Sport.pl

Opowieść o tym, jak 70 lat temu Bayern Monachium jedyny raz w historii przegrał z polskim klubem

Choć nigdy nie widziałem ich w akcji, śmiem twierdzić, że byli najlepszą drużyną klubową w historii polskiej piłki. Mieli pecha, bo gdy grali, europejskie puchary jeszcze nie zostały wymyślone. Kiedy jednak zdarzyła się okazja, o ich klasie mogły się przekonać czołowe zagraniczne kluby. Dokładnie 70 lat temu, 30 grudnia 1934 roku, piłkarze Ruchu Hajduki Wielkie pokonali w Monachium wielki Bayern! Tej sztuki nie dokonał ani przedtem, ani potem żaden polski klub...
Na początku lat 30. Ruch był jeszcze przeciętną drużyną ze środka ligowej tabeli. Ale klub, którym opiekowała się Huta Batory, był coraz mocniejszy organizacyjnie. W 1933 roku hajduczanie dość niespodziewanie zdobyli pierwsze mistrzostwo Polski, jednak złoty okres miał dopiero nadejść.

Działacze Ruchu szybko się bowiem zorientowali, że sukces można przełożyć na wymierne zyski. "Niebiescy" błyskawicznie stali się najpopularniejszym obok Cracovii klubem w Polsce. Klub zaczął rozgrywać mnóstwo spotkań towarzyskich, na których zarabiał przyzwoite pieniądze. "Drużyna mistrzowska rozrywana jest na wszystkie strony i nawet za skromnym odszkodowaniem czyni zadość licznym zaproszeniom, propagując sport piłki nożnej nawet w najbardziej zapadłych miejscowościach prowincji" - pisał dziennikarz katowickiej "Polonii".

Wkrótce Ruch zapragnął sprawdzić się także za granicą. Pierwszym poważnym sprawdzianem było gwiazdkowe tournée po Niemczech na przełomie 1934 i 35 roku. Miesiąc wcześniej Ruch zdobył drugie z kolei mistrzostwo Polski. Furorę w sezonie '34 zrobił 18-letni Ernest Wilimowski, którego Ruch kupił zimą za 1000 zł z macierzystego 1.FC Katowice.

W Niemczech hajduczanie zakontraktowali dwa mecze z czołowymi drużynami - Bayernem Monachium i VfB Stuttgart.

W najlepszym hotelu

Gospodarze spodziewali się łatwej przeprawy, niemiecka piłka stała bowiem na bardzo wysokim poziomie. Siedem miesięcy wcześniej podopieczni profesora Otto Nerza zajęli na mistrzostwach świata we Włoszech trzecie miejsce.

Ślązacy zrobili jednak prawdziwą furorę. Pierwszy mecz grali z Bayernem - silną drużyną z ambicjami, choć na MŚ'34 jedynym reprezentantem tego klubu był obrońca Sigismund Haringer (ogółem 15 meczów w latach 1931-37).

Dwa lata wcześniej monachijczycy zdobyli pierwsze w historii klubu mistrzostwo Niemiec. Bundesligi jeszcze nie było, rozgrywki toczyły się systemem pucharowym. 12 czerwca 1932 roku, w obecności 55 tys. widzów na stadionie w Norymberdze, Bayern wygrał w finale z Eintrachtem Frankfurt 2:0. Trenerem mistrzowskiej drużyny był Szwajcar Richard "Little" Dombi, ale kiedy Ruch grał w Monachium, na ławce Bayernu zastąpił go Ludwig Hofmann, wcześniej gracz Bayernu i reprezentant Niemiec w latach 1926-31 (18 meczów i 4 gole).

Piłkarze Ruchu przyjechali do Monachium 29 grudnia, w przeddzień meczu. Po 17-godzinnej podróży (według jednej wersji specjalnie wynajętym autobusem turystyczno-hotelowym, według innej - zwykłym pociągiem) zostali ulokowani w najlepszym wówczas monachijskim hotelu - Stadt Wien. Czas wolny po śniadaniu poświęcili na zwiedzanie zabytków i kupno drobnych pamiątek.

Fryzjer, nie burmistrz

Nazajutrz pogoda była paskudna, a boisko śliskie. Mecz odbył się na stadionie przy Grünwalder Strasse (stadion Bayernu w latach 1925-72) w obecności 12 tys. kibiców. Przecierali oni oczy ze zdumienia! Ruch grał bardzo dobrze, choć najlepszym zawodnikiem nie był tym razem żaden z napastników, a bramkarz Eryk Tatuś. W 20. min Tatuś obronił karnego wykonywanego przez Helmuta Schneidera. "Piłka strzelona z precyzją w długi róg bramki grzęźnie w rękach bramkarza Tatusia, który po prostu niewidocznym dla oka podskokiem chwyta piłkę" - donosiły gazety.

Ruch otrząsnął się z przewagi Bayernu i zwycięskiego gola strzelił tuż przed przerwą. Zdobył go mocnym strzałem Teodor Peterek po podaniu Gerarda Wodarza, cichego bohatera tego meczu, jak i całego tournée.

Dobrze grał również Ewald Urban, choć pilnował go jeden z symboli ówczesnego Bayernu - Konrad "Conni" Heidkamp (w latach 1927-30 rozegrał 9 meczów w kadrze, a po zakończeniu kariery był trenerem Bayernu w latach 1943-45 i 50-51).

Ciekawe, że przed meczem na okolicznościowym spotkaniu w miejskim ratuszu jeden z przedstawicieli magistratu wziął niskiego, lekko zaokrąglonego, łysawego Urbana za... burmistrza Hajduk Wielkich i wygłosił pod jego adresem uroczyste przemówienie! Po meczu Urbana - z zawodu fryzjera - rozpoznawali już wszyscy.

Wtedy jeszcze napastnik

Monachijscy kibice liczyli na wyrównanie po przerwie, ale bez efektu. Mało tego: "Daje się zauważyć, że gospodarze, oszołomieni doskonałą formą Ruchu, zrezygnowali z nadziei zwycięstwa, ograniczając się tylko do usiłowania utrzymania wyniku" - opisywała "Polonia". Czy możliwe jest, żeby dziś napisać takie słowa o czołowej europejskiej drużynie grającej z jakimkolwiek polskim klubem?!

Warto podkreślić: jest to jedyne zwycięstwo polskiej drużyny z legendą niemieckiej piłki w historii. Potem już były same lania, o czym dobrze pamiętają choćby kibice najpopularniejszej drużyny na Mazowszu (3:7 na Łazienkowskiej w październiku 1988 roku).

Ruch zagrał w tym meczu w składzie: bramkarz: Eryk Tatuś; obrońcy: Stefan Katzy i Antoni Rurański; pomocnicy: Franciszek Zorzycki, Jan Badura i Karol Dziwisz; napastnicy: Ewald Urban, Edmund Giemsa, Teodor Peterek, Ernest Wilimowski i Gerard Wodarz.

Utarło się, że w tym meczu w polskim zespole na pozycji prawego łącznika miał zagrać pierwszy etatowy trener Ruchu Gustav "Guggi" Wieser, wcześniej m.in. szkoleniowiec Schalke 04 Gelsenkirchen i Legii Warszawa. To mogło być prawdopodobne, bo choć ten były reprezentant Austrii miał już 36 lat, utrzymywał sportową sylwetkę. Jednak polska prasa (na meczu był jeden dziennikarz ze Śląska) twierdziła, że nazwisko Wiesera - który rzeczywiście był w Monachium - pojawiło się przez błąd... niemieckiej agencji prasowej, która pomyliła Austriaka z Edmundem Giemsą. A ten podczas tournée pełnił także funkcję kierownika drużyny. Giemsa, znakomity specjalista od rzutów wolnych, kojarzony jest jako solidny obrońca na reprezentacyjnym poziomie, ale prawda jest taka, że do 1936 roku występował jako napastnik.

Toast za prezydenta RP

Prasa monachijska przyjęła porażkę z niezadowoleniem, podkreślała jednak bojową postawę polskiego zespołu. Po meczu działacze Bayernu na cześć gości wydali uroczystą kolację. Całą drużynę Ruchu obdarowano na pamiątkę pięknymi monachijskimi kuflami. Nieprzytoczony z nazwiska przedstawiciel miasta wzniósł toast na cześć prezydenta Rzeczpospolitej Ignacego Mościckiego i marszałka Józefa Piłsudskiego. Nieswojo się robi czytając te słowa, zważywszy na czas i miejsce akcji: niespełna dwa lata wcześniej Adolf Hitler został kanclerzem Rzeszy, a Monachium było matecznikiem nazizmu. Wielu obywateli miasta właśnie w tym okresie startowało do wielkich karier: Heinrich Himmler, Ewa Braun, Max Amann (największy magnat prasowy III Rzeszy), Philipp Bouchler (kierownik kancelarii führera, w czasie tournée Ruchu szef monachijskiej policji), Heinrich Mueller (nieformalny szef gestapo odpowiedzialny za realizację "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej") czy Hermann Esser (m.in. szef Departamentu Turystyki w Ministerstwie Propagandy Rzeszy). Może któraś z tych "osobistości" była na meczu Ruchu?

Tłumy na dworcu

Trzy dni później (2 stycznia 1935 r.) Ruch zagrał z VfB Stuttgart. Tym razem emocji było jeszcze więcej. Mimo stronniczego sędziowania Ruch wygrał 5:4 (4:2). Trzy gole zdobył Wilimowski, a dwa - Wodarz. "Ezi" - przez niektórych krytykowany za występ z Bayernem ("Tak osławiona primadonna naszej drużyny gra dziwnie słabo, sprawiając wrażenie zupełnie niezainteresowanego meczem") - tym razem wypadł wprost rewelacyjnie.

"Wygrana tak w Monachium, jak i w Stuttgarcie rozwiała raz na zawsze legendę z taką uporczywością przez tutejszą prasę mniejszościową hodowaną, że poziom klasy piłkarskiej w Rzeszy jest wyższy" - donosiła z lubością katowicka "Polska Zachodnia".

Podróż powrotna naszych piłkarzy zamieniła się w triumf. "Gdy wracali, na wszystkich stacjach zwycięska drużyna była entuzjastycznie witana. A na dworcu w Hajdukach - niezliczone tłumy" - relacjonowały gazety.

Nieźle zarobili

Połowa lat 30. była bardzo dobrym okresem dla Ruchu, choć warszawska prasa - zazdrosna o sukcesy Ślązaków - próbowała jątrzyć. Twierdziła że, hajducki klub przeżywa trudności finansowe. Tymczasem chorzowianie po prostu potrzebowali pieniędzy na nowy stadion przy ul. Cichej (do końca 1934 roku wydali na niego 20 tys. zł, w ogóle - 50 tys.). W dodatku zachowały się sprawozdania PZPN za rok 1934, które przytaczała śląska prasa. Wynikało z nich jasno, że Ruch osiągał najlepsze wyniki finansowe ze wszystkich klubów w Polsce, a na lidze zarobił najwięcej ze wszystkich ligowców: 53 tys. zł. Na jego mecze przychodziło w sezonie '34 najwięcej widzów - 55 tys. (średnio 5,5 tys. na mecz). Dla porównania: drugą pod tym względem Polonię przyszło oglądać 27 tys. widzów. Rekord frekwencji padł na meczu Ruch - Cracovia. Zanotowano 10 696 widzów, którzy zapłacili za bilety. W Hajdukach Wielkich na mecze chodziło więcej ludzi niż w Warszawie na trzy kluby ligowe łącznie!

Z zestawień wynika, że w 1934 roku na obcych boiskach najbardziej popularna była Cracovia, Ruch był na drugim miejscu, Legia - dopiero szósta, jej mecze nie wzbudzały więlkich emocji (większe zainteresowanie fanów wzbudzała choćby Garbarnia Kraków).

Gerard i Ezi - wyborna para

Jestem pewien, że gdyby nie wichry historii, drużyna Ruchu mogłaby zdominować polską piłkę na wiele lat. Może mogłaby stać się Realem przełomu lat 30. i 40? Marzenia, ale wyobraźmy sobie choćby rok 1947 i skład Ruchu, gdyby nie wybuchła wojna:

Bramkarz: Walter Brom (miałby wtedy 27 lat, reprezentant Polski); obrońcy Edmund Giemsa (35 lat, reprezentant), Henryk Bartyla (22 lata, reprezentant); pomocnicy: Czesław Suszczyk (25 lat, reprezentant), Ewald Cebula (30 lat, reprezentant), Karol Dziwisz (37 lat, reprezentant); napastnicy: Oskar Breiter (18 lat, reprezentant), Henryk Alszer (29 lat, reprezentant), Ernest Wilimowski (31 lat, reprezentant), Gerard Cieślik (20 lat, reprezentant), Gerard Wodarz (34 lata, reprezentant).

Same sławy, ale tak naprawdę najważniejsze, że młodziutki Cieślik zagrałby z rutynowanym Wilimowskim! Kto by się oparł takiej parze!?



PS A teraz łyżka dziegciu: Nawet gdyby nie wybuchła wojna nie wiadomo, czy Wilimowski kiedykolwiek zagrałby z Cieślikiem. Dlaczego? W 1939 roku "Ezi" prowadził zaawansowane negocjacje z... Junakiem Drohobycz! Nie można się śmiać: w położonym 60 km na południowy zachód od Lwowa miasteczku miała powstać polska Chelsea: w ciągu trzech lat bogaty klub (Drohobycz stał na ropie naftowej) skaperował kilku ligowych piłkarzy (m.in. z Wisły Kraków i Cracovii). Dzięki temu z ostatniego miejsca w klasie A przesunął się do czołówki II ligi. W 1940 roku w Drohobyczu wszyscy czekali na ekstraklasę, której ozdobą byłby Wilimowski - snajper Junaka!