Polskie medale na lekkoatletycznych MŚ w Madrycie

Lidia Chojecka mistrzynią Europy. Srebra Anny Rogowskiej, Krystyny Zabawskiej i żeńskiej sztafety 4 x 400 m. Brąz Moniki Pyrek i Marcina Urbasia. Dramat polskich czterystumetrowców zdyskwalifikowanych na przedostatniej zmianie
Zobacz zdjęcia z mistrzostw



Decyzję o tym, aby pobiec na 3000 m, podjął za mnie trener - powiedziała przed startem Chojecka i wydawało się, że to nie jest najlepsza decyzja. Aż cztery rywalki miały w tym roku lepsze wyniki. Najgroźniejsza - Brytyjka Jo Pavey - dwukrotnie przegrywała tylko z niesamowitymi Etiopkami. Tymczasem na 1500 m Chojecka jest w tym sezonie najlepsza w Europie i na dodatek do Madrytu nie przyjechała mistrzyni olimpijska na tym dystansie Kelly Holmes.

Okazało się jednak, że to trener miał rację. - Na 3000 m mam czas pomyśleć, zareagować na wydarzenia. Moja taktyka to utrzymywać się za plecami prowadzącej - mówiła Chojecka. Pavey podjęła się prowadzenia i Polka musiała przepychać się z Turczynką Tezetą Desalegn-Dengersa (naturalizowaną Etiopką) i Austriaczką Susanne Pumper. Ale to była tylko chwila. Potem wyprzedziła Pavey, która w oczach traciła siły, i pobiegła niemal jak słynny Kenenisa Bekele, oddalając się bezlitośnie od rywalek. - Takie były założenia, tak przygotowywaliśmy się z trenerem. Kiedy przyszedł czas przyspieszyłam i tyle. Wszystko się udało. Oderwałam się i spokojnie dobiegłam do mety. Nareszcie skończył się czas pięciu lat posuchy, pięciu lat bez medali - powiedziałą szczęśliwa Chojecka.

Ponieważ na mistrzostwach w Madrycie organizatorzy przeprowadzili eliminacje biegu na 3000 m, Chojecka nie zdecydowała się na start na 1500. - Gdyby nie to, spróbowałabym walczyć na obydwu dystansach - powiedziała 28-letnia biegaczka.

Tyczka na dwa medale

Brązowa medalistka olimpijska Anna Rogowska i Monika Pyrek walczyły z Jeleną Isinbajewą w skoku o tyczce. Po strąceniu przez rekordzistkę świata tyczki na wysokości 4,60 m Polki nawet prowadziły w konkursie. Ale mistrzyni z Aten w tym roku już trzykrotnie biła rekord świata - po centymetrze - i jej pokonanie to marzenie ściętej głowy. 23-letnia Rogowska wyrównała swój rekord życiowy - 4,75 m - i była druga.

- Skoncentrowałam się wyjątkowo. Nie patrzyłam na inne zawodniczki. Początkowo trochę się denerwowałam, ale po pokonaniu wysokości 4,70 wiedziałam, że mam medal, i się uspokoiłam. Dobrze czułam nawierzchnię, biegałam, wychodziłam w górę. Zabrakło mi trochę wytrzymałości. To efekt niedawnego przeziębienia. Gdyby nie to, mogłabym pokonać wysokość 4,80. Ale po co gdybać? Ważne, że jest srebro i wyrównany rekord Polski. Zawsze jest ryzyko, że coś nie pójdzie. Można sobie wszystko ułożyć w głowie, a w jednej chwili może to runąć. Dlatego trzeba się cieszyć z tego, co jest - powiedziała.

Pyrek do brązowego medalu wystarczyło 4,70. Zaś Isinbajewa po raz 13. w karierze pobiła rekord świata, skacząc 4,90 m.

- W ostatniej próbie na 4,80 byłam blisko. Nie udało się i nie rozpaczam z tego powodu. Bardzo cieszę się z trzeciego miejsca i wyrównania rekordu życiowego - powiedziała Monika Pyrek. - Udała mi się zagrywka taktyczna. Podeszłam do trzech wysokości - 4,55, 4,70 i 4,75. Dwie pierwsze skoczyłam spokojnie i z zapasem. Ale przy trzeciej pojawiły się problemy. Było za głośno i nie mogłam się skoncentrować. Po dwóch strąceniach przeniosłam ostatni skok na 4,80. Było dobrze, niewiele zabrakło do szczęścia. Mimo to jestem bardzo zadowolona. To jest jednak hala i do startów w sezonie zimowym nie nastawiałam się w sposób szczególny - dodała 24-letnia zawodniczka.

Zima jej sprzyja

37-letnia Krystyna Zabawska wykorzystała w Madrycie nieobecność kilku silnych rywalek. Zresztą sama również nie miała w planach startu na mistrzostwach Europy w hali. Zimą w Białymstoku nie ma warunków do specjalistycznego treningu. Aby nie rozbić parkietu na sali, może korzystać jedynie z gumowej kuli, dużo większej od normalnej.

Decyzję o wyjeździe do Hiszpanii Zabawscy - trenerem Krystyny jest mąż Przemysław - podjęli po mistrzostwach Polski (jedyny start w hali do tej pory). Bezpośrednio po podróży z Białegostoku do Spały najlepsza od lat kulomiotka w kraju osiągnęła odległość 18,39 m. - Ten wynik namieszał mi w głowie. Zrozumiałam, że jestem w stanie nawiązać walkę w Europie - mówiła "Gazecie" Zabawska.

W Madrycie lepsza okazała się jedynie czwarta zawodniczka igrzysk w Atenach, Białorusinka Nadieżda Ostapczuk - 19,37 m. Białostoczanka trzykrotnie zbliżała się do granicy 19 m, ale nie zdołała jej przekroczyć. Z wynikiem 18,96 m była druga. To jej drugi srebrny medal w długiej karierze - w 1999 r. była halową wicemistrzynią świata.

Zmobilizował ich hymn

Sztafeta kobiet na 4 x 400 m nie miała szans w walce o złoto - Rosjanki były zbyt mocne. Wszystkie są w czołówce rankingu europejskiego. Ale Polki walczyły zawzięcie o srebrny medal z Brytyjkami. Anna Pacholak na pierwszej zmianie miała już za sobą trzy biegi na tym dystansie w dwa dni, a jednak wywalczyła drugie miejsce. Małgorzata Pskit na ostatnich dwóch okrążeniach kontrolowała już wydarzenia.

- Podbudował nas polski hymn zagrany przed biegiem dla Lidki Chojeckiej - mówiła Pskit. - Jak go usłyszałam, powiedziałam do siebie "Będzie dobrze". Taka sama sytuacja była na igrzyskach olimpijskich, kiedy grano hymn dla Roberta Korzeniowskiego i również pobiegłyśmy bardzo dobrze. Ale muszę przyznać, że się denerwowałam. Dawno już nie biegałam na ostatniej zmianie. Wiedziałam, że o srebro będę walczyła z Brytyjką. Na sto metrów przed metą spojrzałam na telebim i byłam już pewna, że nie oddam drugiego miejsca - dodała Pskit.

Urbaś wytrzymał do końca

Marcin Urbaś pobiegł doskonale na pierwszej setce finału na 200 m. Przy wyjściu z drugiego zakrętu jakby go coś złapało za koszulkę. Kończył dystans czymś w rodzaju biegu z mistrzostw świata w fitnessie. Ale do brązu dobiegł.

- Jestem w szoku, że udało mi się to zrobić. Przecież po słabym początku sezonu chciałem odpuścić halę -powiedział zawodnik AZS AWF Kraków. - Wiedziałem, że w finale nie mogę popełnić błędów z eliminacji i półfinału. Właściwie wszystko udało się zrobić jak chciałem. W pierwszy wiraż wszedłem mocno, później rozwinąłem się na prostej. Pięć metrów przed kolejnym wirażem zacząłem się do niego składać, dzięki czemu nie zarzuciło mną i szybko dogoniłem biegnącego przede mną Holendra Guusa Hoogmoeda. Na prostej docisnąłem i gdyby na ostatnich metrach mnie radość nie poniosła, to zszedłbym poniżej 21 sekund - dodał 28-letni sprinter.

Klęska sztafety

Klęską zakończył się start męskiej sztafety 4 x 400 m. Zapowiadało się bardzo dobrze. Robert Maćkowiak sprytnym manewrem z piątego miejsca przy zmianie przeskoczył na trzecie i przekazał pałeczkę Piotrowi Klimczakowi. Ten po drugim wirażu próbował wcisnąć się między walczących na prowadzeniu Hiszpana Luisa Floresa i Francuza Panela Brice'a. Flores się przewrócił ku rozpaczy publiczności w Palacio de Deportes, a Polacy, którzy dobiegli do mety na drugim miejscu, zostali zdyskwalifikowani.

- Głupi błąd kosztował nas złoty medal halowych mistrzostw Europy w lekkiej atletyce - powiedział Robert

Rysiukiewicz po biegu. - Tak samo głupio zachował się Marek Plawgo w mistrzostwach Europy w Monachium. Zasada jest jasna i mówi, żeby nigdy nie pchać się do środka. Piotrek ją złamał i dyskwalifikacja była jasna. Szkoda złotego medalu. Wygralibyśmy gdyby nie ta wywrotka. Przecież na mecie byliśmy na drugiej pozycji, tracąc sporo czasu na podniesienie się po upadku - dodał polski czterystumetrowiec.

Piotr Klimczak, sprawca całego zamieszania, mówił o fatalnym w skutkach incydencie: - Zobaczyłem, że Francuz wskoczył na trzeci tor. Wtedy pojawiło się miejsce między Hiszpanem i nim. Chciałem to wykorzystać i przedrzeć się przed nich. Hiszpan zobaczył, że zamierzam go minąć i chcąc się zabezpieczyć trochę zabiegł mi drogę, zahaczył kolanem o moją nogę i obaj wywróciliśmy się. Hiszpańscy kibice strasznie buczeli po biegu, sądząc, że upadek ich zawodnika mógł dla nich oznaczać stratę medalu. Ale sami zawodnicy nie mieli do nas żalu. Po biegu uściskaliśmy się, a ich kapitan powiedział, że nie mają do nas pretensji.



komplet wyników