Fatum polskiej sztafety - Rozmowa z Marcinem Marciniszynem

LEKKA ATLETYKA. Polska męska sztafeta 4 x 400 metrów szykowała się już do dekoracji i odebrania srebrnych medali halowych ME w Madrycie. Niestety, tuż przed samą ceremonią Polaków zdyskwalifikowano. O feralnym biegu i dyskwalifikacji opowiada Marcin Marciniszyn, zawodnik Śląsk Wrocław
Marcin Marciniszyn będzie długo wspominał niedzielny start w sztafecie podczas mistrzostw Europy w Madrycie. Najpierw był zaledwie o jedną tysięczną sekundy za wolny, aby awansować do indywidualnego finału na 400 metrów. Później pobiegł rewelacyjnie w biegu sztafetowym 4 x 400 metrów (najszybciej spośród wszystkich startujących - 45,90). Choć wystartował na ostatniej zmianie jako piąty, to na mecie był drugi. Powodów do radości jednak nie miał. Nie stanął na podium wraz ze swoimi kolegami, bo sędziowie zdyskwalifikowali polski zespół.

Głównym winowajcą był biegnący na trzeciej zmianie Piotr Klimczak, który tuż przed przekazaniem pałeczki Marciniszynowi przewrócił się i spowodował upadek Hiszpana Luisa Floresa. Decyzja sędziów o dyskwalifikacji polskiej sztafety nie zapadła zaraz po biegu. Nasi biegacze dowiedzieli się o niej tuż przed dekoracją wręczenia medali.

Oprócz Klimczaka i Marciniszyna w składzie sztafety byli także doświadczeni Piotr Rysiukiewicz oraz Robert Maćkowiak ze Śląska Wrocław. Dla tych dwóch ostatnich biegaczy, mających za sobą tytuł halowych mistrzów świata w sztafecie (z 2001 roku), to już trzeci start w poważnej imprezie, który kończy się pechowo. Zaczęło się od igrzysk w Sydney, gdy biegnący na drugiej zmianie Robert Maćkowiak przewrócił się. Co prawda podniósł się, jednak strata naszego zespołu była zbyt wielka, by można było myśleć o dogonieniu czołowych ekip. Kolejny feralny start zdarzył się trzy lata temu w Monachium (startował też Marciniszyn). Tam z kolei sędziowie - podobnie jak w Madrycie - zdyskwalifikowali naszą sztafetę, po tym jak Marek Plawgo spowodował upadek Niemca Jensa Dautzenberga.

Dariusz Kopeć: Ma Pan żal do Piotra Klimczaka za to, co zrobił w sztafecie?

Marcin Marciniszyn: Nie. Piotrek nie zrobił tego celowo. To był przypadek. Szkoda, że tak się stało. Na pewno jednak pozostał pewien niedosyt.

Ta dyskwalifikacja to słuszna decyzja?

- Nie musieli tego zrobić. Piotrek nie był do końca winny całemu zajściu. Wydaje mi się, że sędziom zabrakło trochę konsekwencji, bo skoro wykluczono nas, to powinni to samo zrobić z Hiszpanami.

Pan może być szczególne rozczarowany. Miał Pan najlepszy czas ze wszystkich startujących w sztafecie.

- Na pewno jestem zadowolony ze swojego wyniku, ale cóż, wyszło, jak wyszło.

Jak Pan dobiegł na metę jako drugi, decyzja sędziów nie była jeszcze znana.

- Tak. Gdy przybiegłem, radość była ogromna. Pomyślałem sobie: w końcu mamy medal. Później na telebimie pokazywali powtórki z upadku Piotra Klimczaka i Hiszpana Luisa Floresa. Ludzie gwizdali. Wiedziałem, że coś się święci.

Kiedy dowiedzieliście się o dyskwalifikacji?

- To była dość dziwna sytuacja. Szykowaliśmy się już do dekoracji. Każdy z nas miał kartki ze swoimi nazwiskami przy sobie. Nagle przyszła jakaś pani i zabrała nam je. Już wiedzieliśmy, że medali nie będzie.

I co wtedy?

- Zdenerwowanie, złość, ale co mogliśmy zrobić? Potem to jakoś przeszło. W pamięci jednak na pewno pozostanie.

Jakieś fatum ciąży na tej sztafecie! Najpierw igrzyska w Sydney, gdy upadł Maćkowiak, potem mistrzostwa świata w Monachium i dyskwalifikacja Marka Plawgi.

- Fatum już nie ciąży, ale ciążyło [śmiech]. Mam taką nadzieję, że to się już nie powtórzy. Do trzech razy sztuka. Limit pecha już wyczerpaliśmy. W Helsinkach podczas mistrzostw świata będzie lepiej.

Sądzi Pan, że stać Was na medal wśród najlepszych na świecie?

- Oczywiście, że tak. Wszystko jest możliwe. Stać nas na walkę z najlepszymi.

Oprócz sztafety wystartował Pan także w biegu indywidualnym, ale nie udało się awansować do finału. Zadowolony jest Pan z tego wyniku?

- Tak, bo pobiłem swój rekord życiowy w hali, uzyskując 46,89. Trochę żal, bo finał przegrywałem o tysięczne części sekundy. Zbliżony czas miał bowiem Brytyjczyk Dale Garland i to niestety on, a nie ja, mógł walczyć o medale.

Przed Panem jeszcze wiele ważnych imprez w tym roku. Jakie cele postawił Pan sobie w tym sezonie?

- Chciałbym pobić swój rekord życiowy na 400 metrów na otwartym stadionie [45,75 - przyp. red.]. Myślę, że stać mnie na to.

Jak szybko może Pan jeszcze pobiec?

- Chciałbym pobiec w granicach 45,20-45,30. Z takiego wyniku byłbym zadowolony.

Z takim wynikiem można myśleć o medalu w biegu indywidualnym w Helsinkach?

- Trudno powiedzieć. Bo na igrzyskach w Atenach, aby znaleźć się na podium, trzeba było pobiec poniżej 44 sekund, z kolei podczas mistrzostw świata w Edmonton ten wynik, który planuję osiągnąć, starczyłby na medal. Na pewno chciałbym biegać coraz szybciej.