Wojciech Markowski: każdy widzi, jak jest

O ujeżdżeniu opowiada Wojciech Markowski, jedyny polski sędzia z klasą olimpijską.
Artur Rolak: Jak się zostaje sędzią z klasą olimpijską?

Wojciech Markowski: W moim przypadku dzięki 30 latom ciężkiej pracy.

Ale przecież nie sam staż decyduje.

- Przede wszystkim praktyka i poświęcenie. To taka reakcja łańcuchowa - im więcej się sędziuje, tym częściej organizatorzy zawodów zapraszają do sędziowania. To idzie stopniowo - najpierw mistrzostwa Europy, puchar świata, a dopiero potem igrzyska. A poświęcenie dotyczy głównie rodziny, która musi tolerować moje wyjazdy.

To Pana zawód?

- Nie, z wykształcenia jestem chemikiem, wykładam na Akademii Medycznej.

Skąd zatem konie?

- To pasja od dziecka. Zawsze fascynowało mnie ujeżdżenie.

Sędziowanie tej konkurencji wydaje się szczególnie trudne. W skokach gołym okiem widać i zrzutki, i biegnący czas.

- To kwestia wprawy. Najważniejsza jest odpowiedzialność. Trzeba mieć świadomość, że wystawiając notę, ocenia się lata pracy jeźdźca, trenera, konia, weryfikuje inwestycję właściciela konia.

Dla laika to nadal bardzo tajemnicza konkurencja. Przeciętny kibic różnice raczej słyszy niż widzi.

- Piłka nożna też jest tajemnicza dla kogoś, kto jeszcze nie widział żadnego meczu. Dopiero po obejrzeniu kilkunastu czy kilkudziesięciu meczów kibic może ocenić, które podanie miało sens.

Co by Pan zatem doradził komuś, kto przyszedł na Torwar i pierwszy raz w życiu ogląda ujeżdżenie?

- Przede wszystkim przychodzić częściej. Już na pierwszy rzut oka każdy może odróżnić przejazd przeciętny od bardzo dobrego. Wystarczy zwrócić uwagę na luz, swobodę, z jaką jeździec kieruje koniem. I obszerność ruchów konia. Sądzę, że każdy widz mógł docenić kunszt wygrywających amazonek. Być może w przyszłym roku przed pierwszym startującym na parcours wyjedzie zawodnik, który pokaże podstawowe elementy ujeżdżenia, które zostaną uzupełnione fachowym komentarzem.

Taki przedskoczek?

- Można to tak nazwać.