Rutkowski, Wujec: Syndrom Hannawalda

Przed sezonem drużynę Minnesota Timberwolves zgodnie wymieniano w gronie faworytów do zdobycia tytułu mistrzów NBA. Tymczasem, gdyby sezon skończył się dziś, "Leśne Wilki" nie awansowałyby nawet do play off. Co poszło nie tak?
Siedem lat czekał Kevin Garnett na to, aby jego zespół zaczął rządzić na Zachodzie. Wreszcie w zeszłym sezonie doczekał się. Timberwolves, wzmocnieni przez Latrella Sprewella i Sama Cassella, awansowali aż do finałów Konferencji Zachodniej. I można zaryzykować, że gdyby nie pech - poważna kontuzja Cassella - zaszliby jeszcze dalej.

Zwycięskiej drużyny się nie zmienia, więc latem szefowie klubu nie robili żadnych gwałtownych ruchów. Zresztą wzmocnieniem powinno być choćby to, że wreszcie zdrowi byli Wally Szczerbiak i center Michael Olowokandi. Tymczasem właśnie minął półmetek sezonu, a Wolves mają na swoim koncie 23 porażki. Tylko o jedną mniej niż w całym poprzednim sezonie. Wygrali 24 mecze i są dopiero na 9. miejscu na Zachodzie. W ostatnich dniach przegrali czterokrotnie z rzędu, m.in. z Sacramento Kings grającymi bez kontuzjowanych Chrisa Webbera, Predraga Stojakovicia i Cuttino Mobleya. A przecież tych samych Kings, tyle że w pełnym składzie, Timbervolves pokonali rok temu w play off.

Co się stało? Po pierwsze - popsuła się atmosfera. Pozyskując latem 2003 r. Sprewella i Cassella, menedżer Wolves Kevin McHale sporo ryzykował. Obaj panowie do aniołków nie należą i niełatwo ich obłaskawić (Sprewell ma nawet na koncie próbę uduszenia trenera). W pierwszym sezonie w nowym otoczeniu obaj wznieśli się na wyżyny swoich umiejętności. Teraz już trochę im się znudziło. Cassell jak zwykle utyskuje, że za mało mu płacą (oczywiście sam niegdyś ten kontrakt podpisał, a władze Wolves nie mają z tym nic wspólnego). Sprewell z kolei obraził się, że Wolves nie przystali na jego - absurdalne - warunki przedłużenia kontraktu. Nie zamierza się zadowolić marnym ochłapem rzędu 7 mln dolarów za sezon, bo przecież, jak mówi: "musi z czegoś wyżywić rodzinę".

Po drugie - pojawił się syndrom Svena Hannawalda. Ubiegłoroczni Wolves grali jak natchnieni, a możliwość zdobycia tytułu mistrzowskiego działała na nich jak narkotyk. Teraz nagle wypalili się. Nie chce się Sprewellowi i Cassellowi - sfrustrowanym, że są niedoceniani finansowo. Ze zgoła innych powodów nie chce się Trentonowi Hassellowi i Wally'emu Szczerbiakowi - oni swoje kontrakty już podpisali i brak im motywacji do gry na 110 proc. Olowokandiemu nie chciało się chyba nigdy - ale rok temu, na szczęście dla Wolves, leczył kontuzje i nie szkodził. Nieszczęśliwy jest też rezerwowy rozgrywający Troy Hudson - ten uważa, że należy mu się miejsce w pierwszej piątce. Jedyny, któremu się chce, to pozyskany latem skrzydłowy Eddie Griffin - bo gra za minimalną pensję i wie, że po wcześniejszych wybrykach (zwolniony z Houston i New Jersey) przygoda z Wolves to jego ostatnia szansa na jakąkolwiek karierę w NBA.

Wygląda na to, że nawet fenomenalny Garnett zaczyna mieć tego dosyć. Gra w Minnesocie już bodaj dekadę, przez wszystkie te lata wszystko było na jego głowie, dwoił się i troił, a i tak wypominano mu, że nie umie wyprowadzić drużyny poza pierwszą rundę play off. W zeszłym roku pojawiła się szansa na coś więcej i Garnett rozegrał sezon wybitny. Teraz, kiedy znów jest pod górkę, i on zaczyna się wypalać. Po udanym początku sezonu statystyki Garnetta również istotnie się pogorszyły.

Dziennikarz "Milwaukee Journal" Michael Hunt uważa, że to ten sam syndrom, który dotknął w sezonie 2001/02 drużynę Bucks. Świeżo po pechowej porażce z Philadelphią w finale Konferencji Wschodniej w kolejnym sezonie grali kompletnie bez wiary i nawet nie awansowali do play off. Bucks też mieli świetny skład (Ray Allen, Glenn Robinson), też mieli problemy z atmosferą, no i też mieli Cassella.

Co dalej? Trener Wolves Flip Saunders mówi: - Jest bardzo wiele pytań. Ale ja nie mam zbyt wielu odpowiedzi. A zatem pora na zmiany. Timberwolves mają czym pohandlować. Wystarczy znaleźć partnera szukającego oszczędności i opchnąć mu Sprewella z jego wygasającym latem kontraktem. Oddać któregoś z niedrogich rozgrywających - Cassella lub Hudsona. Chętni znajdą się także na kontrakt Szczerbiaka. Może Hornets zdecydują się oddać do Minnesoty Barona Davisa i PJ Browna? Albo Celtics Paula Pierce'a? Zmiany w trakcie sezonu są zawsze ryzykowne, ale bez nich Timberwolves mogą nawet nie awansować do play off. A wtedy nawet Garnett może poprosić o transfer do innego klubu.

Kronika towarzyska

Ron Artest (Indiana Pacers) pogodził się z dyskwalifikacją i rozpoczął karierę modela. Razem z Naomi Campbell i Karoliną Kurkovą wystąpił w kampanii reklamowej marki ubraniowej The Roc.

Vince Carterowi pomogła przeprowadzka do New Jersey. Carter zaczyna budzić się do życia, w sobotę zdobył 41 punktów, coraz częściej przypomina o sobie widowiskowymi akcjami. Po kapitalnym zagraniu podczas meczu z Lakers (akcja z obrotem o 360 stopni) jego kolega z drużyny Rodney Buford zapytał: "Hej, mogę prosić o autograf?"

Zgodnie z tradycją mistrzowie NBA spotykają się z prezydentem. Kiedy zapytano Rasheeda Wallace'a, o czym będzie rozmawiać z George'em Bushem, odparł: "Nie mam mu nic do powiedzenia. Nie głosowałem na niego".

Ogłoszono wyniki głosowania na pierwsze piątki Meczu Gwiazd NBA. Na Wschodzie będą to Shaquille O'Neal, Vince Carter, Grant Hill, LeBron James i Allen Iverson. Na Zachodzie - Yao Ming, Tim Duncan, Kevin Garnett, Tracy McGrady i Kobe Bryant. Naszym zdaniem powinni do nich dołączyć: na Wschodzie - Dwyane Wade, Steve Francis, Gilbert Arenas, Richard Hamilton, Paul Pierce, Jermaine O'Neal, Antawn Jamison; na Zachodzie - Steve Nash, Manu Ginobili, Ray Allen, Shawn Marion, Chris Webber, Dirk Nowitzki, Amare Stoudemire.

Tako rzecze Shaq

"Jestem cygarem. Wszyscy inni to papierosy. Ja rozpalam się wolniej" - o tym, że wraz z trwającym sezonem powoli się rozkręca.

"Dampier to mięczak. Cytujcie mnie, podkreślcie to, nagrajcie i wyślijcie do niego. I nie pytajcie mnie o niego więcej" - po przegranym przez Miami meczu z Dallas, w którym center Mavericks zdobył 15 punktów i 14 zbiórek.

Niezłe numery

Washington Wizards, trzecia najlepsza w NBA drużyna pod względem liczby zdobywanych punktów w meczu, nie najlepiej radzi sobie w obronie. Pod względem liczby punktów traconych Wizards są na ostatnim, 30. miejscu w lidze. "Cóż, to i tak nieźle, ja myślałem, że jesteśmy na 31." - skomentował to trener Eddie Jordan.

Złota myśl

"Dziennikarze ciągle zadają mi idiotyczne pytania. Dlaczego przegraliście? Zawsze odpowiadam: bo oni zdobyli więcej punktów niż my. Albo inne pytanie: Może niewłaściwie się przygotowywaliście? Jasne, siedzieliśmy cały dzień i piliśmy browar" - debiutant z Indiany David Harrison.