Rafał Stec: Sceny z życia małżeńskiego

Trener Liverpoolu Rafa Benitez nawet we śnie ruga piłkarzy, którzy się go nie słuchają, a czyni to ponoć z takim wigorem, że jego żona rzadko kiedy może zmrużyć w nocy oko.
Nie wiadomo, czy i Dudek się nie słucha, senora Montse nazwisk, niestety, nie ujawnia. W każdym razie jej podkrążone oczy służą za koronny dowód na trafność pogłosek, iż Benitez to jeden z tych nieuleczalnych obsesjonatów, co to narzekają na to, że czasem trzeba jeść, więc nie mogą w pełni poświęcić się futbolowi. W klubie spędza 10 godz. dziennie. Wracając, zapomina - jak sam przyznaje - o brytyjskim dziwactwie jeżdżenia lewą stroną szosy, bo analizuje inne zwyczaje - taktyczne - w których lubują się rywale Liverpoolu. W domu relaksuje się przy wideo z wielkimi meczami "The Reds" w latach 70. i opowiada żonie, co słychać na Anfield Road. Słowem, nawet meble w kuchni najchętniej ustawiłby w systemie 4-4-2.

Po Europie krążą legendy o futbolowym maniactwie prowadzącego Chelsea José Mourinho, tymczasem trener Dudka to ten sam typ, klon Portugalczyka, oddychający piłką przebiegły supertaktyk, tyle że odrobinę mniej utytułowany. Odrobinę, bo w zeszłym roku zdobył z Valencią Puchar UEFA i mistrzostwo kraju, czyli to samo, co dwa lata temu Mourinho osiągnął z Porto, przymierzając się do triumfów w Lidze Mistrzów.

Mourinho zresztą wyraźnie wyczuwa w Benitezie pokrewną duszę, docenia jego warsztat, bo przed środowym półfinałem Ligi Mistrzów wypowiadał się o nim z szacunkiem, a w jego repertuarze postaw na kurtuazję i podobne grzecznościowe bzdety miejsca nie ma. Można wręcz powiedzieć, że złożył Hiszpanowi hołd, jeśli wziąć pod uwagę to, iż o rywalach zwykł wypowiadać się pogardliwie, a w najlepszym razie lekceważąco, manifestując graniczącą z nawiedzeniem absolutną wiarę we własną drużynę. Swego czasu tezę o wyższości lidera Chelsea Lamparda nad liderem Liverpoolu Gerrardem uzasadnił w taki oto wdzięczny sposób: "Moi gracze są po prostu zawsze lepsi od innych". Akurat w tym wypadku trafił zresztą w sedno, bo jego zespół w każdej części boiska wydawał się lepszy od rywali z Anfield Road, podobnie jak w ćwierćfinale uderzająca była przewaga - w tzw. kulturze gry, swobodzie panowania nad piłką - faworyzowanego Juventusu. I tutaj tkwi właśnie klasa Beniteza - oba wyjazdowe mecze Liverpool zdołał bezbramkowo zremisować. Zneutralizował ofensywne moce przeciwnika i wybijał go z rytmu, choć w składzie "The Reds" roi się od szaraków niegodnych półfinału najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywek świata, choć od wielu miesięcy drużynę nęka plaga kontuzji.

Cel Beniteza jest jasny - przywrócić drużynie ducha dawnego Liverpoolu, który panował w Europie, a ponieważ brakuje mu wsparcia niezmierzonych bogactw Romana Abramowicza, wie, że życie rodzinne, owszem, fajna rzecz, ale zżera mnóstwo czasu. Dlatego i pani Montse ma co robić. Kiedy mąż trener ćwiczy piłkarzy, żona czyta piłkarskie książki, by wieczorem zdać mu relację z tego, czego się dowiedziała. - Powinna zrobić doktorat. Kiedy mam naprawdę poważny problem, proszę ją o ekspertyzę - zwierza się Benitez.

Pytanie, czy w całym tym zgiełku w ogóle zdaje sobie sprawę, że trafił mu się istny cud natury, stworzenie, o jakim nie śniło się najzatwardzialszym męskim szowinistom wśród filozofów. A Montse jeszcze wie, jak motywować i wywrzeć presję. - Mąż obiecał jedno: wygra Ligę Mistrzów - rozpowiada jak najęta, a dziennikarze rozpaplali to już na całą Europę.

Z Chelsea przegrać nie wstyd, ale żona doskonała zasługuje przynajmniej na jedno. By mąż dotrzymywał słowa.