Marek Piotrowski: spowiedź mistrza

Każdy, kto choć raz zetknął się ze sportami walki, musi znać jego nazwisko. Marek Piotrowski osiągnął w kick boxingu wszystko. Dziś swoją wiedzę i umiejętności przekazuje innym. Nam opowiada o swoim życiu


Prolog

Nie wiem, skąd wzięła się u mnie pasja do sportów walki. Nie miałem żadnych problemów z rówieśnikami. Oczywiście zdarzały się solówki, ale wychodziłem z nich cało. Powiem więcej, całkiem dobrze sobie w nich radziłem i z czasem chętnych było coraz mniej. Mój pierwszy kontakt ze sportem to kolarstwo. Nie miałem może superwytrzymałości, za to braki nadrabiałem ambicją. Jak człowiek się męczy, pojawia się odruch, żeby przestać, zwolnić krok czy zmniejszyć tempo walki. A ja zawsze walczyłem mimo wszystko. Ból to rzecz, którą można opanować. Na przykład nokaut nie ma przecież nic wspólnego z bólem. Człowiek dostaje, pada i uwierzcie mi, nic nie czuje. A później od trenera dowiaduje się, że przegrał. Oczywiście są ciosy, które sprawiają ból. Chyba nic nie boli tak jak low-kick [kopnięcie w nogę - red.].



Część I: Nie ma, że boli!

W sportach walki zaczynałem od jujitsu. Trenowałem pół roku i okazało się, że nie mogę dalej się rozwijać, bo w następnym półroczu kurs... zaczynał się od nowa. Zawsze pociągała mnie realna walka, dlatego wybrałem karate kyokushin. To wszystko działo się jeszcze przed boomem, jaki w Polsce wywołał film "Wejście smoka". Po czterech latach ćwiczeń wystartowałem w pierwszych zawodach. To były bodajże otwarte mistrzostwa szkoły pedagogicznej w Siedlcach. Zająłem trzecie miejsce. Później było jeszcze lepiej, wygrywałem kolejne turnieje. Na jednym z nich udało mi się pokonać ówczesnego mistrza kraju seniorów Józefa Warchoła, późniejszego mistrza świata w kick boxingu, który niedawno w wieku 40 lat został mistrzem Polski! Pamiętam tamte zawody doskonale. Już w pierwszej walce złamałem kciuk. Poszedłem do lekarza i mówię: "Chyba rękę złamałem", a on na to: "Eee tam, pewnie tylko zwichnięta". Bolało jak cholera, ale czekał na mnie Warchoł i nie mogłem zrezygnować. Jeszcze by ktoś powiedział, że pękam. Więc nie pękłem, zacząłem go tłuc, choć mało co się nie poryczałem, bo to był twardy gość. Wygrałem.



Część II: Czas na zmiany

W 1985 roku miałem już lekki przesyt karate. Na przystanku zauważyłem reklamę zajęć z kick boxingu. Wcześniej trochę trenowałem boks z moim bratem ciotecznym, byłem takim chałupniczym bokserem. Z kick boxingiem w Polsce była taka sprawa, że właściwie był zakazany. Tzn. obowiązywała formuła semi-contact, wiele ciosów było niedozwolonych. Zamiast na walce trzeba było się koncentrować na tym, by przypadkiem komuś mocniej nie przyłożyć. Pamiętam, jak na jakichś zawodach przegrałem walkę, bo... znokautowałem przeciwnika. Full-contact w Polsce był zakazany jako dyscyplina zbyt niebezpieczna. Śmieszna sprawa, bo w kraju teoretycznie nie mogłem trenować kick boxingu w formule full-contact, a w 1988 roku zostałem mistrzem świata. W tym samym roku zająłem dziesiąte miejsce w plebiscycie "Przeglądu Sportowego" "10 Najlepszych Sportowców Polski". Dwa i trzy lata później byłem drugi. Wręczając nagrodę, ówczesny minister sportu Aleksander Kwaśniewski powiedział: "Proszę to przyjąć jako uznanie dla dyscypliny, a formalności załatwimy później". Uśmiałem się. Wśród amatorów zdobyłem już wszystko, co było do zdobycia.



Część III: Kierunek - Ameryka!

Żeby się rozwijać, trzeba było wyjechać. Nie ukrywałem tego i za to byłem przez władze strofowany. Ameryka to był oczywisty kierunek, bo to mekka bokserów i kickbokserów. Na pomysł zorganizowania mi kilku walk za oceanem wpadł mój pierwszy menedżer Andrzej Janusz. Pewnego dnia jego szwagier po prostu zapukał do drzwi mojego akademika i zapytał: "Chcesz jechać do Stanów?". Z zaproszeniem nie było kłopotów, podobnie z wizą.

W ambasadzie zapytali, czy mówię po angielsku.

- No trochę mówię.

- A dolary pan ma na koncie?

- Mam z 70.

- Jej, to pan nic nie ma!

- Mam ręce i nogi, po co więcej?

Pokazałem artykuły w prasie sportowej i dali mi wizę, a na zaproszeniu miałem adnotację: "Vacations and boxing matches".

Ruszyłem zupełnie na łapu-capu, bo nie mieliśmy żadnego doświadczenia w organizacji tego typu imprez. Nie wiedziałem, kiedy i z kim będę walczył, według jakich przepisów. Taka, jak ja to nazywam, popelina. Brakowało sparingpartnerów, a dopiero po pewnym czasie znaleźliśmy miejsce do trenowania.

Pierwsza walka w USA? To było 1 października. Moi koledzy ze studiów zaczynali zajęcia na AWF-ie, a ja na ring. Wszystko było partyzanckie, w narożniku nie miałem trenera, ale wygrałem przez knock-out w czwartej rundzie.



Część IV: Piorun w budce telefonicznej

Nie było żadnego planu, listy kolejnych rywali, nie można było przygotować się pod konkretnego przeciwnika. Po prostu proponowali mi kogoś, to ja lufa! Braliśmy po kolei nazwiska z listy rankingowej i bach, bach, bach. W końcu dostałem szansę walki z Rickiem Roufusem, do której przygotowywał mnie Kevin McClinton, który z czasem został moim najlepszym przyjacielem. Roufus to był ktoś, nazywali go "unstoppable" [nie do zatrzymania - red.]. Wygrałem, ale prawdziwym "chrztem na mistrza" było zwycięstwo nad Donem "Dragonem" Wilsonem. Żeby było śmieszniej, "Dragon" lada dzień miał mieć premierę swojego filmu, wtedy zaczynał się robić słynny jako aktor, a tu gość z Polski go zbił (śmiech).

Kariera nabierała rozpędu i wyjechałem do Hollywood. Tam stoczyłem jedną, ale moim zdaniem swoją najlepszą walkę. Zmierzyłem się z Bobem "Thunderem" Thurmanem [znany m.in. z kilku odcinków serialu "Strażnik Teksasu" - red.]. Tę walkę reklamowano hasłem, że moglibyśmy walczyć w budce telefonicznej i nie dotykać ścian. W Kalifornii poczułem, co znaczy high life. Chuck Norris, Charlie Sheen czy Hulk Hogan - z każdym można pogadać, każdy coś o Piotrowskim słyszał - oj, byłem dumny. Hogan podczas walki krzyczał: "Send him back to Poland!" [wyślij go z powrotem do Polski - red.]. Ale zanim mnie wysłali, minęło trochę czasu. Po walce w Hollywood byłem w gazie. Kogo mi nie dali, lałem wszystkich sprawiedliwie.



Część V: Możesz liczyć na przyjaciół

Pojawiła się propozycja walki w formule low-kick z Robem Kamanem, człowiekiem legendą [98 zwycięstw na zawodowym ringu - red.]. Nie byłem w tym zielony, bo wcześniej wygrałem z Johnem Cronkiem, mistrzem USA w tej formule. Kaman to był gość twardy jak skała. Walkę przegrałem przez techniczny nokaut w siódmej rundzie. W sportach walki panują takie zasady, że po porażkach nagle pojawiają się szanse walki z kimś naprawdę wielkim. Chodzi o to, że ma się nazwisko i renomę, ale wszyscy wiedzą, że można cię pokonać. Ze mną było podobnie. Miałem propozycję walki z Ernesto Hoostem. Nie byłem jednak na to zupełnie gotowy i nie dałem się namówić. Okazało się, że dobrze zrobiłem, bo Hoost był w formie i przez następne lata dominował.

Później miałem nowego menedżera, przeprowadziłem się z Chicago na Florydę. I pomyślałem o boksie, który zawsze traktowałem jako sport uzupełniający. Nie porzuciłem oczywiście kick boxingu - zunifikowałem tytuły mistrza świata w full-contact i zdobyłem tytuł mistrza świata w tzw. oriental rules z dopuszczeniem uderzeń kolanami i low-kick. W boksie wygrałem 21 walk i nawet mogłem walczyć o pas federacji IBF z Reggiem Johnsonem. Mój menedżer Piotr Pożyczka nie zgodził się na nią. Choć w grę wchodziły wielkie pieniądze, może nawet 200 tys. dol., Piotr widział, że z moim zdrowiem jest nie najlepiej. Nigdy mu tego nie zapomnę, mógł zarobić ciężkie pieniądze, ale wyżej postawił moje dobro.



Epilog

Nie tylko na ringu, ale i w moim prywatnym życiu wszystko zaczęło się psuć. Pojawiły się problemy finansowe, rozwiodłem się z żoną. Czytałem też o sobie różne głupoty, że jestem chory, ale czy ja wyglądam na chorego? Pamięć mnie nie zawodzi, sprawność fizyczna nadal jest.

Parę lat temu wróciłem do kraju. Teraz prowadzę treningi w Mińsku Mazowieckim, a przyjeżdżają na nie ludzie z Warszawy. Zaangażowałem się też w promocję kick boxingu w Polsce, jestem zapraszany na różne gale i jak tylko czas pozwala, pojawiam się na nich.

Mieszkam w rodzinnym domu w Dębem Wielkim i nie mam powodów do narzekań. Miałem swoje pięć minut i za to dziękuję Bogu. Pewnie mogło być lepiej, mogłem zarobić więcej pieniędzy, stoczyć o jedną walkę mniej czy więcej, ale tak mógłby narzekać ktoś, kto czegoś żałuje. Nie ja.

Na koniec chciałbym przekazać dewizę, którą wpoił mi mój trener i najlepszy przyjaciel Kevin McClinton. Najważniejsza w życiu jest pasja, miłość i oddanie dla tego, co robisz. Na drugim miejscu są pieniądze, które zapewniają byt tobie i twojej rodzinie. Na trzecim miejscu jest sława wynikająca niejako z dwóch pierwszych. Jest źle, jeśli zmienisz tę kolejność. Kevin już nie żyje, może słowa kogoś, kogo już wśród nas nie ma, będą miały większą moc?



Maciej Skupiński, mistrz świata w tajskim boksie, założyciel szkoły Serafin:

To jeden z moich idoli. Kick boxing w formule full-contact to sport dla najtwardszych. Piotrowskiego ceniłem za to, że nigdy nie kalkulował, czy opłaca się mu z kimś walczyć. Wychodził na ring, by pokazać, że jest najlepszy. Jego walki to historia sportu! Mieszkał w Stanach, ale zawsze walczył dla Polski, nigdy nie krył, skąd pochodzi. Kiedy prowadzę treningi, moim uczniom staram się wpoić pewne zasady, często powołuję się właśnie na Piotrowskiego. Jest legendą, szkoda, że trochę zapomnianą.

Przemysław Saleta, były zawodowy mistrz świata w kick boxingu i Europy w boksie:

Trenowałem na warszawskiej Politechnice i właśnie z Markiem miałem pierwszy sparing. Myślałem sobie: miły chłopak, uśmiechnięty, niższy i lżejszy - nie będzie problemu. Po komendzie "walka" wstąpił w niego diabeł. Nawet nie pamiętam, po ilu sekundach zbierałem się z maty. To, co u Marka było niesamowite, to jego determinacja. Stawiał na atak, szedł na wymianę, jego walki to zawsze było widowisko. We współczesnym sporcie kasa jest najważniejsza, a dla Marka liczyły się tylko zwycięstwa i tytuły. Poza tym był pierwszym zawodowym mistrzem w kick boxingu z Polski, walczył z najlepszymi. No i mało kto o tym wie, że właśnie Marek przetarł szlak mnie czy Andrzejowi Gołocie w USA - wyrobił markę polskim pięściarzom.

Krzysztof Łoziński, menedżer jeden z polskich firm:

Dlaczego jeżdżę do niego na treningi 50 km dziennie? Bo to prawdziwy mistrz, który chce się podzielić wiedzą. Treningi z nim dają mi możliwość sprawdzenia siebie, znalezienia poprzez sport motywacji do codziennego życia. Marka cechuje szacunek dla przeciwnika, szacunek do treningu i dbałość o technikę - i te zasady wpaja swoim uczniom. U Marka ćwiczy także mój 7,5-letni syn. Bo ma zrozumieć, że tylko ciężka praca ukształtuje jego charakter. Marek to ktoś zupełnie wyjątkowy, sportowiec, który w swojej dyscyplinie osiągnął wszystko. Jest taka łacińska maksyma: "Zrobiłem, co mogłem, ci, którzy mogą, niechaj zrobią to lepiej" - myślę, że ona jak ulał pasuje do Marka.