Maldini - 20 lat dla Milanu

Tak jak ojciec Cesare zakazał w domu rozmawiać o futbolu. Inaczej zażarta dyskusja trwałaby nieprzerwanie od 20 lat - tyle mija dziś od debiutu w dorosłej piłce Paolo Maldiniego. Najwybitniejszego obrońcy swojej generacji, który nigdy nie zdjął koszulki Milanu.
W czasach, gdy gwiazdy w pogoni za bajecznymi kontraktami co dwa sezony ciągają rodziny po całej Europie, to absolutny unikat. Kiedy Barcelona ogłosiła, że nigdy nie sprzeda Ronaldinho, jego agent następnego ranka pukał do drzwi prezesa, by prosić o podwyżkę. Lojalność, dla fanów najważniejszą pośród cnót, kupuje się dziś liczbą zer na koncie. AS Roma ma co prawda swojego Francesco Tottiego, Barcelona - Carlesa Puyola, a Real Madryt - Raula Gonzaleza, ale to wszystko ludzie młodsi od Maldiniego o pokolenie.

Il Capitano założył koszulkę rossonerich 20 stycznia 1985 roku. Ledwie skończył 16 lat. Był wówczas normalnym nastolatkiem, tamtego dnia jego życie stanęło na głowie. Nigdy później - jak wspomina - nie jechał metrem. Już w połowie poprzedniej dekady mógł czuć się wypalony, a w każdym razie spełniony. Seryjnie zdobywane mistrzostwo Włoch, Superpuchar Włoch, najcenniejszy w klubowej piłce Puchar Europy (też seryjnie), Superpuchar Europy, Puchar Interkontynentalny. Więcej w klubie osiągnąć nie sposób.

Przegrasz - nie płacz

Maldini nowych wyzwań nie szukał, choć mógł wskazać dowolną drużynę, a ta zapłaciłaby za niego fortunę. Został przecież najlepszym piłkarzem świata w plebiscycie FIFA jako pierwszy obrońca w historii. A nie urodził się defensorem - zaczynał jako napastnik, przeniósł się na prawą pomoc, później prawą obronę. Kiedy rzucono go na lewą flankę, nie potrafił nawet dośrodkować lewą nogą.

Jako chłopiec lubił Juventus Turyn, odwiecznego rywala mediolańczyków. O dziwo, bo nierozerwalna więź rodziny z Milanem trwa od dziesiątek lat. - Moje życie przypomina powieść - mówi piłkarz, bo przecież w 1963 roku w Lizbonie jego ojciec Cesare uniósł Puchar Europy jako kapitan rossonerich. Po 31 latach w Manchesterze to samo zrobił Paolo. I niech mówi, co chce, ale kilka dni później zasada wprowadzona przez ojca, że przy rodzinnym stole nie pada ani słowo o piłce, musiała runąć. Czyżby nikt nie wspomniał nawet, jak to złośliwi wypominali Cesare, że foruje syna, kiedy powoływał go (rocznik 1968) do młodzieżowej reprezentacji Włoch, w której biegali najzdolniejsi z rocznika 1963? Maldiniego juniora obrażali wówczas nawet mediolańscy kibice. Z trudem, ale hamował łzy. Ostatni raz płakał z powodu piłki jako ośmiolatek. Mama wściekła się, że robi tragedię z porażki. Już nigdy nie robił.

A miał powody, bo choć jego losy w reprezentacji to też bajka, to każdy rozdział kończy się gorzko. Wystąpił w finale mundialu, ale Włosi przegrali w rzutach karnych (1994, z Brazylią), a jego mentor i idol z młodych lat Franco Baresi szlochał. Wystąpił w finale mistrzostw Europy, ale Francuzi strzelili zwycięskiego gola 43 sekundy przed końcem dogrywki (2000). Trzy lata temu pojechał do Korei i Japonii na swój czwarty mundial w karierze, co udało się przed nim ledwie kilku piłkarzom, ale zakończył się on koszmarem. Całemu światu zapadł w pamięć moment, kiedy wyżej od Maldiniego wyskakuje o głowę niższy Ahn Jung-Hwan, zdobywa bramkę, i rewelacyjni Koreańczycy wyrzucają z turnieju mierzących w złoto Włochów.

Maldini ogłosił (trenerowi powiedział to przed turniejem), że już nigdy nie zagra w drużynie narodowej. I tak pozostał rekordzistą, bo wystąpił w niej 126 razy, więcej niż jakikolwiek Włoch. Nie dał się przekonać w ubiegłym roku, kiedy trener Trapattoni prosił go publicznie o zmianę decyzji przed Euro 2004.

Nigdy nie myśl o piłce

Pozostał symbolem Milanu. W jego więzi z klubem i miastem jest coś magicznego. Słowo "Milan" zawiera się w jego nazwisku, mediolańskie genius loci ucieleśnia nawet na boisku. Biega elegancko, jego styl gry jest wytworny, przez dwie dekady w Serie A tylko trzy razy karano go czerwoną kartką, jakby nigdy nie zapominał, że w stolicy światowej mody wypada zachować klasę. Na wybiegu czuje się znakomicie, Włoszki kochają się w nim na zabój, zresztą nie tylko Włoszki, bo i czytelniczki "Wysokich Obcasów" uznały go kiedyś za najprzystojniejszego gracza mundialu. Diego Maradona żartował, że jest wielkim futbolistą, który wybrał zły zawód - powinien zostać aktorem, bo na kopanie piłki jest za ładny. Koledzy dodają, że nigdy nie wpada w furię, nie podnosi głosu, ale wszyscy milkną, kiedy zaczyna mówić.

Z Milanem siedmiokrotnie zdobył mistrzostwo kraju, co jest klubowym rekordem. Rozegrał ponad 700 meczów, w tym 130 w europejskich pucharach, bijąc najlepszy wynik w dziejach Holendra Franka de Boera. - Paolo zdumiewa mnie na każdym treningu - mówi Ivan Gennaro Gattuso typowany na jego następcę jako kapitan Milanu. - Skąd bierze tyle pasji po 20 latach? Zazdroszczę mu, bo normalnemu człowiekowi czasami nie chce się iść na trening. Ma ochotę wymyślić jakieś przeziębienie, grypę. Nie Paolo.

- Gdybym wrócił do domu i wciąż myślał o piłce, już bym nie grał. Zjadłaby mnie nuda - tłumaczy swój sekret Maldini. Jak normalnie żyć, grając zawodowo w piłkę, pokazał mu ojciec ("Grać uczył mnie raczej Franco Baresi, ojca na boisku właściwie nie pamiętam"). Dziś zachowuje się trochę jak Doktor Jekyll i Mister Hyde. W ośrodku Milanello liczy się tylko futbol. Tutaj rossoneri trenują, jedzą, często także śpią, przed światem chronią ich naszpikowane elektroniką bramy i uzbrojeni strażnicy. Kiedyś ponoć grali w karty, bilard, oglądali filmy, dziś brak na to czasu. Poza Milanello futbol nie istnieje. Maldini prawie nie udziela wywiadów ("Pięć lat temu byłem dwa, trzy razy w telewizji"), największego sportowego dziennika "La Gazzetta dello Sport" nie czytał od 15 lat. - Gdyby to ode mnie zależało, poza boiskiem byłbym niewidzialny - powtarza.

Tajemnica długowieczności tkwi jednak chyba także w stylu gry. Maldini nigdy nie marnuje energii. Unika zbędnych sprintów, wślizgów, bo przewiduje, co zamierza przeciwnik. Brudną robotę, bo przecież zachwycać to mają napastnicy i pomocnicy, wykonuje z taką gracją, że obwołano go kiedyś Michałem Aniołem sztuki obronnej.

Obiecuje, że nie zostanie trenerem, bo chce być pamiętany jako wybitny gracz. No i żona, wenezuelska eksmodelka Adriana, naciska, by coraz więcej czasu poświęcał rodzinie. Urodziła mu synów Christiana i Daniela. Być może dynastia Maldinich nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa w futbolu, bo ten pierwszy przyszedł na świat w dniu, kiedy tata grał podczas Euro '96 mecz z Czechami. - Chyba znowu wzywa nas przeznaczenie - wzdycha Maldini.