Zmarł Eryk Wyra, jeden z twórców potęgi Górnika Zabrze

Gdy został prezesem Górnika, piłkarze kąpali się w wiadrach i trenowali po zakończeniu dniówki w kopalni. Gdy odchodził po konflikcie z Włodzimierzem Lubańskim, zabrzański zespół był jednym z najlepszych w Europie. Dziś w Katowicach odbędzie się pogrzeb Eryka Wyry. Miał 92 lata
W młodości pływak, potem inżynier i działacz KW PZPR - przyszedł do Górnika w 1967 roku. Był wtedy jednym z dyrektorów w Ministerstwie Górnictwa. - Był wielkim kibicem naszego klubu, nic dziwnego, że minister Jan Mitręga [wszechwładny szef górnictwa - red.] oddelegował go na stanowisko prezesa w Górniku - wspomina Stanisław Oślizło, ówczesny piłkarz zabrzańskiego klubu i reprezentacji.

Wszystko sobie zanotował

Z Wyrą rozmawiałem 12 lat temu. Opowiedział mi wtedy, jak został szefem klubu. „Prezesami Górnika zostawali zwykle naczelni dyrektorzy zjednoczeń. Ich obowiązki zawodowe były tak wielkie, że na poważne zajmowanie się sportem brakowało czasu. Z Janem Mitręgą byliśmy dobrymi kolegami. Zaproponował mi, żebym zajął się zbudowaniem silnego Górnika. Przekonywał, że łatwo dogadam się z piłkarzami. Powiedziałem, że się rozejrzę. Akurat nadarzyła się okazja do wyjazdu z Górnikiem na barażowy mecz pucharowy do Duisburga. Z Duklą Praga padł remis, ale losowanie wygrali Czesi. W drodze powrotnej, w samolocie, zacząłem rozmawiać z piłkarzami. Powiedziałem im tak: »To, że odpadliście, nie oznacza końca Górnika. Musimy pomyśleć, co dalej. Od razu wam powiem, że nie interesuje mnie tylko mistrzostwo czy Puchar Polski. To za mało. Musimy wejść do Europy. Ja postaram się zaspokoić wasze potrzeby, a wy musicie sprawić, że Zabrze będzie słynne «” - mówił .

Na to piłkarze zaczęli wyliczać swoje kłopoty. "Jeden potrzebował mieszkanie, drugi - samochód, trzeci - jeszcze coś innego. Zanotowałem sobie to wszystko, na drugi dzień poszedłem do ministerstwa, wezwałem swoich ludzi i po dwóch tygodniach wszystko było załatwione. To chyba przesądziło i sami zawodnicy chcieli, żebym został ich prezesem".

Węgierskie żarówki

Wszyscy dawni piłkarze Górnika twierdzą, że gdyby nie Wyra, Górnik długo byłby jeszcze zaściankowym klubikiem, choć odnosił przecież sukcesy już wcześniej.

- Prezes jeździł z nami na zagraniczne wyjazdy. Przywoził z Zachodu różne nowinki, które potem wprowadzał na Roosevelta. To on zbudował obecny klubowy budynek, jego zasługą jest także modernizacja całej klubowej infrastruktury - wspominają piłkarze. - Przecież myśmy się kąpali w łaźni w wiadrach, wszystko było archaiczne. On to zmienił - opowiada Jan Kowalski, który za czasów rządów Wyry debiutował w roli trenera zespołu.

Właśnie za prezesury Wyry zostało zainstalowane na stadionie sztuczne oświetlenie. "Ile było z tym cyrku! Nawiązałem kontakt z fabryką w Skarżysku, żeby pomogła nam zainstalować światło. Zgodzono się, ale pod warunkiem że Górnik przyjedzie w najsilniejszym składzie i rozegra towarzyski mecz z miejscowym Granatem. No i pojechaliśmy, a na stadion przyszło chyba z pół Kielecczyzny. Maszty zrobiliśmy sami w warsztatach naprawczych, a żarówki sprowadziliśmy poprzez Haldex z Węgier" - opowiadał Wyra.

Wszędzie szukał nowinek. Na stadionie w Manchesterze podpatrzył, że boksy dla rezerwowych znajdują się poniżej poziomu boiska. Wcześniej piłkarze Górnika marzli na zwykłych ławkach, ale to się skończyło. Za sprawą Wyry zbudowano schowki, w których zamontowano ogrzewanie. Niektórych kibiców to oburzyło, twierdzili, że zawodnicy są zbyt rozpieszczani.

Żony niepotrzebne

W latach 60. Wyra wprowadził modę na wojażowanie Górnika po obu Amerykach. Jak do tego doszło? "Po wyeliminowaniu w 1968 roku Dynama Kijów z PEZP zaczęło być o nas głośno. Przez byłego boksera Legii Werlinga dostałem kontakt na menedżera w Nowym Jorku, Amerykanina włoskiego pochodzenia Magnosiego. Chciał dla nas zorganizować tournée po kilku krajach Ameryki Południowej. Pierwsza taka wyprawa okazała się dla niego bardzo korzystna, więc zaczęliśmy jeździć niemal co rok. Potem także inni menedżerowie zaczęli się do nas zgłaszać, ale ja zostałem przy Magnosim.

Korzyści z takich podróży miał przede wszystkim PZPN, bo przywoziliśmy dewizy. Było z tym zresztą trochę kłopotów. Przelewu pieniędzy nie można było załatwić np. przez ambasadę, więc te tysiące dolarów musiałem wozić w teczce. Potem część pieniędzy wypłacano nam w złotówkach po kursie państwowym. Jak na nasze warunki były to jednak pokaźne sumy" - opowiadał Wyra.

Nie mógł odżałować przegranego finału Pucharu Zdobywców Pucharów w Wiedniu (1:2 z Manchesterem City w 1970 r.). "Ten puchar to my już mieliśmy prawie w kieszeni. Popełniłem błąd i pozwoliłem zawodnikom zabrać ze sobą do Wiednia żony. Gonitwy po sklepach tak ich wymęczyły, że na boisku byli cieniem zespołu. Nim się zorientowali, było 0:2".

Czarna wołga

Prezes nigdy nikogo nie wyróżniał, starał się wszystkich traktować jednakowo. Piłkarze zarabiali tak samo, bardzo tego przestrzegał. Premie też były równe. "Może czasem, żeby kogoś specjalnie zmobilizować albo docenić większy wysiłek, dawałem coś ekstra".

Nie po drodze było mu jednak z gwiazdami Górnika - Włodzimierzem Lubańskim i Stanisławem Oślizłą. To właśnie konflikt z Lubańskim spowodował jego odejście. W październiku 1972 roku Górnik Zabrze w Pucharze Mistrzów przegrał w Kijowie z Dynamem 0:2. Po meczu wściekły Wyra wszedł do szatni piłkarzy. Robił im wyrzuty, a Lubańskiemu - największemu gwiazdorowi Górnika - zarzucił brak ambicji. Lubański się wściekł i niedługo potem poskarżył się ministrowi Mitrędze. Kilka miesięcy później Wyra musiał odejść.

"Nie chciałbym wracać do tamtej sprawy, do dziś mam własne zdanie na jej temat" - mówił mi Wyra. "Ale to nie miało wpływu na moje odejście. Zadecydowała atmosfera zazdrości i nagonki na Górnika. Lista zarzutów pod moim adresem była długa. Miałem np. dwóch ludzi, którzy jeździli po Polsce i szukali dobrych graczy. W ten sposób znaleźliśmy np. Szarmacha. Zaczęto pisać w prasie o emisariuszach Górnika, co to czarną wołga jeżdżą po kraju. Sugerowano też, że trzeba opierać się na miejscowych zawodnikach albo że klub to ma przede wszystkim wychowywać.

- Miał złych doradców, którzy go podjudzali przeciw zawodnikom - uważają niektórzy dawni piłkarze.

Nie tylko Lubański

Po odejściu z Górnika Wyra odsunął się od futbolu. „Potem jeszcze jakiś czas pracowałem w ministerstwie, wreszcie dali mi wysokie odznaczenie i wysłali na »zasłużoną emeryturę «. Nie chodziłem już na mecze Górnika” - mówił.

Miłość do klubu nie wygasła jednak całkowicie. Wyra pojawił się w klubie na jubileuszu 40-lecia w 1988 roku, był także na benefisowym meczu Lubańskiego z okazji 50. urodzin w 1997 roku.

"Lubański? Bardzo zasłużył się dla reprezentacji, ale w Górniku nie tylko on stanowił o jego sile. Przecież bez podań Szołtysika czy bieganiny Olka nie strzeliłby tylu bramek. Lubański wszystko, co osiągnął, zawdzięcza Górnikowi".