecam wspomnienie Tony'ego Cascarino, który wyjaśnia, co się zmieniło od czasów, kiedy grał w Chelsea. Jeśli podczas zajęć sprzed lat - jak opowiada Irlandczyk - asystent trenera trzymał w ręku długopis i notatnik, to znaczyło, że zaraz spyta: "To co ma być? Pięć kanapek z bekonem, sześć kiełbasek, chleb i dziesięć paczek biszkoptów?".

Nie chcę fetyszyzować diety, rzucam tylko przykładem, choć w takim np. Milanie właśnie dieta i wsparci wysoką technologią fachowcy od przygotowanie fizycznego zredukowali liczbę kontuzji mięśniowych o 90 proc. To dlatego dobijający czterdziestki mediolańscy obrońcy wciąż biegają jak młodzieniaszkowe, to nie pogoda w Lombardii czyni ich niezniszczalnymi.

I my możemy mieć Farfana

Wiem, na laboratorium, jakie posiadają rossoneri, nikogo w Polsce nie stać. Tyle że w czasach, gdy zachodni zawodowiec wie, ile bananów i plasterków szynki powinien zjeść na śniadanie, u nas wciąż krążą opowieści o czołowym pierwszoligowcu, który rozpija pod blokiem flaszkę z kolegą, też piłkarzem.

W tle tej ponurej rzeczywistości słychać nieustające smędzenie, że pieniędzy mało, a bez pieniędzy wielkiej piłki nie będzie. Pewnie tak, ale Jefferson Farfan kosztował PSV Eindhoven 1,5 mln euro. Tyle Wisła Płock żąda za Ireneusza Jelenia. I nawet jeśli nikt tyle nie da, to oby ktokolwiek w Polsce znalazł trzy razy tańszego obcokrajowca, który będzie tylko trzy razy mniej utalentowany od Peruwiańczyka.

- Dawno temu znaleźliśmy kogoś, o kim nikt ani w Holandii, ani w Europie nie słyszał - mówił tajemniczo Hiddink po transferze Farfana. Można znaleźć i następnych Farfanów, lecz nie za pośrednictwem grupki podejrzanych agentów i po krótkich wypadach do ciepłych krajów. Za granicą trzeba znajdować stałych współpracowników, którym można ufać. Którzy będą śledzić zdolnego juniora miesiącami, upewnią się, czy się rozwija, czy drzemie w nim to "coś". Nawiasem mówiąc, jak to możliwe, by Henryk Kasperczak po latach pracy w Afryce nie znał nikogo, kto pomógłby penetrować tamtejsze rynki?

Belgijskie Beveren to nie są krezusi, a żyją ze ściągania nastolatków z Wybrzeża Kości Słoniowej. Mają ich w kadrze 16, płacą im 60 tys. euro rocznie (to przeciętna płaca w polskiej lidze) i sprzedają bogatszym. W tym roku za Gillesa Yapi Yapo (Nantes), Yayę Toure (Metalurg Donieck) i Emanuela Eboue (Arsenal!) dostali sześć sześć milionów euro!

By zebrać siatkę współpracowników, nie wystarczy mówić po polsku, i to jest kolejny problem. Hiddink pytany, jak radzi sobie z istną wieżą Babel w drużynie, wzruszył ramionami i rzucił, że zna pięć języków. Bez nich nie sposób ani bywać w świecie wielkiej piłki, ani być na bieżąco z nowinkami, np. czytać fachową literaturę (jakby ktoś szukał, to reklamują ją nawet w "World Soccerze").

Nie chcę znów znęcać się nad nestorami polskiej myśli szkoleniowej w Polskim Związku Piłki Nożnej, bo wytykać cokolwiek ludziom wciąż mentalnie tkwiącym w PRL-u, to jak bić się z workiem treningowym. Nie mogę się jednak pogodzić się z tym, że na totalnym otwarciu świata piłki - świata bez granic - zyskali wszyscy, tylko nie Polacy. Zanim Hiddink zabrał do Europy Koreańczyków, pojechał tam i nauczył ich grać. My też musimy wreszcie zaprosić mądrzejszych od siebie, może otworzyć centrum szkolenia, niech tam obcokrajowcy rozszerzają horyzonty polskiej myśli szkoleniowej.

Pieniędzy, owszem, brakuje. Ale nade wszystko brakuje know-how. Niedługo łatwiej będzie do Korei pójść pieszo niż pokonać ją na boisku.