Sport.pl

Futbolowy bandytyzm we Włoszech a sprawa polska

?Zabijemy was! Zabijemy? - ryczy stadion. Kilkanaście sekund wcześniej tłum tych samych 45 tysięcy kibiców potrafił zachować absolutną ciszę, czcząc pamięć Jana Pawła II. Oto, co grozi polskim stadionom, jeśli powielimy błędy Włochów, którzy 20 lat obojętnie spoglądali na rosnących w siłę futbolowych bandytów.
Tak mentalność tifosich opisuje turyński dziennikarz - to scenka sprzed tygodnia, z meczu Fiorentina - Juventus, którą poprzedziła stoczona w oparach gazu łzawiącego bitwa kilkuset wyrostków z policją.

Ci sami kryminaliści, a może ich koledzy, wywiesili wstrząsające transparenty podczas środowego ćwierćfinału Ligi Mistrzów z Liverpoolem, który miał być okazją do pojednania kibiców finalistów Pucharu Europy z 1985 roku. Na Heysel zginęło wtedy 39 fanów, głównie włoskich. "15.04.89 - Sheffield. Bóg istnieje" - to hasło z flagi odwołującej się do tragedii o cztery lata późniejszej. Śmierć poniosło wówczas 96 fanów Liverpoolu.

W miniony weekend w burdach - od Serie A po Serie C - zostało rannych 85 policjantów. W Rzymie zniszczony został dworzec San Pietro, w Ternanie bijatyki trwały przed drugoligowymi derbami Umbrii, w ich trakcie i po ich zakończeniu. We wtorek nie dokończono ćwierćfinału Ligi Mistrzów, bo fani Interu zasypali San Siro płonącymi racami.

Kochani bandyci, czyli skąd my to znamy

Zanim tamtego wieczoru wszedłem na trybunę Curva Sud, przeciwległą do tej, z której pofrunęły race, musiałem otworzyć plecak. Ochroniarz przeszukiwał go zapamiętale, przewertował nawet książkę.

Gdyby stał w innej bramie, może chuligani nie wnieśliby swojego arsenału. Mediolańska policja zapewnia, że skonfiskowała mnóstwo materiałów pirotechnicznych, i stawia kategoryczną tezę: akcja interistów nie była spontaniczna ani wywołana wściekłością na sędziego, lecz precyzyjnie zorganizowana. I nawet jeśli się myli, za tą hipotezą i okolicznościami skandalu na San Siro kryje się złożoność problemu stadionowej przemocy we Włoszech.

Po pierwsze, kluby niewystarczająco odcinają się od chuliganów, a nawet zatrudniają - mniej lub bardziej świadomie - związanych z nimi oprychów. Policja podejrzewa, że race przeszmuglowano na stadion kilka godzin przed derbami i ukryto pośród gigantycznych flag. Kto był na San Siro, wie, że trzeba się mocno postarać, by wpuścić do tej twierdzy osoby niepowołane. Kontrola osobista to w Italii też rzadkość (podczas Ligi Mistrzów Włosi bardziej się pilnują), choć pirotechniczne gadżety są tanie, łatwo dostępne i na stadionach ich pełno. Anonimowy fan powiedział „La Gazzetta dello Sport”, że w ostateczności wnoszą je dziewczyny, których się nie rewiduje. By zobaczyć efekty, nie trzeba jechać do Włoch, wystarczy włączyć Canal+ - podczas co drugiej transmisji chwilami niewiele widać, bo piłkarze biegają w kłębach dymu.

Ci ostatni niby bandytów potępiają, ale bez przekonania. Juan Veron z Interu przyznał we wtorek, że postąpili źle, ale zaznaczył, że "można ich zrozumieć", bo i on nie zgadza się z decyzją o anulowaniu gola.

Po drugie, burdy - jak wszędzie - wszczyna garstka socjopatów. W moim sektorze czerwono-czarne flagi Milanu łopotały nad kibicami opatulonymi w czarno-niebieskie szaliki, 80 tysięcy fanów nie trzeba było rozdzielać ani przed meczem, ani po meczu, moi sąsiedzi wręcz wstydzili się za interistów z przeciwległego łuku. Prezesi często ich jednak hołubią, bo to im zawdzięczają gorącą atmosferę - we wtorek ultrasi rozwinęli naprawdę efektowne, pomysłowe flagi, no i najgłośniej dopingowali.

Po trzecie, prawo nie nadąża za rzeczywistością, przez co odpowiedzialność za dopuszczanie do rozrób się rozmywa. Kluby nie są właścicielami obiektów, na których grają, co utrudnia korzystanie z zakazu stadionowego, bowiem może go nałożyć tylko sąd. Odpowiedzialność za bezpieczeństwo spada więc na lokalne władze, a te twierdzą, że potrzebują dodatkowych funduszy od rządu. Prezesi są bezsilni, bo nawet gdyby chcieli, nie mogliby oprzeć systemu bezpieczeństwa o swoją ekipę ochroniarzy wzorujących się na tak efektywnych w Wlk. Brytanii stewardach. - Nie możemy nikomu zabronić kupowania biletów, nawet jeśli podejrzewamy, że chce zrobić coś złego - skarży się Stefano Filucchi, szef departamentu bezpieczeństwa Interu. - Nie możemy nawet wpuścić na trybuny własnych funkcjonariuszy, bo wchodziliby w drogę policji.

Po czwarte, policja nie ma pojęcia, jak powstrzymać bandytów. Nie miesza się w tłum, by wyłapywać prowodyrów, lecz stoi z daleka, ograniczając się do oddzielania wrogich grup. A i tutaj jej skuteczność zdaje się zależeć od kaprysu chuliganów - podczas meczu z Liverpoolem przez okrągłe 90 minut szarpali się ze szczuplutkimi kordonami policji. Wystarczyła jedna iskra, a przedarliby się do angielskiego sektora. Karabinierzy trzymają się na dystans, interweniując dopiero wtedy, gdy sytuacja całkowicie wymyka się spod kontroli. W Mediolanie szokował nawet nie brak reakcji, ale zupełna nieobecność policji - nie podjęła choćby próby opanowania tłumu.

W skrajnych przypadkach obowiązuje porozumienie między policją a bandami "ultrasów". Ci ostatni obiecują, że zachowają spokój, jeśli "ich" sektor pozostanie nietykalny. Mundurowi przystają na te warunki. Jak naiwna to postawa, widzieliśmy na San Siro - bandyci kontrolują się dopóty, dopóki sprzyjają im okoliczności.

Po piąte, nie ma co ufać tzw. rozejmom. Pewien milanista tłumaczył mi: - Kilka lat temu ustaliliśmy, że podczas derbów jest spokój. Ostatnio taki sam pakt zawarli tifosi Romy i Lazio - komentował, przekonując, że rzucanie racami nie przeobrazi się w bijatykę. - Połączyliśmy siły i lejemy się tylko z policją - dodał.

Po szóste, żaden bandyta nie wierzy, że zostanie ukarany. Między włoskim i angielskim sektorem w Turynie non stop fruwały butelki, mimo komunikatów, że za ciskanie jakimikolwiek przedmiotami grozi od sześciu miesięcy do trzech lat więzienia. Czasem bandyci trafiają do aresztu, lecz zdarza się to zbyt rzadko, by działać odstraszająco.

Nie warto gonić Włochów

Brzmi znajomo? Włosi co najmniej od połowy lat 80. - kiedy stadionowa przemoc stała się poważnym problemem - ignorują sygnały, że jest coraz gorzej, załamują ręce, ale nic nie robią, wszyscy zwalają odpowiedzialność na wszystkich. 13 grudnia 1987 roku 80 tys. fanów na San Siro też patrzyło, jak petarda trafia w głowę bramkarza Romy Franco Tancrediego. A ton biadolenia, w który wpadła tutejsza prasa, przypomina - według starszych kibiców - ten z 1974 roku, kiedy zginął fan Lazio, który przed derbami został trafiony rakietą wystrzeloną z przeciwległego łuku. Wówczas też lamentowano, że miarka się przebrała, że czas działać.

Na hasłach się skończyło. Chuligani się rozbestwili i czują się absolutnie bezkarni. Podpalają autobusy z kibicami rywali, biją piłkarzy i niszczą im samochody, wbiegają na boisko, kiedy mają na to ochotę. A ludzie zobojętnieli - na konferencji po derbach dziennikarze najbardziej oburzali się na trenera Manciniego, że zbyt późno wpuścił Obafemiego Martinsa.

Bandytyzm polski od włoskiego różni jedno - za tym pierwszym przeważnie nie kryje się żadna ideologia, karmi go bezinteresowna agresja. Na Półwyspie Apenińskim campanilismo, czyli lokalny patriotyzm, wykorzystują do własnych celów polityczni ekstremiści, wśród chuliganów szukając zresztą narybku do młodzieżowych bojówek. Minister spraw wewnętrznych Giuseppe Pisanu w liście do „Corriere della Sera” wskazał m.in. na ludzi, których „nic nie łączy z piłką, a między kibiców wchodzą, by używać przemocy jako instrumentu walki politycznej. Ich celem jest policja”. Według tej ostatniej co dziesiąty spośród 60 tys. włoskich ultrasów ma związki z finansującą jego podróże skrajną lewicą lub prawicą. I trudno się dziwić - premier i właściciel Milanu Berlusconi pokazał, jak calcio może napędzać polityczną karierę.

Polityczne hasła, symbole i gesty są na stadionach zakazane, ale przepis jest powszechnie ignorowany. Napastnik Livorno (bastionu skrajnej lewicy) Cristiano Lucarelli manifestuje sympatię do komunizmu. Paolo di Canio zapłacił niedawno grzywnę, bo fanom Lazio podziękował za doping faszystowskim pozdrowieniem. Stołeczni chuligani cieszą się najbardziej ponurą sławą - epatują wizerunkiem Mussoliniego, sloganami w rodzaju "Rzym jest faszystowski", a nawet transparentami sławiącymi serbskiego zbrodniarza wojennego Arkana.

Włoska rzeczywistość nie odbiega bardzo od polskiej, trochę ją tylko wyprzedza. Pytanie, czy chcemy ją gonić. U nas też zaczyna kwitnąć interes oparty na chuligańskiej emblematyce, produkuje się już gadżety, T-shirty etc.

Warto gonić Anglików

Nie łudźmy się - gdyby nie perspektywa srogich kar, Włosi raczej nie zareagowaliby tak stanowczo (patrz ramka) i nie skazali winnych turyńskich zamieszek na osiem miesięcy więzienia (to precedens!). Kiedy UEFA "tylko" zamknęła stadion na cztery pucharowe mecze, odetchnęli z ulgą, przecież Wisła Kraków za podobne przestępstwo - chuligan trafił nożem w głowę Dino Baggio z Parmy - została wyrzucona z europejskich rozgrywek. Co będzie dalej, nie wiadomo, bo radykalne środki przeciw stadionowemu bandytyzmowi wielu ostro skrytykowało.

- Groźby ministra, że zamknie stadiony, i decyzja, by przerywać mecze, gdy pierwsze przedmioty spadną na boisko, zabiją futbol. Wkładamy go w ręce grup wywrotowych, pozwalamy zorganizowanej przestępczości przejąć kontrolę nad wynikami. Pomyślcie tylko, jakiemu szantażowi będą musieli stawić czoło prezesi, i co zrobi z calcio fan biegnący do innej części trybun, by rzucić petardę i dać swojej drużynie wygraną - oświadczył senator Fiorello Cortiana, a minister sportu Mario Pescante dodał, że "niektórzy uznają zamknięcie stadionów za swój triumf, poczują się ważniejsi".

Jedna z teorii - do udowodnienia - głosi, iż chuligani z San Siro chcieli zmusić właściciela Interu milionera Massimo Morattiego, by sprzedał klub, bowiem mimo ogromnych inwestycji, kiepsko nim zarządza. A przywódcy ultrasów, którzy znają adresy zawodników i działaczy, rzeczywiście często ich szantażują, wpływając na decyzje klubu.

U nas też bandyci rosną w siłę. Ani się obejrzymy, jak zaczną otwarcie terroryzować władze klubów. Tak, futbol ma pecha, że socjopaci z całego świata wybrali sobie stadiony na swoją arenę. Tym bardziej niewybaczalna jest bezczynność polityków, prezesa PZPN i szefów klubów.

Nie czekajmy, jak Włosi - 20 lat. Przejmijmy niektóre ich obecne pomysły, przejmijmy pomysły Anglików, choć pewnie nie wszystkie będą u nas realne. Tam steward ma prawo w każdej chwili wyprowadzić delikwenta ze stadionu, nie podając przyczyny, ale kluby zatrudniają ludzi o krystalicznej uczciwości, a nie kumpli bandytów. Policja może aresztować także za agresję słowną, np. rasistowskie bluzgi pod adresem piłkarza. Za większość karnetów płaci się kartą, by ułatwić identyfikację kibica. Nie każdy ją ma? Porządnemu nastolatkowi pomoże brat, tata lub wujek. Innych na stadionach nie chcemy. Klub opłaca nie tylko swoich stewardów, ale i policję, która wystawia rachunek po każdym meczu. A kto płaci, temu zależy.

Anglicy nie zdołali ucywilizować barbarzyńców i nam też się nie uda. Ale można ich wygnać ze stadionów.



Nowe we Włoszech

Przed meczem - prefekt policji MOŻE ODWOŁAĆ SPOTKANIE w razie jakichkolwiek bijatyk lub wątpliwości co do bezpieczeństwa widzów.

Podczas meczu - prefekt policji MOŻE W KAŻDYM MOMENCIE ODWOŁAĆ SPOTKANIE w razie awantur poza stadionem.

Na boisku - sędzia MUSI PRZERWAĆ SPOTKANIE, jeśli świeca dymna, raca lub jakikolwiek inny przedmiot spadnie na murawę, i zadecydować, czy można wznowić grę.

W europejskich pucharach - bilety tylko imienne, kibice będą legitymowani.

Kary dla klubów - we wszystkich przypadkach porażka WALKOWEREM (0:3) GOSPODARZY, a jeśli za incydenty odpowiedzialni są kibice gości, WALKOWER PRZECIW OBU DRUŻYNOM (bez punktów, do tabeli dopisuje się trzy bramki stracone).

Kary dla chuliganów - OD 3 MIESIĘCY DO PÓŁ ROKU za posiadanie materiałów pirotechnicznych; OD PÓŁ ROKU DO 3 LAT za wtargnięcie na boisko lub rzucania niebezpiecznych przedmiotów; OD 8 DO 15 LAT za niszczenie mienia.



Wniosek - przy tych przepisach MECZ JUVENTUS - LIVERPOOL NIE ODBYŁBY SIĘ, choć oczywiście w LM o karach decyduje UEFA.

Fakty - prefekt Neapolu ODWOŁAŁ mecz Serie C2 Juve Stabia - Nocerina, bo stadion nie spełniał wymogów bezpieczeństwa. Z tego samego powodu Cavese NIE ZAGRAŁO z Gelą.