Po Elite Cafe Cup

Trzy godziny wartkiej rywalizacji na światowym poziomie w skoku tyczce i skoku wzwyż, świetna atmosfera stworzona przez pięć tysięcy kibiców i wreszcie najlepszy tej zimy wynik na świecie w skoku o tyczce. I to Polki - środowy mityng w hali Łuczniczka przyniósł na pewno wielki sukces promocyjny i sportowy
- Poziom imprezy musiał zadowolić, choć zawsze może być wyższy. Może następnym razem, na kolejnym takim mityngu? Bo na pewno będzie kolejny - mówił po zawodach Jacek Kazimierski, prezes Elite Cafe, firmy sponsorującej mityng. - Dziękuję za to panu Kazimierskiemu. Mam nadzieję, że taki mityng będzie odbywał się co rok. Ten dzisiejszy musiał się udać, bo w Bydgoszczy zawsze imprezy są doskonale przeprowadzane - wtórowała prezes PZLA Irena Szewińska. Takich opinii o imprezie, wpisanej do oficjalnego kalendarza Europejskiej Federacji Lekkiej Atletyki, było w środowy wieczór mnóstwo.

Mieliśmy na bydgoskim Zawiszy mistrzostwa świata juniorów, mistrzostwa Europy, Superligę Pucharu Europy, Festiwal Lekkoatletyczny. Teraz pierwszy raz zimą "królowa sportu" zawitała do Łuczniczki. I okazało się, że fani tej dyscypliny są chłonni takich imprez z udziałem światowych sław. Kibice wypełnili halę (choć fakt, że sporo biletów zostało rozdanych po bydgoskich szkołach i nie nudzili się ani minuty. Toczyła się walka tylko w dwóch konkurencjach, bez zbędnych przerw - wszystko przy muzyce, ciągłych oklaskach dopingujących lekkoatletów do wysokich lotów. - Właśnie o taką wspaniałą atmosferę przecież chodzi. Dzięki kibicom było dziś głośno i chciało się skakać, choć w moim przypadku jeszcze nie tak wysoko, jakbym chciała. Jestem jednak teraz w ciężkim treningu, szykując formę na lutowy mityng Bubki w Doniecku i marcowe mistrzostwa w Madrycie - nie kryła Monika Pyrek, druga w konkursie tyczkarek (ex aequo ze Swietłaną Fieofanową). - Skaczę, by się świetnie bawić. Podziw kibiców, szacunek i aplauz jest ważny. Dobrze pamiętam, że w Polsce tym wszystkim cieszył się długo Artur Partyka - przyznał Mark Boswell, który obok innych środowych gwiazd - Wiaczesława Woronina i Jacques Freitaga - startował jeszcze z Partyką w corocznym (1994-2001) halowym mityngu "Opoczno" w Spale, niejako pierwowzorze Elite Cafe Cup. Wszystkich tych skoczków przyćmił w Łuczniczce Jarosław Rybakow. Do 2,31 m zaliczył wszystkie wysokości w pierwszej próbie. Nie wyszedł dopiero atak na 2,36 m, by być nr 1 w światowym rankingu zimowego sezonu (dotąd 2,35 m miał Czech Jaroslav Baba). - Skoro w pierwszym organizowanym tu mityngu był wynik powyżej 2,30 m, trzeba być zadowolonym - ocenił dyrektor Elite Cafe Cup Sebastian Chmara. Polski miły w konkursie skoczków wzwyż to skoki Aleksandra Waleriańczyka, Roberta Wolskiego i Michała Bieńka na 2,25 m, które uprawniają ich do startu w Madrycie.

Pełnię szczęścia mieliśmy natomiast w środowy wieczór po tym, co pokazała Anna Rogowska. Jeszcze kilka godzin przed zawodami zanosiło się, że brązowa medalista olimpijska, która w sobotę w Spale pobiła halowy rekord Polski (4,70 m), w Łuczniczce zdziała niewiele lub nic. Z trudem się rozgrzewała, bo po sobotnim złamaniu poprzeczki i upadku (gdy atakowała 4,80 m) dokuczał je krwiak w okolicach lędźwi, rwa kulszowa i poobijane plecy. W pierwszej próbie zrzuciła poprzeczkę zawieszoną zaledwie na 4,23 m. Dodatkowo doznała urazu dłoni (kolejny krwiak). Po okładach z lodu i zapomnieniu o bólu, Rogowska przechodziła kolejną wysokość. Dla rywalek za wysoko okazało się 4,63 m. Sensacją było zwłaszcza odpadnięcie wicemistrzyni olimpijskiej Fieofanowej, której "życiówka" to 4,88 m, a w samej hali rekord świata biła 10 razy. Rogowska nie dość, że wygrała, to na deser wynikiem 4,73 m pobiła rekord kraju ze stadionu Pyrek o centymetr. - Spełniłam dzisiejsze marzenie, ale to nie moje ostatnie słowo. Chcę skakać wyżej - przyznała po sukcesie.

jad



Liczby mityngu

8

medalistów igrzysk, mistrzostw świata i Europy startowało w Łuczniczce (Fieofanowa, Rogowska, Pyrek, Bałachanowa, Rybakow, Woronin, Boswell, Hemingway)

14 500

złotych premii zgarnęli niektórzy lekkoatleci za odpowiednio dobry wynik (Rogowska 9 tys.; Rybakow 2,5; Fieofanowa, Pyrek, Polnowa po 1000)



Mówi dyrektor mityngu



Jarosław Dąbrowski: Pełen sukces - też tak oceniasz organizację i przebieg Elite Cafe Cup?

Sebastian Chmara: Jak na debiut tej imprezy i mnie jako organizatora, niczego lepszego nie mogłem sobie wymarzyć. Była pełna hala, dwa wspaniałe konkursy, rekord Polski kobiet w tyczce, końcówka transmisji w TVP2 zbiegła się z finałem konkursu tyczkarek i próbą Ani na 4,80 m, a baliśmy się, że nie zmieścimy się z tym w ramówce telewizyjnej. Nie udało się tylko zakończyć do tego momentu skoku wzwyż, ale zaprosiliśmy telewidzów do "Sport telegramu" i na czwartkowy reportaż z imprezy w "Dwójce". Więc jeśli trzeba coś poprawić, to "popchnąć" trochę skoczków, by ich rywalizacja skończyła się w czasie antenowym. W przyszłym tygodniu spotykam się z Jackiem Kazimierskim, by podsumować organizację imprezy. Oznacza to, że robimy spotkanie, by usprawnić organizację przed kolejnym Elite Cafe Cup. Czy zrobimy mityng też latem? Impreza na stadionie ma inną specyfikę. Nie ma takiego dynamizmu, jak w hali, gdzie w kameralnych warunkach można zrobić show. Wzorem letniej imprezy w naszym kraju był Żywiec Cup w Poznaniu, teraz mamy bydgoski Festiwal Lekkoatletyczny. Uważam, że trzeba jednak sporo wysiłku i koordynacji działań, żeby taka impreza żyła. Ale skoro inni potrafią robić imprezy na stadionie, to czemu nie my?

Zawodnicy w rozmowach z mediami chwalili środową imprezę, pewnie trochę z kurtuazji. Jakimi dzielili się wrażeniami w kuluarach?

- Przyszedł przykładowo trener Swiety (Fieofanowej - przy.red.) i mówił z przejęciem, że szalenie mu się tu podobało. Nie spodziewał się ze Swietą tak wysokiego poziomu i organizacji, i samej konkurencji. Przed przyjazdem obawiali się, że to będzie taka podwórkowa impreza. Mile się wszyscy rozczarowali. Już mam deklaracje od Jacquesa Freitaga i innych skoczków, że bardzo chętnie znowu przyjadą - mam ich tylko informować o terminie. Kogo chciałbym jeszcze tu widzieć? Patrząc na sezon 2004, brakowało tylko numerów jeden: Jeleny Isinbajewej i Stefana Holma. Choć nie wiem, czy obojgu udałoby się wygrać dziś w tej stawce? Po letnich mistrzostwach świata w Helsinkach będę wiedział, kogo chciałbym mieć na kolejnym mityngu. Jedno jest pewne: sponsor uważa, że pieniądze nie grają roli.

Karierę zawodniczą zakończyłeś po tym, jak z uwagi na kontuzje nie byłeś w stanie przygotować się do walki o wyjazd na igrzyska Ateny 2004. W środę zostałeś oficjalnie pożegnany na koniec mityngu. Co czułeś?

- Nie spodziewałem się tej oprawy - przypomnienia na telebimach fragmentów zwycięskich chwil z halowych mistrzostw świata w siedmioboju, owacji kibiców na stojąco. To naprawdę przyjemne uczucie. Trudno wymarzyć lepsze odejście: na swoim mityngu, w swoim mieście, przed swoją publicznością.

Rozmawiał Jarosław Dąbrowski