Tajner: Kuttin używa dziecinnych argumentów

Apoloniusz Tajner dla ?Gazety?: Obchodzimy się z Kuttinem jak z jajkiem. Nikt mu się w nic nie wtrąca, nie brak mu ptasiego mleka. Aż tu nagle wytoczył takie grube armaty - mówi dyrektor sportowy Polskiego Związku Narciarskiego, były trener kadry skoczków.
We wtorkowej "Gazecie Wyborczej" Kuttin poskarżył się na działaczy PZN. Zarzucił fatalną organizację, mówił, że musi zajmować się sprawami, którymi nie powinien.

Robert Błoński: Jak Pan skomentuje słowa austriackiego trenera polskich skoczków?

Apoloniusz Tajner: A czy on to wszystko naprawdę powiedział?

Mamy nagranie rozmowy.

- No to jestem zaskoczony. Ja też niejednokrotnie używałem własnej karty kredytowej, bo służbowa odmawiała posłuszeństwa. A potem pieniądze mi zwracano. Czy to taki kłopot? Pracowałem z kadrą przez pięć lat i znam te problemy. Trzeba sobie z nimi radzić, a nie narzekać.

Może Kuttin nie jest przyzwyczajony do prowizorki?

- Jakiej prowizorki? Zapewniamy Heinzowi wszystko, o co się do nas przez swojego asystenta Łukasza Kruczka zwróci. Biuro PZN rezerwuje bilety, noclegi dla kadry. Jak coś nie odpowiada Kuttinowi, wybieramy droższe. I nie wiem, o co te wszystkie pretensje.

Za wszystko, co wyda z własnej kieszeni, Kuttin dostaje od PZPN pieniądze. Inna sprawa, że miewa problemy z rozliczaniem się. Nie rozumie, że nasza księgowość ma swoje przepisy i terminy, których musi dotrzymać. Ale nikt mu nie przeszkadza w pracy. Ani ja, ani prezes, ani żaden z wiceprezesów. Wręcz odcinamy się od wszelkich decyzji, byle tylko być poza podejrzeniem, że ingerujemy w jego pracę. Zresztą tak naprawdę to Kuttin nie prosi biura PZN o wiele. Świetnie daje sobie radę. Jednak skoro ma pretensje, niech powie konkretnie, o co chodzi, niech poda nazwiska tych, co mu przeszkadzają. Protestuję przeciwko uogólnieniom.

Kuttin narzeka na to, że sam musiał załatwiać i płacić za kombinezony dla kadry. Jeździć po nie do Villach.

- Ależ to należy do jego obowiązków. Kto za to wszystko ma odpowiadać, by było wykonane fachowo, bez żadnej pomyłki? Zresztą daleko nie musiał jeździć, mieszka kilka kilometrów od Villach. Rzeczywiście Heinz musiał wybrać się do Szwajcarii do firmy produkującej materiały. Przywiózł go potem do Austrii i w zaprzyjaźnionym zakładzie krawieckim dał do uszycia. Teraz zresztą mamy już taki zakład w Polsce...

Jednak to wszystko, o czym mówię, to była jego inicjatywa. Sam chciał się tym zająć. Zresztą Kuttin ma w swojej umowie zapis o "wprowadzaniu nowinek dotyczących sprzętu", bo w austriackiej kadrze on był odpowiedzialny za filmowanie skoków, analizy techniczne oraz właśnie sprawy związane ze sprzętem, czyli organizowanie materiału, szycie, kontakty z firmami, dobór nart. To m.in. on wpadł dwa lata temu na "obniżenie" kroku w kombinezonach Austriaków, przez co FIS musiała zmodyfikować przepisy. Ja go chwalę za to, że ciągle szuka nowych rozwiązań. Ale wszystko to robi sam, nie konsultuje się z nikim w PZN, bo to specjalista wysokiej klasy. Wyobraża pan sobie, co by było, gdybym ja albo szef wyszkolenia Marek Siderek pojechał po ten materiał, a potem uszyto by nie takie kombinezony, jakich potrzebował Kuttin?

Pan też - jako trener - sam jeździł po stroje dla skoczków?

- Nie. Ja nie miałem takich możliwości. My kupowaliśmy gotowe ubrania od firmy Meininger. A Kuttin działa tak, jak to robił wcześniej, kiedy pracował z Austriakami. I chwała mu za to, mamy dostęp do rzeczy, do jakich wcześniej nie mieliśmy. Ale krytykując Związek, używa dziecinnych argumentów.

Opowiadał nam, że rozmawiał z Panem na ten temat, ale Pan "machnął ręką, bo PZN taki jest i nie mam szans go zmienić".

- Nie machnąłem ręką. Nie wiem naprawdę, o co chodzi Kuttinowi. Słyszałem tylko, że zrobiły się jakieś komplikacje z rozliczeniem za materiały, z których szyto kombinezony. Nie wszystko zostało zwrócone, bo i transakcja nie była dokonana zgodnie z przepisami.

To znaczy?

- Nie chcę o tym mówić.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Kiedy Pan był trenerem, często narzekał na działaczy PZN. Teraz, kiedy Pan sam pracuje w Związku, broni go jak lew.

- Ja miałem pretensje, skarżyłem się, bo mieszano się do mojej roboty. Wstrzymywano wyjazdy, nie chciano dawać pieniędzy, rozliczać się, nie dotrzymywano obietnic, nie płacono premii, traktowano fatalnie. A Heinz nie ma nawet ułamka takich problemów. Obchodzimy się z nim jak z jajkiem. Robi, co mu się zamarzy. Nie ma co szukać konfliktów.

Czyli Kuttin jest traktowany jako trener lepiej niż Pan?

- Finansowo pięć razy, jak nie więcej. O co tylko chce, prosi przez Łukasza Kruczka i my to załatwiamy. Nie mówię, że jest idealnie, ale ja jeździłem po świecie, znam związek niemiecki, austriacki czy fiński. Naprawdę PZN nie musi się już wstydzić.

To w takim razie, krytykując Związek, trener chciał odwrócić uwagę kibiców od słabych wyników?

- W ogóle się na temat wyników nie wypowiadam. W połowie sezonu praca trenera zostanie oceniona przez Związek, poproszony zostanie o wyjaśnienia, jak jest i dlaczego tak jest. Mamy jeszcze czas, bo to są skoki, i Adam może zacząć nagle wygrywać. Ale tej cierpliwości, której nie brakuje nam, nie mają media i kibice.