SYLWETKA PERA JONSSONA, byłego żużlowca Apatora

Niewielu jest zagranicznych sportowców, którzy tak silnie byliby związani z polskim miastem jak Per Jonsson. Szwedzki żużlowiec, który stracił zdrowie reprezentując Apatora/Adrianę, w sobotę w Dworze Artusa otrzyma prezydencki medal Thorunium.




Dexter Lancaster ma 37 lat i jest księgowym w miejskim urzędzie Featherstone West Yorkshire w Anglii. Z Toruniem, tak jak zresztą z Polską, nie wiąże go nic. Prawie nic, bo mimo że nie był nigdy nad Wisłą, umiałby na mapie kraju idealnie odnaleźć zarówno Toruń, jak i Bydgoszcz. - To znane mi miasta - podkreśla. Jest miłośnikiem żużla i Pera Jonssona. Wpisał się nawet na internetowej liście gości oficjalnej strony Szweda.

Jedno bez wątpienia łączy Lancastera z mieszkańcami miasta Kopernika. Gdyby dziś spytać na ulicy torunian o nazwiska miejskich oficjeli czy aktorów scen teatralnych, mogliby mieć kłopot z odpowiedzią. Podobnie zresztą jak bez wątpienia Lancaster. Z pytaniem, kim jest Per Jonsson, nie mieliby prawdopodobnie problemów. Tak jak i Brytyjczyk, który o istnieniu Torunia wie tylko dzięki szwedzkiemu żużlowcowi. Tak samo jak najmłodsi miłośnicy czarnego sportu, choć postać skandynawskiego zawodnika znają jedynie z opowiadań ojców. Mimo tego Szwed pozostaje ciągle jednym z symboli toruńskiego żużla. Nawet bardziej niż jego następcy, bo choć Ryan Sullivan, Tony Rickardsson czy Jason Crump osiągali wyniki nie gorsze od Jonssona, to żaden z nich nie był z Toruniem tak związany. Bo Szwed w drużynie Apatora nie tylko pracował, a zespołu nie traktował wyłącznie jako źródła wymiernego zysku pozwalającego na dostatnie życie. - To po prostu moje miasto. Walczyłem dla tych ludzi, którzy dawali mi tyle energii do jazdy - przyzna później, gdy w 1999 roku, już na wózku inwalidzkim odwiedzi Dwór Artusa.

Jonsson walczył na torze, nigdy się nie poddając. Do tego stopnia, że właśnie w trakcie walki zakończyła się przed dekadą kariera jednego z największych sportowców w historii Pomorza. I to nawet mimo tego, że szwedzki żużlowiec w drużynie Apatora spędził zaledwie cztery sezony na początku lat 90.

Czerwiec 1994 r.

Stadion bydgoskiej Polonii przy ul. Sportowej, ciepły czerwcowy dzień przed dziesięciu laty. Idealny czas na świetne widowisko szesnastu gladiatorów na motocyklach. Na torze w derbach regionu gospodarze rywalizują z Apatorem-Elektrimem. Pojedynek jest wyrównany, zacięty, emocje wśród tysięcy widzów rosną. O wyniku zadecydują kończące spotkanie trzy wyścigi w meczu. Wśród bydgoszczan nie zawodzą bracia Gollobowie, wygrywając indywidualnie pięć wyścigów. Torunianie też spisują się świetnie. Są zespołem wyrównanym. Choć słabiej spisują się Jacek Krzyżaniak i Mirosław Kowalik, to na czołowych miejscach przyjeżdżają niespodziewanie Krzysztof Kuczwalski i Waldemar Walczak. A przede wszystkim Jonsson.

Nadchodzi dwunasty bieg - ostatni przed tym, jak kręgosłup i zarazem jego kariera uległy złamaniu. Szwed do tej pory startuje rewelacyjnie, nawet biorąc pod uwagę, że jest jednym z najlepszych żużlowców świata. Jest poza zasięgiem. Każdy swój wyścig kończy zwycięsko, pokonuje Tomasza i Jacka Gollobów, a kombinezon jest tylko symbolicznie ubrudzony - nie był narażony na grudki nawierzchni wypadające spod kół zawodników jadących z przodu. Ostatni swój wyścig na motocyklu rozpoczyna z toru przy siatce, najbardziej zewnętrznego. Kariera żużlowca kończy się zaledwie w ciągu kilku sekund. Na pierwszym wirażu jest ciasno, brakuje miejsca. Każdy z czterech żużlowców, którzy niemal jednocześnie wyszli spod taśmy startowej, jest narażony na najgorsze. Ale nikt nie zwalnia. W najgorszej sytuacji znajduje się Jonsson. Silnik, choć jak zwykle znakomicie przygotowany, jest minimalnie zbyt wolny, aby uciec przed wpadającym na niego z impetem Waldemarem Cieślewiczem. Nic nie można już zrobić, na jakąkolwiek reakcję jest już zbyt późno. Pozostaje tylko liczyć na szczęście. Ale nie tym razem. Rozpędzony Szwed uderzony przez Cieślewicza bezwładnie wpada w bandę, a dwudziestotysięczny tłum nagle milknie. Wszystkie oczy są skierowane w pierwszy wiraż toru. To nie jest zwykły upadek, jakich wiele na żużlowych obiektach. Jonsson nie podnosi się sam - to zły znak. Karetka zabiera sportowca z toru. Najpierw jedzie do szpitala klinicznego w Bydgoszczy, gdzie na oddziale neurochirurgii lekarze już wiedzą, że to koniec kariery szwedzkiego sportowca. Trzeba walczyć o to, by resztę życia mógł spędzić choćby w części sprawny. Specjalistyczna klinika w Sztokholmie potwierdza obawy. Kręgosłup jest złamany, a ciało sparaliżowane od pasa w dół. Mecz różnicą dwóch punktów, nawet mimo porażki w ostatnim biegu, wygrali torunianie. Ale wynik zwycięzców nie obchodzi. W parkingu nikt nie świętuje zwycięstwa.

Wrzesień 1990 r.

Tor w angielskim Bradford. Szwedzki żużlowiec startuje do barażowego wyścigu o mistrzostwo świata. Wspólnie z Amerykaninem Shawnem Moranem gromadzi wcześniej po trzynaście punktów. Wygrywa. Jest najlepszy. Teraz o jego przychylność bić będą się wszystkie kluby w Polsce. A to nowy raj dla żużlowców, prawdziwa ziemia obiecana. Wielkie pieniądze, wielkie zainteresowanie kibiców, wielka sława, wielkie emocje. Kto będzie miał w swoim składzie najlepszego zawodnika świata? Rywalizację wygrywa Toruń.

Wiosna 1991 r.

Toruń na ustach tysięcy kibiców. To na Pomorzu zdecydował się startować najlepszy żużlowiec świata. Pierwszy mecz z Motorem Lublin. Tysiące kibiców Apatora czekają na inauguracyjny występ mistrza w nowym zespole. Wśród nich 11-letni wtedy Karol Liczmański. Był jednym ze szczęśliwców, któremu udało się dostać do parkingu klubowego. - Jak na aktualnego wówczas mistrza świata, sprawiał wrażenie stremowanego i zaskoczonego towarzyszącym mu zainteresowaniem. Z czasem przekonałem się, że takie zachowanie odzwierciedlało jego naturę. Dopiero po założeniu kasku i gogli przeistaczał się w nieustępliwego, żądnego zwycięstw króla speedwaya. I nie mówię tego na wyrost - ocenia dziś Liczmański. Jonsson wręcz nie pasował do polskich żużlowców. Był niezawodny, jeździł jak maszyna, a na torze, choć wyższy często od rywali o głowę, przyjmował dumną sylwetkę niczym rycerz na koniu. "Długi Per", jak ze względu na wzrost był nazywany, pochylał się i na perfekcyjnie przygotowanych maszynach zachwycał tłumy, w dziecinny sposób wyprzedzając najczęściej wszystkich przeciwników. Już w pierwszym swoim sezonie w Toruniu był najlepszym zawodnikiem ligi. I nawet mimo tego, że drużynie nie udało się obronić złotych medali, to Jonsson nie miał sobie nic do zarzucenia. Sławomir Derdziński, były zawodnik Apatora: - Jonsson nawet po wygranym przeze mnie biegu ganił i wytykał błędy.

W kwietniu Jonsson jest bohaterem pierwszych derbów toruńsko-bydgoskich. Apator wysoko wygrywa na swoim torze, a Jonsson z łatwością pokonuje Tomasza Golloba i jego kolegę klubowego Tony Rickardssona. Między nimi a zawodnikiem z Torunia jest przepaść. Rodak Jonssona, późniejszy lider Apatora i mistrz świata zdobywa zaledwie sześć punktów. Tak rozpoczął się mit "Długiego Pera".

Im częściej Jonsson przyjeżdżał na metę jako pierwszy i w charakterystycznym geście po zwycięstwie machał do kibiców, tym większe było ich uwielbienie wobec nowego idola. Usytuowany na stadionie klubowy sklepik ze zdjęciami i pamiątkami nie nadążał w realizacji zapotrzebowania klientów. Zdjęcia Jonssona trafiały na koszulki kibiców, plakaty z jego sylwetką zdobiły ściany pokojów w mieszkaniach, a Szwed doczekał się nawet swojej figurki na motocyklu, którą nastoletni sympatycy żużla stawiali na szkolnych biurkach. A mistrz świata mimo ogromnego uwielbienia torunian, nie miał w sobie śladu mentalności gwiazdy. Blondwłosy Skandynaw, zawsze skromny, sprawiał wrażenie nawet skrępowanego i zaskoczonego tym, jak ważny jest dla mieszkańców Torunia. Mariusz Kamiński, dziś początkujący przedstawiciel handlowy, miał 15 lat, gdy przed dekadą Szwed musiał przerwać karierę po wypadku w Bydgoszczy. - Nie mieć wtedy gdzieś Jonssona? To było coś dziwnego. Pamiętam, że ścigaliśmy się na dworze, na rowerach. Mieliśmy na osiedlu, na Rubinkowie tor wokół kilku klombów, coś na wzór tego na Apatorze. Był start i meta, wyrysowane tory, nawet programy zawodów, bo zawsze jeździliśmy przed tymi normalnymi meczami. Były dwie drużyny, wszystko jak na poważnie. W tylnym kole zrobiłem z pomalowanych kartonów i tektury osłonę na szprychy. Miałem logo zespołu w kolorach kombinezonu Jonssona. I oczywiście jego nazwisko wpisane w koło.

Marzec 1992 r.

Chłodno, zimno, ale na stadionie Apatora i tak tysiące widzów. Początek nowego sezonu i pojedynek z ekipą z Tarnowa. Trudny mecz dla torunian. Zaskakuje Tomasz Bajerski - debiutant na torze wygrywa od razu swój pierwszy wyścig, a w następnym jest drugi. Ale reszta zespołu zawodzi. W drużynie Unii perfekcyjnie jeżdżą obcokrajowcy. Anglik Simon Wigg i Duńczyk Gert Handberg nie popełniają błędów. Nie potrafią przyjechać na metę szybciej tylko od jednego żużlowca. Jonsson w całym meczu pozostaje niepokonany i jemu gospodarze zawdzięczają nikłe zwycięstwo. Później takich spotkań będzie więcej. Miesiąc później w Gorzowie Szwed jest znowu niepokonany, a stara się tak bardzo, że w jednym z biegów wypuszcza do przodu młodego Mirosława Kowalika. Sam pozwala atakować się rywalom ze Stali. Kowalik dojeżdża bezpieczny z przodu, a Jonsson jest podwójnie zadowolony.

Czerwiec 1994 r.

W 1994 roku wszystko wskazywało na to, że Jonsson potwierdzi swoją dominację na świecie. Nawet wszystkie motocykle miał przygotowane pod kątem finału indywidualnych mistrzostw globu w Vojens. Zwykle skory do jazdy i rywalizacji, przed meczem derbowym w Bydgoszczy sprawiał wrażenie niechętnego. Wiedział, jak ważne to spotkanie dla Apatora, ale nie było w nim tradycyjnego spokoju i entuzjazmu. Aż trzeba było go namawiać do występu. Tak, jakby czegoś się obawiał.

Liczmański: - Ten ostatni wyścig mam stale przed oczami. Myślałem, że to będzie kolejny wygrany start i łatwo dowiezie trzy punkty. I jest: tradycyjnie wygrane wyjście spod taśmy, gęsto na pierwszym łuku, gdzie zamknięty zostaje Kuczwalski i w moim odczuciu dokładnie przemyślana jazda Cieślewicza, który wypycha Jonssona na siatkę. Dokładnie tam miałem przyjemność siedzieć razem ze sponsorami naszego Tomka Świątkiewicza i kilkoma działaczami toruńskimi. Wszyscy zerwaliśmy się z ławek jak oparzeni - przecież nikt nigdy nie widział upadającego Pera!

Gdyby w efekcie spadającego na niego motocykla Jonsson doznał złamania dwóch następnych kręgów szyjnych, balansowałby już na wąskiej granicy życia i śmierci. Karetka długo stała w miejscu wypadku. - Dopiero później dowiedziałem się, że lekarze w pierwszej chwili nie wiedzieli, jaką podjąć decyzję. Zaraz po ostatnim biegu pobiegliśmy do parkingu. W tunelu siedział Świątkiewicz i płakał jak dziecko - mówi Liczmański.

Dexter Lancaster: - Pamiętam ten dzień, kiedy mój tata zadzwonił do mnie do pracy z wiadomością o Perze. Ciężko mi było wrócić później do zwykłych czynności, byłem rozkojarzony. Tak, jakby coś stało się z członkiem mojej rodziny. Byłem zaszokowany, gdy powiedział, że na torze w Polsce - wtedy nikt nie wiedział nic więcej - Jonsson upadł i jego kontuzja jest bardzo poważna. Ciężko mi było w to uwierzyć, bo jeszcze tydzień wcześniej widziałem go na torze w Bradford! Dokładnie pamiętam ostatni wyścig Pera. Startował w trzynastym biegu i to była najlepsza jazda, jaką kiedykolwiek widziałem. Nikt już później nie był na torze taki jak Per. On wtedy na trzecim okrążeniu, dokładnie w tym samym czasie wyprzedził na pełnej szybkości Gary Havelocka i Joe Screena. Nie miał miejsca, a to zrobił. Do dziś mnie to zdumiewa.

Josh Spranklin wraz z żoną Ruth był w tym czasie sąsiadem Jonssona w Anglii. Mieszkali obok siebie w Swindon. - Wchodząc do domu, często się nawet mijaliśmy z Perem, Marią i ich dziećmi - Tommym i Denisem. Można nawet powiedzieć, że zostaliśmy bliskimi przyjaciółmi. Często podróżowałem z nim po Anglii, gdy czekały go spotkania w lidze. A nawet jak wyjeżdżał z powrotem do Szwecji, zostawiał mi klucze od domu, abym się nim opiekował do czasu, aż wróci na Wyspy - wspomina.

O wypadku na torze w Bydgoszczy Anglik dowiedział się przed dziesięcioma laty od rodaka Jonssona. Spranklin: - W tym czasie w domu Pera mieszkał inny żużlowiec, Peter Nahlin. We wtorek, już po tym wszystkim, mieliśmy w planie wyjazd z nim i jego mechanikiem Brianem do Coventry. Ale w poniedziałek wieczorem Peter powiedział najpierw mi, a później mojej żonie: "Wiecie, Per miał naprawdę poważny wypadek". Pamiętam, że byliśmy wstrząśnięci, ciężko było mi się w ogóle z tym pogodzić w jakikolwiek sposób.

Po wypadku w Bydgoszczy Jonsson już rzadko opuszcza Szwecję. Spranklin: - Już po tym, jak się o wszystkim dowiedzieliśmy, pomogliśmy wraz z Ruth, Jimmemu Nilsenowi i jego żonie w załatwieniu wszystkich spraw związanych z jego domem w Anglii. Dbaliśmy o niego, nawet znaleźliśmy kupca. Dla mnie to Per był człowiekiem, który na żużlu jeździł najlepiej, odkąd wymyślono tę dyscyplinę. Równie dobrze, gdyby nie ten cholerny wypadek, ciągle mógłby być w czołówce, chociaż minęło dziesięć lat. Gdyby tylko nic się nie wydarzyło, a on nadal miałby ochotę się ścigać, ciągle byłby świetny. Jego synowie też się tym pasjonowali, więc może Tommy albo Dennis będzie równie niezłym zawodnikiem?

Kibice z Torunia długo nie potrafili wybaczyć Cieślewiczowi, że dziesięć lat temu wpadł w Jonssona i spowodował upadek kończący karierę "Długiego Pera". Nazywali go nawet mordercą. Sam Jonsson tonował nastroje fanów. - Nie mam do niego żalu. Do nikogo nie mam żalu. Taki jest ten sport, trzeba się liczyć z tym, że dla kogoś zabraknie miejsca - mówił później już jako inwalida. Ale nawet szwedzkie media prześcigały się we wskazywaniu winnego dramatu Jonssona. "Jeżdżą jak szaleni!" - krzyczał tytuł w konserwatywnej gazecie "Svenska Dagbladet". Inna, "Aftonbladet", wskazywała: "Tor w Bydgoszczy to pewna katastrofa", chwaląc jednak jednocześnie pomorskich lekarzy, którzy jako pierwsi opiekowali się sportowcem. Gdyby nie podjęte przez nich ryzyko i natychmiastowa operacja, dziś Jonsson mógłby być całkowicie unieruchomiony. "Svenska Dagbladet" przytaczała słowa kolegi Jonssona, Henrika Gustafssona, który reprezentował kluby z Bydgoszczy i Torunia. - W Polsce musimy cały czas liczyć się z tym, że zostaniemy najechani. Niedoświadczeni żużlowcy chcą wygrać za wszelką cenę. I jeżdżą jak szaleni - oceniał Szwed. Karl Alex Jonsson, dziadek toruńskiego zawodnika sugerował nawet, że wypadek spowodowany był umyślnie. Liczmański: - Nigdy nie pogodzę się z końcem kariery Pera i tym dramatem. On był stworzony do żużla, widać było w tym jego pasję.

Kwiecień 2005 r.

Teraz 38-letni Jonsson nie rozstał się ze swoją pasją. Porusza się na wózku inwalidzkim, ma kłopoty z zanikającymi mięśniami w bezwładnych nogach. Tak jak w młodości sam pod kierunkiem ojca jeździł na minitorze zbudowanym w okolicach Sztokholmu, teraz szkoli młodych adeptów żużla. Jonsson: - Taki sobie cel postawiłem. Chcę, aby było jak najwięcej dobrych, młodych zawodników. Aby tak się stało, trzeba ich edukować od małego. A ja chcę im przekazać wszystko, czego sam się nauczyłem, co pamiętam. Chcę dać im swoje doświadczenie. Pokazywałem kiedyś znajomym zdjęcia z Polski. Nie chcieli dać wiary, że na mecze ligowe tutaj chodzi tylu kibiców, ilu czasami nie ma na światowych finałach.

Kwiecień 2001 r.

Jonsson jest gościem w jednym z toruńskich pubów. Aby na spotkaniu ze Szwedem mieć miejsce siedzące, trzeba przyjść godzinę szybciej. Pojawia się nieco spóźniony. Musiał przyjąć pozdrowienia od tych fanów, dla których zabrakło miejsca wewnątrz i czekali na Rynku Staromiejskim. "Per, Per, Per Jonsson" zgodnie skanduje tłum. - Zawsze czułem się w Toruniu lepiej niż nawet w Szwecji - przyznaje Skandynaw.

Dwór Artusa, dwa lata wcześniej. Sala mieści tylko 300 osób, wielu więc pozostaje jedynie oczekiwanie na Szweda przed budynkiem. Jonsson nie wiedział, jak się zachować, gdy tłum w sali kilka minut na stojąco witał sportowca. Liczmański: - Nigdy nie widziałem Pera tak wzruszonego. Ja wierzę, że poza torem też pokaże swoją niezłomność, mimo tego, że przeszedł wiele dramatów. Zmarł jego dziadek, ojciec popełnił samobójstwo. Dla mnie pozostanie zawsze niepokonany. To taki symbol profesjonalizmu. Pamiętam treningi, które organizował w Toruniu. I taki jeden związany z tym drobiazg. Gdy nasi wszyscy zawodnicy szli przebierać się do szatni, Per nakładał skórę obok swojego busa. I już był gotowy do jazdy. Szybciej od innych.