Krzysztof Cegielski wciąż wierzy w powrót na tor

Żużel. - Dziennikarze pytali mnie już, czy to prawda, że podcinałem sobie żyły i że dwa razy się wieszałem. Musiałem to prostować. Być może ktoś ułożył sobie wszystko w logiczną całość. Że skoro śmiercią samobójczą zginęli Robert Dados i Rafał Kurmański, to teraz czas na mnie. Ja jednak nie mam zamiaru się poddawać, chcę wrócić na tor - mówi Krzysztof Cegielski, żużlowiec, który walczy o odzyskanie pełnej sprawności po ciężkiej kontuzji
Jego dramat rozegrał się w ułamku sekund 3 czerwca 2003 roku. W szesnastym, ostatnim biegu meczu ligi szwedzkiej pomiędzy VMS Elit Vetlanda i Rospiggarną Cegielskiemu przydarzył się makabryczny wypadek. Na pierwszym wirażu sczepił się motocyklem z Amerykaninem Ryanem Fisherem i Czechem Alesem Drymlem. Cała trójka upadła na tor. Najmniej szczęścia miał Polak, w którego z impetem uderzył jeszcze rozpędzony motocykl. Przez dwadzieścia minut żużlowiec leżał nieprzytomny na torze. Właśnie wtedy jego sportowe życie legło w gruzach. - Tamten wypadek pamiętam bardzo dokładnie, nawet w ostatnim czasie widziałem go wielokrotnie na wideo - rozpoczyna swoją opowieść Cegielski. - Ale nie przywołuje on żadnych fatalnych wspomnień, czarnych myśli czy dreszczy. Po prostu zdarzyło się... Stało się tak, jak nie powinno się stać... Cóż począć, ryzyko jest od zawsze wpisane w ten sport.

Taką obrałem drogę

W szpitalu, w szwedzkim Joenkoeping, po blisko pięciogodzinnej operacji, okazało się, że jednak nie doszło do najgorszego - u Cegielskiego nie nastąpiło przerwanie rdzenia kręgowego. Jeden z najlepszych szwedzkich neurochirurgów ustawił mu za pomocą tytanowych śrub dwa kręgi, które wskutek wypadku zostały przesunięte. Rokowania lekarzy nie były zbyt optymistycznie, "Cegła" miał problemy, by podnieść się z łóżka... Nie chciał się jednak poddawać. Gdy tylko odzyskał przytomność, rozpoczął heroiczną walkę o powrót do pełnej sprawności ruchowej. Toczy ją do dziś. - Myślę, że jestem gdzieś pośrodku całego cyklu rehabilitacyjnego - opowiada. - Taką przynajmniej mam nadzieję. Mój stan poprawia się, jest jakiś minimalny postęp. Oczywiście, wszystko to powiązane jest z ciężką pracą, jaką muszę wykonać podczas zabiegów rehabilitacyjnych. Pochłania mi to osiem, dziesięć godzin dziennie. Rehabilitacja jest dla mnie wszystkim, nie mam czasu na żaden relaks czy przyjemności. Taką obrałem drogę i już się z niej nie wycofam. Jedynie sobotę i niedzielę poświęcam dla najbliższych, w pozostałych dniach tylko ćwiczę. Nie chcę tracić czasu.

Od półtorej roku jego dzień wygląda tak samo. Wstaje około piątej rano, poddaje się pierwszym masażom. Później po śniadaniu aż do wieczora ćwiczy z rehabilitantem z Ukrainy. Pływa w basenie minimum kilometr dziennie. Jest z siebie dumny, twierdzi, że teraz intensywnie pracuje nad uruchomieniem kolan i stóp. Bo czucie już odzyskał. - Minimalny ruch kosztuje mnie dużo pracy. Ale staram się robić tak, by w ogóle nie widzieć wózka inwalidzkiego. Po prostu od rana do wieczora ćwiczę. Jednak czasem, gdy potrzebuję się poruszać po domu, korzystam z wózka - przyznaje Cegielski.

Nie mam żalu

W trudnych chwilach zawsze mógł liczyć na swoją dziewczynę. Tak jest do dziś. Aneta, gdy jeszcze jeździł, była jego mechanikiem i menedżerem. Tamtego feralnego dnia kraksę Krzyśka obserwowała z parkingu. W szpitalu czuwała przy jego łóżku. Gdy jeden z bydgoskich dziennikarzy odważył się i zadzwonił do niej, by zapytać się o stan zdrowia "Cegły", nie wytrzymała nerwowo i rozpłakała się do słuchawki. - Córka z trudem to wytrzymuje - opowiadał wówczas jej ojciec Janusz Woźny. - Mam powiedzieć, jak znosi to wszystko? Byłem w Szwecji i zauważyłem, że pojawiły się jej pierwsze siwe włosy...

- Teraz to najbliżsi są dla mnie prawdziwym oparciem - nie ukrywa Cegielski. Wcześniej, zaraz po wypadku, wszyscy interesowali się jego losem. Drobnymi postępami w rehabilitacji żyła cała żużlowa Polska. Kibice organizowali zbiórki pieniędzy. - Jeden z nich, fan ZKŻ-etu Zielona Góra, miał może 12 lat i jeszcze seplenił. Wręczył mi około 1300 zł i powiedział: "To wszystko dla Krzysia" - opowiadał w tamtych dniach wzruszony Janusz Woźny, ojciec dziewczyny Cegielskiego.

Od tego czasu wiele się jednak zmieniło. - To były miłe chwile, bo kibice, gdy uległem wypadkowi, na różny sposób próbowali podtrzymać mnie na duchu - wspomina Cegielski. - Potem z biegiem czasu wszystko się wyciszyło... Ale to normalne, większość ludzi zajęła się swoimi sprawami. Nie mam do nikogo żalu. Życie idzie przecież naprzód. Są jednak tacy fani, którzy wciąż o mnie pamiętają, chcą mnie widzieć z powrotem na torze.

Dawni koledzy z toru dzwonią sporadycznie. "Cegła" wyczuwa, że nie wiedzą, jak z nim rozmawiać. - To nie są regularne telefony - mówi. - Z niektórymi żużlowcami utrzymuję jakiś kontakt, ale rozumiem, że każdy z nich ma swoje obowiązki. To jest życie, dzisiaj klepią cię po plecach, a jutro już nie. Ze mną tak właśnie było.

Jestem teraz lepszym człowiekiem

Miał być następcą Tomasza Golloba. Jeszcze dwa lata temu błyszczał w Grand Prix, tworzył jeden team z Australijczykiem Jasonem Crumpem, aktualnym mistrzem świata. Robił błyskawiczne postępy. Wtedy nie myślał o tym, że żużel niesie ze sobą ryzyko ciężkiej kontuzji. Choć na swojej życiowej drodze spotykał ludzi, których ten sport mocno doświadczył. Jego pierwszy trener z minitoru Bogusław Nowak od ponad 15 lat porusza się na wózku inwalidzkim, po kontuzji kręgosłupa, jakiej uległ podczas zawodów w Rybniku. - Czasem nachodziły mnie takie myśli, że przecież na torze może dotknąć mnie nieszczęście - zdradza Cegielski. - Ale szybko eliminowałem te myśli z pamięci. Nie chciałem zastanawiać się nad tym, co może się stać. Zresztą nigdy nie poruszałem takich tematów, jak wypadki czy feralne kontuzje. Sam czyściłem je z pamięci.

Dzisiaj niewielu o tym pamięta, ale tydzień przed feralnym karambolem w Szwecji Cegielski przeznaczył 500 złotych na rehabilitację ciężko kontuzjowanego Dawida Cieślewicza z Wybrzeża Gdańsk. Później sam potrzebował pomocy. - W życiu nie zawsze układa się, jak człowiek tego chce - opowiada Cegielski. - Czasem się nie udaje... Ja też byłem na szczycie, na dobrej drodze do sukcesu na skalę światową. Ale to, co mnie spotkało, mogło się przecież przydarzyć każdemu. Ja wciąż mam jednak całe życie przed sobą, mogę jeszcze wiele osiągnąć. Wcześniej żyłem tylko na walizkach, wciąż były tylko mecze, treningi, przeloty. Przez ostatnie półtorej roku mogłem wiele spraw przemyśleć, tak na spokojnie. Myślę, że przez to jestem teraz lepszym człowiekiem.

Podczas gdy on koncentrował całą swoją uwagę na morderczym treningu, hermetyczne środowisko żużlowe niespodziewanie przypomniało sobie o nim pół roku temu. Pojawiły się plotki, że Cegielski próbował odebrać sobie życie... - Dziennikarze dzwonili do mnie i pytali, czy to prawda, że podcinałem sobie żyły i że dwa razy się wieszałem. Musiałem to prostować - mówi Cegielski. - Być może ktoś ułożył sobie wszystko w logiczną całość. Że skoro śmiercią samobójczą zginęli Robert Dados i Rafał Kurmański, to teraz czas na Cegielskiego. Ja jednak nie mam zamiaru się poddawać - przekonuje i po chwili dodaje: - W sumie to rozbawiły mnie te informacje. W pewnym sensie były też dla mnie motywacją do bardziej wytężonej pracy na treningach.

Ciężko żyć bez żużla

Przez jakiś czas myślał o założeniu własnego teamu, w którym byłby menedżerem. - Chciałbym kiedyś stworzyć w pełni profesjonalny team - mówi. - Wziąć pod opiekę dwóch młodych zawodników i doprowadzić ich do poziomu światowego. Ale to odległa przyszłość.

Teraz już niczego nie planuje. Żyje tylko kolejnym dniem, który w całości poświęca na rehabilitację. W garażu w Wawrowie czeka na niego dziesięć motocykli. Nie chce ich sprzedawać, choć ich rynkowa wartość sięga 300 tys. zł. Wierzy, że znów ich dosiądzie. - Chciałbym, aby te motocykle poczekały na mnie, a jak będzie w przyszłości, zobaczymy. Nie chcę ich nikomu pożyczać ani sprzedawać. Mam nadzieję, że jeszcze mi się przydadzą - nie traci nadziei.

Jest wyłączony z tego, co dzieje się teraz w polskim żużlu. Transfery, wyniki, zmiany przepisów, wszystko to nie pochłania jego uwagi jak dawniej, gdy jeszcze sam startował. - Troszkę to śledzę, ale tylko troszkę - mówi. - Cały czas koncentruję się na rehabilitacji, nie mam czasu na inne rzeczy. Może kiedyś, jak znowu będę bliżej żużla, to zainteresowanie tym sportem wróci. Bo tak naprawdę bardzo brakuje mi atmosfery, jaka towarzyszyła meczom. Całej tej otoczki. Powiem szczerze, ciężko mi żyć bez żużla. Gdybym tylko stanął na nogi i odzyskał dawną sprawność fizyczną, jeszcze w ten sam dzień pojechałbym na trening. Motocykle czekają przecież na mnie w garażu...

- A jakie jest moje największe marzenie? Wrócić do żużla, zostać mistrzem świata i zakończyć karierę - wymienia jednym tchem. I sam przyznaje, że byłby to świetny materiał na scenariusz filmowy.

Krzysztof Cegielski

Urodzony w 1979 r.

Największe sukcesy: wicemistrz świata juniorów (2000), srebrny medalista drużynowego Pucharu Świata (2001), uczestnik cyklu Grand Prix.

W Polsce startował w Pergo (dawnej Stali) Gorzów, Wybrzeżu Gdańsk, Starcie Gniezno i Atlasie Wrocław. Jego karierę przerwała kontuzja kręgosłupa, jakiej uległ 3 czerwca 2003 roku podczas meczu ligi szwedzkiej.