Inter - Milan. Frustraci i szczęśliwcy

We wtorek poznamy pierwszych półfinalistów Ligi Mistrzów. Pół Mediolanu wypatruje cudu. Adriano zwany ?Imperatorem? wraca i ma ocalić Inter - klub, który od 15 lat istnieje głównie po to, by pomagać znienawidzonemu Milanowi i przeciwnikom z całej Europy.
To jedyne takie miasto. W trzy lata derby najpierw w półfinale, a teraz ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Coś takiego mógłby przeżyć jeszcze tylko Londyn, ale dotąd nie przeżył. Z ośmioma Pucharami Europy, najcenniejszymi trofeami w klubowej piłce, nie mogłaby się równać żadna metropolia, gdyby nie złota era madryckiego Realu w latach 50.

A jednak Mediolan nie jest miastem szczęśliwych kibiców. Połowa to permanentni frustraci utożsamiający calcio z poczuciem klęski. Tęsknią do niepokonanego Interu sprzed blisko pół wieku, kiedy legendarny, słynący z twardej ręki trener Herrera "torturował" - jak z litością wspomina jego żona - piłkarzy, ale ci królowali w Europie. Od 15 lat to piłkarze torturują kibiców. Zdobyli jedno trofeum, Puchar UEFA. Tydzień temu znów przegrali derby. 0:2.

Dekada samobójów

W knajpce nieopodal La Scali słyszę od siwiejącego już z lekka Sandro, że "z każdym rokiem bardziej nienawidzi futbolu". - Sam nie wiem, po co chodzę na stadion, po co gapię się w telewizor - krzywi się ojciec syna, który wielbi Milan, zresztą takie rodzinne futbolowe podziały zdarzają się tutaj często. Pucharem UEFA Sandro gardzi, przecież lokalni rywale od wspomnianego 1989 roku czterokrotnie wygrywali Ligę Mistrzów, dwukrotnie docierali do finału, sześciokrotnie zdobywali mistrzostwo Włoch.

A Inter pomagał Milanowi, jak mógł. Oddał za darmo Andreę Pirlo i Clarence'a Seedorfa, dziś filary drugiej linii rossonerich. W zamian wziął Andresa Guglielminpietro i Francesco Coco. Ktoś sobie przypomina? Pierwszy to Argentyńczyk, który okazał się zbyt wolny jak na napastnika i wsławił się głównie zmianą łamiącego język nazwiska na pseudo "Guly". Drugi zdołał wmówić kilku sławnym klubom, że ma talent, a ostatnie lata spędza w gabinetach lekarskich. Inter przejął też od sąsiada Umita Davalę - gdy ten kompletnie się nie sprawdził na San Siro, oraz Thomasa Helvega - gdy ten najlepsze lata miał za sobą.

Inter hojnie obdarowywał zresztą całą Europę - a to gwiazdami, a to fortuną płaconą za patałachów. Ściągnął Okana Buruka, Farinosa, za bliżej niezidentyfikowanego Słowaka Vratislava Greszko dał np. 10 mln dol., tyle ile Milan kosztował fenomenalny Brazylijczyk Kaka! Roberto Carlosa puścił do Realu, a ten stał się w Madrycie jednym z najwybitniejszych lewych obrońców w historii. Adriano przegnał do Parmy, by półtora roku później wyłożyć za niego blisko 30 mln euro. Do tego samego klubu przepędził niezwykle utalentowanego bramkarza Sebastiana Freya, a wkrótce być może i po niego się zgłosi, bo szuka następcy Francesco Toldo. Wreszcie przed bieżącym sezonem pozwolił - za darmo! - odejść do Juventusu Fabio Cannavaro, który stanowi dziś fundament defensywy rywala bardziej znienawidzonego od Milanu, a jego gol w Liverpoolu może przesądzić o awansie turyńczyków do półfinału. Dwa lata wcześniej Włoch kosztował Inter 23 mln euro. Listę samobójów można ciągnąć, zresztą obecny trener Roberto Mancini zdaje się pielęgnować niechlubną tradycję, bo pokłócił się Edgarem Davidsem, defensywnym pomocnikiem bezcennym dla każdej drużyny świata.

Galaktyczni bis

Efekty filantropijnych skłonności nerazzurrich widać w derbach Mediolanu - w dziesięciu ostatnich Milan pozostaje niepokonany, choć często zwycięża w kuriozalnych okolicznościach. Rok temu Inter poległ, choć prowadził 2:0. Tydzień temu bombardował bramkę Didy, lecz Brazylijczyk bronił fenomenalnie.

Piłkarze pragną więc triumfu desperacko, Marco Materazzi wyznał nawet - naprawdę, to nie jest niesmaczny żart! - że za wyeliminowanie lokalnego rywala oddałby własną nerkę. Fani wierzą w Adriano, który harował ponoć jak wół, by wyleczyć kontuzję przed derbami. Brazylijczyk w poprzedniej rundzie ustrzelił hat tricka i niemal w pojedynkę rozprawił się z broniącym trofeum Porto. Nawet najgorętsi wyznawcy jego talentu nie przypuszczają jednak, by powtórzył ten wyczyn. "La Gazzetta dello Sport" ucina wszelką dyskusję: można gdybać, czy zagra niedoleczony Paolo Maldini, jak Ambrosini zastąpi zawieszonego Gattuso, ale z nimi czy bez defensywa Milanu jest "impermeabile", czyli absolutnie nieprzemakalna. Dziennik przypomina, że superduet Manchesteru Rooney - van Nistelrooy nie potrafił jej sforsować przez trzy godziny gry, że w boju o nie lada stawkę uległa tylko raz, geniuszowi Ronaldinho.

Niestety, Inter nie ma Ronaldinho. Na gola w derbach czeka od 330 minut, w Serie A stracił niemal dwa razy więcej bramek niż Milan. Dlatego w prasie i na ulicy nie słychać wielu racjonalnych argumentów, wyczuwa się raczej modlitwę o cud. Wszyscy przywołują wydarzenia sprzed roku, kiedy to Deportivo - również w ćwierćfinale LM - rozbiło rossonerich 4:0, mimo że w Mediolanie poległo 1:4. To była jedyna wpadka mistrzów Włoch od dwóch lat, wpadka niwecząca plany prezesa Adriano Gallianiego zbudowania marki niezwyciężonych "cudownych chłopców" z San Siro, która miała być odpowiedzią na galaktyczny Real Madryt. Dziś Galliani dmucha na zimne - publicznie oświadczył, że Milan nie jest wystarczający silny, by być pewnym, iż zaliczka sprzed tygodnia wystarczy.

Jego piłkarze celują w podwójną koronę - triumf w Europie i kraju. Inter marzy skromniej. Może i Materazzi ma rację. Bez jednej nerki da się normalnie żyć. Bez choćby jednego triumfu w dziesięciu derbach żyje się ciężko.



Prawdopodobne składy:

Inter: Toldo - J. Zanetti, Cordoba, Materazzi (Mihajlovic), Favalli - Van der Meyde, Veron, Cambiasso (C. Zanetti), Stankovic - Adriano, Martins.

Milan: Dida - Cafu, Stam,, Nesta, Maldini - Ambrosini, Pirlo, Seedorf, Kaka - Crespo, Szewczenko.