Rutkowski, Wujec: Słońce znowu świeci

Nie jesteśmy jeszcze nawet na półmetku, a Phoenix Suns już wygrali tyle meczów, ile w ciągu całego poprzedniego sezonu. Mają najlepszy bilans w całej lidze: 29 zwycięstw przy tylko czterech porażkach. Dla nas, kibiców, to znakomita wiadomość, bo Suns grają najfajniejszą koszykówkę w całej NBA. Widowiskową i radosną, pełną dynamicznych akcji, niesamowitych alley-oopów i błyskotliwych podań.
Najmłodsza drużyna w NBA zdobywa najwięcej punktów (109,3), a każdy z zawodników pierwszej piątki ma średnią powyżej 15 pkt. Amare Stoudamire jest czwartym najlepszym strzelcem w całej NBA (26,4 pkt.), a Steve Nash - najlepiej podającym (11 asyst).

Jak to się stało, że jedna z najgorszych drużyn ubiegłego sezonu jest teraz rewelacją ligi? Czapki z głów przed menedżerem Jerrym Colangelo za odważną i ryzykowną decyzję sprzed mniej więcej roku - jedyną w historii NBA wymianę Polaka za Polaka (Lampe za Trybańskiego). Mówiąc serio, obaj nasi gracze byli klockami w wielkiej wymianie z New York Knicks, w której Suns oddali swą największą gwiazdę - Stephona Marbury'ego, a także Penny Hardawaya, za dwa wybory w drafcie oraz worek kartofli (wygasające kontrakty Antonio McDyessa i Charlie Warda).

A że Suns wkrótce pozbyli się również Bo Outlawa i Jake'a Tsakalidisa, to właśnie ów worek kartofli okazał się być kluczowy dla przyszłości klubu. Suns radykalnie obcięli swój budżet płac, który w zeszłym roku wynosił 67 mln dolarów i był piątym najwyższym w całej NBA. Dzięki temu, latem mieli pieniądze na nowe zakupy. I wykorzystali je wyśmienicie, zatrudniając wybitnego rozgrywającego Steve'a Nasha (6-letni kontrakt na 65 mln dol. oraz Quentina Richardsona (6-letni kontrakt na 43 mln).

Nash rozgrywa najlepszy sezon w karierze i sprawia, że całe jego otoczenie (Amare Stoudamire, Shawn Marion, Joe Johnson i Quentin Richardson) gra jak nigdy dotąd. Mały Kanadyjczyk jest dzisiaj wymieniany jako jeden z głównych kandydatów do nagrody MVP. To dzięki niemu Suns stali się drużyną prędkobiegaczy i szybkorzucaczy (run'n'gun). Ciągłe uganianie się za Nashem i jego młodziutkimi kolegami, którzy mają siły zasuwać na wysokich obrotach przez calutkie 48 minut, jest totalnie frustrujące dla drużyn przeciwnych. A Nash nie tylko podaje, ale i rzuca - zdobywa średnio 15,4 pkt. i to z rewelacyjną jak na rozgrywającego skutecznością (51,6 proc.).

Ale Nash może nie zdobyć tytułu MVP. Nagrodę może mu sprzątnąć sprzed nosa kolega z drużyny, 21-letni Amare Stoudamire, który niedawno zachwycił w meczu z Portland, zdobywając 50 punktów (trafił 20 z 27 rzutów). "Jak jeszcze nauczy się trafiać wolne, to zdobędzie 75" - powiedział potem kolega z drużyny Quentin Richardson, bo Amare spudłował 7 z 17 rzutów wolnych.

Przed rozpoczęciem sezonu Amare poinformował dziennikarzy, że nie zamierza grać na pozycji centra, bo się do tego nie nadaje. Przez całe lato ciężko pracował nad rzutem z półdystansu i dziś nie jest już zawodnikiem, którego trzeba pilnować tylko pod samym koszem - stał się wszechstronniejszy, potrafi zrobić zwód czy trafić z wyskoku, stojąc dalej od kosza. Stał się najszybszym centrem w NBA - bo gra w Phoenix oczywiście na pozycji... centra. Jest jedynym koszykarzem w NBA, który jest w czołowej 10. zarówno pod względem liczby zdobytych punktów, jak i skuteczności (58,4proc. - druga pozycja za Shaqiem). No i w trzecim swoim sezonie w NBA zdobywa więcej punktów niż inne gwiazdy, które trafiły do zawodowej ligi prosto z liceum - Kobe Bryant (19,9 pkt.), Kevin Garnett (18,5) czy Moses Malone (24,8).

Ostatni, cichy bohater Phoenix to trener Mike D'Antoni. Niby strategia run'n'gun, którą w Suns zaadoptował, to zło konieczne - bo Suns są za mali i zbyt młodzi, żeby grać coś innego. Amare powinien przecież występować jako silny skrzydłowy, a nie center, Shawn Marion - jako niski, a nie silny skrzydłowy, a Richardson to rzucający obrońca, a nie skrzydłowy. Ale to dobrze świadczy o trenerze, że odważył się ustawić niską drużynę zamiast na siłę wstawiać do pierwszej piątki osiłków typu Jake Voskuhl czy Steven Hunter. Siła D'Antoniego polega także na tym, że w przeciwieństwie do wielu kolegów po fachu nie trzyma swoich podopiecznych za mordę i na prawie wszystko im pozwala. Właśnie w tej spontaniczności tkwi siła Phoenix Suns. Jak mówi rezerwowy, Casey Jacobsen: "Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak Mike nas ustawił, a może raczej nie ustawił". Efekt jest taki, że szczęśliwi, mogąc sobie czasem pozwolić na odrobinę szaleństwa, zawodnicy uwielbiają grać dla swego trenera.

Czy Suns mają szansę na tytuł mistrzów NBA? Eksperci uważają, że nie - gdy przyjdą playoffy, gra stanie się ostra, bardziej siłowa, a co za tym idzie - wolniejsza. Playoffy to czas drużyn grających koszykówkę uporządkowaną i skoncentrowaną na obronie - takich jak San Antonio Spurs (którzy zresztą ostatnio łatwo przerwali passę zwycięstw Phoenix) czy Detroit Pistons. Taką opinię wyraził Steve Francis, lider Orlando Magic, drużyny grającej przecież podobnie do Suns. Trener D'Antoni odpowiada Francisowi: "Lubię go, ale cóż - jest za młody, żeby pamiętać grających Showtime Los Angeles Lakers czy starych Celtics". My mamy nadzieję, że Phoenix Suns nie zarzucą swego stylu i jeśli nie teraz, to może za rok zobaczymy ich w wielkim finale.

Kronika towarzyska

Biedny Kobe Bryant. Nawet jego koszulki przestały się sprzedawać. Koszulka Lakers z numerem 8., po awanturze między Bryantem i Karlem Malone, spadła w grudniu aż na ... 72. miejsce w rankingu sprzedaży.

Denver Nuggets zwolnili trenera Jeffa Bzdelika. Zdaniem faceta o najdziwniejszym nazwisku w historii NBA Nikoloza Tskitishviliego głównym powodem była niechęć Bzdelika do wystawiania Nikoloza do gry. "Nie po to Kiki Vandeweghe mnie wybrał z numerem 5. w drafcie, żebym siedział na ławie. Ale trenerzy tego nie rozumieją. Oni chcą wygrywać mecze". - rzekł filozoficznie Tskitishvili.

Tako rzekli o Shaqu

"Cóż, nie powiem, że nie mogę się tego doczekać". - Nazr Mohammed z Knicks zapytany, co myśli o nadchodzącym pojedynku z O'Nealem. Nazr złapał dwa szybkie faule i wiele sobie nie pograł.

"Wyobraź sobie, że stoisz i widzisz, że on biegnie na ciebie. To niezbyt miły widok". - trener Heat Stan Van Gundy.

Niezłe numery

Jermaine O'Neal (Indiana Pacers): 55 punktów (rekord sezonu) i 11 zbiórek w meczu z Milwaukee.

Bohater tygodnia

Richard Hamilton z Detroit. To pierwszy zawodnik w historii NBA, który zdobył najwięcej punktów z całej swojej drużyny, mimo że... nie trafił ani jednego rzutu z gry. Podczas przegranego meczu Pistons z Memphis Hamilton spudłował wszystkie dziesięć prób z gry, ale trafił wszystkie 14 rzutów wolnych, dzięki czemu zakończył mecz z dorobkiem 14 punktów.

Złota myśl

"Musi dorzucić jeszcze 3 punkty, żeby mnie dogonić". - Amare Stoudamire po tym, jak Kevin Garnett ustanowił w meczu z Phoenix rekord kariery (47 punktów).