ŁKS Łódź - MKS Mława 0:0

Gospodarze atakowali przez cały mecz, ale to podopieczni Mariana Kurowskiego stworzyli lepsze sytuacje do zdobycia goli. - Dlatego remis z jednej strony cieszy, z drugiej czuję duży niedosyt - mówi trener MKS-u
Łodzianie, którzy zapowiadali, że po pechowo przegranym meczu z Zagłębiem zrehabilitują się i zrobią wszystko, by zatrzeć niekorzystne wrażenie, zupełnie rozczarowali kibiców. Do walki z klubem, który jeszcze niedawno zapowiadał szarżę na miejsca premiowane awansem do ekstraklasy, stanęła słaba drużyna z Mławy. Zespół bez znanych piłkarzy, który gra prostą piłkę, polegającą głównie na wybijaniu jej z własnej połowy i liczeniu na kontry. A właśnie to MKS powinien wygrać spotkanie. Goście mieli więcej klarownych sytuacji, które zmarnowali tylko przez własną nieudolność.

Jedynie pierwszy kwadrans mógł dawać nadzieję kibicom na dobry mecz. Najpierw obrońcom przyjezdnych dali się we znaki Maciej Nuckowski z Igorem Sypniewskim, a po główce Roberta Łakomego bramkarz gości Maciej Wiśniewski z trudem wybił piłkę zmierzającą tuż pod poprzeczkę. I na tym skończyła się szybka gra gospodarzy w pierwszej połowie. Odtąd w defensywie mławian grało ośmiu zawodników, a i dwóch napastników rzadko przekraczało połowę boiska.

Łodzianie zupełnie nie mieli pomysłu na sforsowanie tej defensywy. Mnożyły się niecelne podania, co było zasługą grającego na prawej stronie boiska Rafała Wodnioka, i straty w środku pola, gdzie najsłabiej prezentowali się pomocnik Michał Łochowski i obrońca Dejan Stojković. To zachęcało mławian do kontr. W 28. min przeprowadzili oni najgroźniejszą akcję meczu. Maciej Rogalski otrzymał podanie ze środka boiska, przebiegł z piłką blisko 30 m i znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem. Kibice odetchnęli z ulgą, kiedy piłka po strzale napastnika trafiła w słupek. Chwilowe odkrycie się gości spróbowali wreszcie wykorzystać łodzianie - w 34. min na bramkę Wiśniewskiego pędzili Nuckowski z Sypniewskim. Ten drugi, mając przed sobą tylko bramkarza, próbował go okiwać, lecz zgubił piłkę.

Druga połowa zaczęła się od dwóch groźnych akcji gości. Najpierw po błędzie Arkadiusza Mysony na czystej pozycji znalazł się Łukasz Wróblewski, ale jego strzał obronił Bogusław Wyparło. W następnej akcji bramkarza gospodarzy omal nie przelobował Andrzej Karpiński.

Później ełkaesiacy wreszcie się obudzili. Pomógł w tym dobrze spisujący się Mysona, którego centry z lewej strony powodowały zamieszanie na polu karnym. Niestety, łodzianie pod bramką razili nieporadnością. Zupełnie zawodzili środkowi pomocnicy Rafał Niżnik i Łochowski. Ich celne podania można było policzyć na palcach jednej ręki. Nie istniała prawa strona, gdzie słabego Wodnioka zmienił jeszcze słabszy Sławomir Kamiński. To on po centrze Mysony w 73. min, znajdując się na czystej pozycji, nie trafił w piłkę.

Bicie łodzian głową w mur wciąż przerywały szybkie i niesamowicie groźne kontry gości. W 80. min dwójkową akcję Rogalskiego z Tomaszem Nawrotem zatrzymał dopiero Wyparło. Trzy minuty przed końcem meczu kibice już dopisali MKS-owi bramkę. W polu karnym znaleźli się bowiem wyłącznie napastnicy gości: Rogalski, który wbiegł z piłką na jedenasty metr i podał do Rafała Gajowniczka. Ten mógł z nią zrobić wszystko, a mimo to miejscowy bramkarz wyszedł z tej sytuacji obronną ręką.

ŁKS ŁÓDŹ - MKS Mława 0:0

ŁKS: Wyparło - Łakomy Ż, Sierant Ż, Stojković (64. Przybyszewski), Kłus - Wodniok (73. Kamiński), Łochowski, Niżnik Ż, Mysona - Sypniewski, Nuckowski

MKS a: Wiśniewski Ż -Woźniczka, Leszczyński, Rogoziński Ż, Osiecki - Lubasiński (39. Butryn), Szmyt Ż, Mikłowski Ż, Wróblewski (67. Nawrot) - Karpiński (63. Gajowniczek), Rogalski

Widzów: 3,5 tys.