Sport.pl

Kuttin: jedno pytanie - kto za Małyszem?

Który będzie Małysz? Wolne żarty. Ja zadaję sobie tylko jedno pytanie: kto będzie za nim, czyli na drugim miejscu - mówi ze śmiechem austriacki trener polskich skoczków przed weekendowymi konkursami PŚ w Zakopanem.
Robert Błoński, Michał Pol i Dariusz Wołowski: Naturalnie zdaje Pan sobie sprawę, że zawody w Zakopanem to dla polskich kibiców...

Heinz Kuttin: ...nie trzeba być Polakiem, żeby wiedzieć, że to zawody inne niż wszystkie. Tu atmosfera jest najlepsza na świecie. W Willingen też jest kilkadziesiąt tysięcy ludzi, robią niesamowity hałas, ale oni dopingują tylko Niemców. Polscy fani zaczynają party rano, kończą późną nocą. A na skoczni niosą swoim krzykiem wszystkich, dopingują każdego, cieszy ich każdy skok.

Ale i ja czuję się inaczej. To nasze miejsce, kibice przyjdą dopingować wszystkich, ale patrzeć będą głównie na Polaków. I musi wygrać Małysz.

Były austriacki gwiazdor Ernst Vettori powiedział nam, że Zakopane to ostatnie romantyczne miejsce w Pucharze Świata.

- Tak, tu jest najbardziej naturalnie. Drzewa, piękna skocznia, tysiące ludzi...

Skakał Pan kiedykolwiek na Wielkiej Krokwi?

- Nigdy! Po raz pierwszy w życiu do Zakopanego i w ogóle do Polski przyjechałem dwa lata temu jako jeden z trenerów austriackiej drużyny. I nie wierzyłem własnym oczom, to było niewiarygodne... Ci ludzie. Tak uśmiechnięci, radośni, celebrujący każdy skok. To już się nie zdarza nigdzie indziej.

Teraz Pana rola jest dużo trudniejsza niż wtedy. Jest Pan trenerem Małysza, idola tych tysięcy fanów.

- To wielka przyjemność. Podobnie było podczas letniego Grand Prix. Choć to były przecież zupełnie inne konkursy niż te zimowe, to jednak nawet wtedy oczekiwania były ogromne. Spełniliśmy je.

Wie Pan, co teraz będzie najważniejsze dla polskich kibiców?

- Nie.

Wyniki muszą być takie same jak latem [we wrześniu Małysz wygrał dwa razy].

- (śmiech). Myślę tak samo. Chłopcy, a Adam w szczególności, wiedzą, o co chodzi.

Czy w skokach tak jak w piłce nożnej gospodarzom pomagają "ściany"?

- Oczywiście. Latem kilkadziesiąt minut przed konkursem powiedziałem zawodnikom: "Idźcie tam, na dół, do fanów, między nich. Poczujcie atmosferę, naładujcie się pozytywną energią, zobaczcie, jak jest cudownie". I motywacja przyszła z zewnątrz, nie musieli jej szukać w sobie.

Adam zawsze skacze dobrze w Zakopanem. Zawsze jest na podium.

- Od Turnieju Czterech Skoczni forma Adama idzie w górę, skacze coraz lepiej. Jeszcze brakuje mu trochę stabilności. Jak wszystko gra, nic nie przeszkadza - jak w Kulm - skacze perfekcyjnie. Jeśli jednak są z czymś problemy, jak w Neustadt, gdzie były bardzo szerokie tory preferujące wysokich skoczków, wtedy ten automat bywa lekko rozregulowany. Adam popełnia błędy, źle kieruje odbicie. Problemem jest też niska prędkość na progu. Przez to skoki są krótsze, ale nad tym pracujemy.

Od 26 grudnia Adam oddał około 50 skoków. Końska dawka. Starty w Pucharze Świata przeplatają się z mistrzostwami Polski.

- To nie jest dobry kalendarz. Z tego, co policzyłem, w tym sezonie jest aż pięć konkursów o tytuł mistrza Polski. To jakiś absurd. W przyszłym będę chciał to zmienić.

Czy w Polsce presja na Pana jest większa niż gdzie indziej?

- Taka sama. Punkty Pucharu Świata wszędzie są takie same. A i zadania podobne: zdobyć ich jak najwięcej.

A jak z pozostałymi zawodnikami? Co będzie ich sukcesem?

- Robert Mateja powinien być w drugiej dziesiątce. Choć ostatnio skacze niestabilnie. Wzięło się to stąd, że ma pecha, że parę razy przychodziło mu skakać w fatalnych warunkach. Rozregulował się. Ale Wielką Krokiew zna, to jego skocznia. Zadowolony wreszcie jestem z Mateusza Rutkowskiego. Schudł i nie stracił mocy. Liczę, że zdobędzie punkty PŚ, czyli wejdzie do trzydziestki.

Kilka dni temu spotkał się Pan z prezesem Włodarczykiem i wiceprezesem Wąsowiczem. O czym rozmawialiście?

- O problemach organizacyjnych. Ale przede wszystkim o tym, że nie będziemy już o tych sprawach rozmawiać w gazetach. Mam nadzieję, że ta rozmowa coś da, że nie skończy się tylko na zapewnieniu, iż będzie lepiej.

Zdążył Pan przez te kilka miesięcy poznać Zakopane?

- Oczywiście.

Które miejsce lubi Pan najbardziej?

- Swój pokój (śmiech). Krupówki zszedłem w jedną i drugą stronę. Uwielbiam jadać w jednej z pizzerii. No i mam jeszcze parę innych ulubionych miejsc. Takich jak bary, dyskoteki... Szczególnie lubię taką jedną, do której schodzi się po schodkach. No, jakżeż ona się nazywa? (chwila zastanowienia). Już wiem, Wierchy.

Na Kasprowym Wierchu Pan był?

- Pewnie. W ubiegłym roku przyjechała do mnie żona z dziećmi. Miałem parę dni wolnego, pokazałem im najpiękniejsze miejsca, pochodziliśmy sobie po górach.

Skoro tak Pan chwali Zakopane, to może przeniesie się Pan tu z Villach na stałe?

- Jest piękne, ale aż tak mi się nie podoba (śmiech). Syn chodzi do szkoły, za dużo byłoby z tym kłopotów. Nie zostanę w Zakopanem na stałe.

Czy siódme miejsce Ahonena w Titisee-Neustadt coś oznacza? Przecież on nie może ciągle wygrywać.

- Kto powiedział, że nie może? W przypadku Janne Ahonena wszystko jest możliwe (śmiech). Ale drugi konkurs w Niemczech, tydzień temu, udowodnił, że naprawdę był chory. Stracił moc, siłę odbicia. Ale miał czas na regenerację, odpoczynek. I w Zakopanem już skacze lepiej.

Wszyscy spodziewają się porywającej walki Adama z Janne?

- Ja też (śmiech).

I kto wygra?

- Ja zadaję sobie tylko jedno pytanie: kto będzie tuż za Małyszem, czyli na drugim miejscu (śmiech). A poważnie, to Adam jest w takiej formie, że na podium musi się znaleźć.

Czy Małysz ma szansę dogonić Ahonena w klasyfikacji generalnej PŚ?

- Tu sprawa jest jasna: Kryształową Kulę zdobędzie Fin. My już o tym nie myślimy. Koncentrujemy się na Zakopanem, a potem na mistrzostwach świata.

Co kadra będzie robić po konkursach w Tatrach?

- W niedzielę ogłoszę pięcioosobową kadrę na mistrzostwa świata w Oberstdorfie. Wiadomo już, że do Niemiec jadą Adam i Robert. O pozostałe trzy miejsca walczy pięciu skoczków. Poniedziałek będzie wolny. We wtorek lub środę udajemy się do Villach, by trenować na małych skoczniach, może nawet na K-60. Potem wracamy i za tydzień są mistrzostwa Polski na Wielkiej Krokwi. Do Japonii nie lecimy. Następnie pojedziemy na Puchar Świata do Pragelato, gdzie - być może - wystartujemy tylko w konkursie indywidualnym, drużynowy sobie odpuścimy. Ale decyzję w tej sprawie podejmiemy po treningach w Villach.